Xbox w 2026 roku zmiażdży konkurencję? To ma być „TEN ROK”
Czy Microsoft w końcu zawalczy o The Game Awards? Jeśli kiedykolwiek amerykańska korporacja miała realną szansę na sięgnięcie po najważniejszą statuetkę gali, to właśnie w 2026 roku. Producent Xboksa chce bowiem wypuścić w świat swoich Czterech Jeźdźców Apokalipsy - gry, które na papierze mają nie tylko sprzedawać się świetnie, ale też realnie walczyć o prestiżowe nagrody.
2025 rok był dla Microsoftu niezwykle intensywny. Firma wrzuciła na rynek mnóstwo gier - kilka naprawdę dobrych, sporo poprawnych, wiele po prostu przeciętnych i w zasadzie jeden tytuł, który można nazwać pełnoprawnym hitem. To jednak nie wystarczyło. Na The Game Awards produkcje z portfolio giganta z Redmond nie odegrały większej roli, a walka o najważniejsze wyróżnienia potoczyła się zupełnie innym torem. Nawet największe branżowe „wieloryby” musiały uznać wyższość niewielkiego, europejskiego zespołu, który bez statusu typowego indie zgarnął całą uwagę.
Pojawia się więc pytanie: czy Microsoft może w ogóle myśleć o The Game Awards inaczej niż przez pryzmat mniejszych kategorii? Rok 2026 ma dać na to odpowiedź. To właśnie wtedy zobaczymy, czy wielomiliardowe zakupy zatwierdzone przez Phila Spencera miały sens wykraczający poza prostą rozbudowę katalogu Xbox Game Pass.
Powodów do mobilizacji jest kilka. Microsoft będzie świętował 25-lecie marki Xbox, a jednocześnie wiele zespołów ma dojść do kluczowych „kamieni milowych” swoich projektów. Według zapowiedzi firma planuje wydać co najmniej cztery gry, które - przynajmniej na papierze - mają realne argumenty, by bić się o najważniejsze nagrody branży. Czy to faktycznie będzie TEN rok?
Japońskie spełnienie marzeń
Fani Forzy od lat powtarzają jedno hasło: Japonia. I Forza Horizon 6 faktycznie zabierze nas do Kraju Kwitnącej Wiśni, więc przynajmniej na papierze mówimy o spełnieniu największego marzenia społeczności. Nie tylko dlatego, że Horizon aż prosi się o gęste miasta i kręte górskie drogi, ale też dlatego, że japońska motoryzacja ma wokół siebie kulturę, której nie da się podrobić. To może być ten moment, w którym seria przestaje „tylko” zmieniać mapę, a zaczyna opowiadać nową historię o jeżdżeniu - nocą, w deszczu, w neonach.
Największym atutem tej lokalizacji jest kontrast. Z jednej strony szerokie, nowoczesne arterie wielkich metropolii, z drugiej serpentyny w górach, leśne przełęcze i wąskie drogi, gdzie liczy się technika, a nie wyłącznie moc silnika. Forza Horizon zawsze dobrze wykorzystywała dynamikę pór roku, ale Japonia mogłaby podbić to klimatem: mokry asfalt, mgły snujące się po zboczach, światła miasta odbijające się w kałużach i nocne wyścigi, które w końcu nie są dodatkiem, lecz sercem rozgrywki. A gdy do tego dołożymy bardziej „uliczną” rywalizację, pojawia się przestrzeń na emocje, których w festiwalowej formule często brakowało — poczucie, że to nie jest impreza dla wszystkich, tylko scena, na której chcesz zostawić swój ślad. Jeśli Forza Horizon 6 ma być najważniejszą odsłoną w historii serii, to właśnie dlatego, że Japonia idealnie pasuje do tego, co gracze kochają najbardziej: tuningu, stylu i budowania samochodu pod siebie. Tutaj personalizacja przestaje być kosmetyką, a staje się częścią tożsamości - od klasyków JDM po nowoczesne potwory, od ulicznych projektów po torowe bestie. To naturalne środowisko dla gry, która zawsze opierała się na ekspresji i indywidualnym podejściu do jazdy.
No i zostaje „to coś”, czego nie da się zamknąć w checklistach funkcji: klimat. Neony, muzyka, nocne miasto, górskie przełęcze, industrialne okolice portów, dzielnice tętniące życiem - to sceneria, która sama generuje historie i screeny. Jeśli twórcy odważnie postawią na nocną jazdę, uliczny vibe i dopracują fizykę pod techniczne odcinki, Forza Horizon 6 ma szansę być nie tylko kolejną częścią, ale odsłoną, o której za kilka lat będzie się mówiło: to wtedy Horizon wskoczył na nowy poziom.
Baśń na jaką zasługujemy
Playground Games dostało w swoje ręce jedno z najważniejszych IP Microsoftu i trudno o bardziej oczekiwany powrót niż Fable. Seria przez lata była dla wielu graczy synonimem baśniowej przygody z brytyjskim humorem, lekką ironią i światem, w którym magia miesza się z codziennością. Tyle że od dawna czekamy na nową odsłonę, a apetyt tylko rośnie – bo to nie jest zwykły reboot. To ma być powrót marki, którą wielu traktuje jak legendę z czasów, gdy Xbox miał swoją duszę.
Dotychczasowe materiały pokazują niewiele, ale te urywki wystarczają, by rozbudzić oczekiwania. Albion wygląda świeżo, a jednocześnie z ekranu bije charakterystyczna atmosfera uniwersum. Widać, że twórcy celują w świat, który będzie nie tylko ładny, ale też pełen detali i osobowości – od krajobrazów, przez architekturę, aż po bohaterów i ten specyficzny ton balansujący między przygodą a lekką kpiną. Jeśli uda się to utrzymać, dostaniemy miejsce, do którego chce się wracać, a nie tylko „odhaczać” kolejne etapy fabuły.
I tu pojawia się najciekawszy wątek: Fable może być dla Microsoftu pierwszym naprawdę wielkim RPG akcji TPP, który pokaże topowy poziom wykonania na miarę największych gier gatunku. Playground Games ma doświadczenie w dopieszczaniu jakości, technologii i „czucia” rozgrywki – tym razem jednak zamiast samochodów dostajemy magię, walkę, eksplorację i narrację. Jeśli perfekcjonizm studia spotka się z RPG-owym „mięsem” – sensownymi systemami, wyborami i rozwojem postaci – może powstać tytuł, który Xbox bez kompleksów postawi na półce obok największych hitów branży.
Największą niewiadomą, a jednocześnie największą szansą, pozostaje historia. Już teraz widać potencjał na opowieść, która wciągnie nie tylko klimatem, ale też bohaterami – dziwnymi, zabawnymi, czasem niepokojącymi, a przede wszystkim „żywymi”. Jeśli scenariusz dowiezie, a świat okaże się tak intrygujący, jak sugerują pierwsze fragmenty, Fable może nie tylko przywrócić markę do życia, ale też stać się grą, która na nowo zdefiniuje, jak powinno wyglądać duże RPG od Microsoftu.
Mroczny początek wielkiego uniwersum
Natomiast Gears of War: E-Day to powrót do jednego z najbardziej cenionych uniwersów Xboksa, ale z twistem, który od razu podbija stawkę: zamiast iść do przodu, cofamy się do samego początku. To szansa, by zobaczyć serię w jej najbardziej surowej, dramatycznej odsłonie - bez komfortu „wiemy, że jakoś to przetrwają”, za to z pełnym ciężarem dnia, w którym świat naprawdę się załamał. I właśnie dlatego E-Day ma potencjał, by trafić nie tylko do fanów, ale też do nowych graczy: to punkt wejścia, który pozwala opowiedzieć wszystko od zera, a jednocześnie pogłębić mitologię.
Największym magnesem jest obietnica mrocznej historii, która ma w końcu odpowiedzieć na pytania dotyczące Marcusa Fenixa i tego, co ukształtowało jego drogę. Gearsy zawsze były przesiąknięte tragedią i emocjami, ale tym razem twórcy mogą pójść jeszcze dalej - pokazać chaos, strach i brutalność w skali, której późniejsze odsłony nie musiały już tak mocno akcentować. Jeśli scenariusz faktycznie okaże się bardziej intymny, cięższy i skupiony na ludziach postawionych pod ścianą, dostaniemy Gearsy, które nie tylko epatują akcją, ale też zostają w głowie długo po napisach końcowych. Do tego dochodzi aspekt technologiczny, który brzmi jak gotowa wizytówka nowej generacji. E-Day to pierwsza gra w uniwersum tworzona od podstaw na Unreal Engine 5, a The Coalition współpracowało bezpośrednio z zespołem Unreal Engine przy rozwoju silnika. To idealny układ na tytuł, który ma nie tylko świetnie wyglądać, ale też robić rzeczy wcześniej nieosiągalne: gęstsze lokacje, bardziej filmowe oświetlenie, cięższy klimat i „namacalne” starcia, w których każdy strzał, animacja i eksplozja mają odpowiednią wagę.
Na papierze wszystko się zgadza: kluczowy moment dla świata przedstawionego, powrót do mrocznych korzeni serii, gameplay oparty na ciężarze, taktyce i satysfakcji z każdej wymiany ognia, a do tego technologiczny pokaz możliwości Unreal Engine 5. Jeśli The Coalition dowiezie tempo narracji i mięsistość strzelania, Gears of War: E-Day może być nie tylko wielkim powrotem marki, ale też jedną z tych gier, które Microsoft stawia na froncie, mówiąc wprost: tak wygląda nasza nowa generacja.
Szef powraca do domu i zaprasza (nowego) znajomego
Halo: Campaign Evolved wygląda jak powrót do korzeni zrobiony na serio - nie kolejny kosmetyczny lifting, tylko pełnoprawny remake, który ma odtworzyć (i jednocześnie rozbudować) kampanię Halo: Combat Evolved. Microsoft i Halo Studios mówią wprost o produkcji budowanej od podstaw: z nowymi misjami, rozszerzeniami i kooperacją projektowaną od początku pod wspólną zabawę. To ważna deklaracja, bo jasno sugeruje, że nie chodzi o nostalgię sprzedaną jeszcze raz, tylko o próbę stworzenia „definitywnej” wersji pierwszego Halo.
Największa bomba jest jednak gdzie indziej. To ma być pierwsze Halo na PlayStation 5 - symboliczny przełom dla marki, która przez dwie dekady była twarzą Xboksa. Teraz ma trafić do zupełnie nowej publiczności, bez bariery platformy i bez półśrodków. Sony promuje tytuł jak pełnoprawną premierę na PS5, z pełnym wsparciem sprzętowym, co wygląda nie na jednorazowy eksperyment, ale na świadomy, długofalowy ruch strategiczny. To moment, w którym kończy się mit „świętej krowy” Xboksa, a zaczyna era Halo jako marki globalnej.
W tym kontekście Halo: Campaign Evolved ma szansę stać się najważniejszym resetem serii od lat. Remaki bywają ryzykowne - łatwo zgubić ducha oryginału albo przeszarżować z nowościami – ale tutaj obietnica brzmi wyjątkowo konkretnie: klasyczna podróż w nowoczesnym, sensownie ulepszonym wydaniu, dopasowanym do realiów 2026 roku. Bez rewolucji dla samej rewolucji, za to z realnym szacunkiem do fundamentów.
I wreszcie wątek, który może wywołać największe dyskusje. Twórcy coraz wyraźniej sugerują, że to dopiero początek, a Halo może być rozwijane na sprzętach Sony także w przyszłości. Jeśli ten kierunek się utrzyma, Halo: Campaign Evolved nie będzie tylko powrotem do pierwszej części, ale symbolicznym początkiem nowej ery – w której legenda Xboksa przestaje być zamknięta w jednym ekosystemie i staje się serią „dla wszystkich”, a nie wyłącznie znakiem jednej platformy.
A co jeszcze?
Microsoft może mieć w zanadrzu jeszcze kilka kart, które sprawią, że 2026 rok nie będzie sprowadzał się „tylko” do czterech dużych premier. Najgłośniej mówi się o Starfield 2.0 - dużej aktualizacji lub wręcz odświeżeniu gry, które ma pełnić rolę drugiego otwarcia projektu. Według doniesień to nie tylko gruntowna przebudowa systemów i zawartości, ale też moment ekspansji na kolejne platformy: PlayStation 5, a być może nawet Nintendo Switch 2. Jeśli tak się stanie, będzie to kolejny wyraźny sygnał, że Xbox konsekwentnie stawia na dostęp do swojej oferty dla wszystkich graczy, niezależnie od sprzętu.
W podobnym kontekście pojawia się Clockwork Revolution. W 2026 roku niemal na pewno zobaczymy pełnoprawną prezentację gry - a niektórzy liczą nawet na premierę. Jeśli plotki się potwierdzą, może to być jedna z największych niespodzianek Microsoftu: ambitne RPG, które stylistycznie i systemowo ma celować w zupełnie inną wrażliwość niż Fable czy Avowed. W tle cały czas przewija się też temat kolejnych „powrotów” na konkurencyjne platformy. South of Midnight zostało już potwierdzone na PS5 i Switcha 2, Avowed coraz częściej pojawia się w spekulacjach dotyczących 2026 roku, a Diablo IV na Switcha 2 przestało być fantazją – Rod Fergusson otwarcie mówił o „szansie”, zaznaczając jednocześnie wyzwania związane z live-service na sprzętach Nintendo.
Skoro mowa o Blizzardzie, nie sposób pominąć dodatku Diablo IV: Lord of Hatred. To zapowiada się na długo wyczekiwany zastrzyk świeżej krwi, który może realnie ściągnąć do Sanktuarium graczy zmęczonych sezonową rutyną. Blizzard już teraz kusi Paladynem, a warto pamiętać, że to tylko jedna z dwóch nowych klas. Jeśli do tego dojdą poważne zmiany systemowe i nowy, wyraźny rozdział fabularny, Lord of Hatred może stać się dla Diablo IV tym momentem, w którym gra łapie drugi oddech – nie marketingowo, ale faktycznie projektowo.
Całą tę układankę ma jednak spiąć Xbox Game Pass. To właśnie ta usługa ma być klamrą 2026 roku: duże premiery AAA od Microsoftu połączone z regularnymi debiutami partnerów zewnętrznych. Już teraz na listach zapowiedzianych tytułów przewijają się m.in. MIO: Memories in Orbit, High On Life 2, Death Howl (wydanie konsolowe), Replaced, Beast of Reincarnation, Cities: Skylines II (konsolowe wydanie), DayZ: Badlands, Manor Lords (konsolowe wydanie), Moonlighter 2, Persona 4 Revival, Planet of Lana 2, Resonance: A Plague Tale Legacy, Subnautica 2, Super Meat Boy 3D, Tropico 7 czy Vampire Crawlers. To dokładnie ten typ „mięsa”, który może sprawić, że w 2026 roku subskrypcja stanie się absolutnym centrum ekosystemu Xboksa - nawet jeśli sama marka Xbox coraz rzadziej będzie kojarzona wyłącznie z jedną konsolą.
Czy to wystarczy?
Czy Forza Horizon 6, Fable, Gears of War: E-Day i Halo: Campaign Evolved wystarczą, by Microsoft realnie przebił konkurencję i znów udowodnił, że Xbox wciąż liczy się w branży? Coraz częściej łapię się na myśli, że to jest właśnie ten moment - jak nie teraz, to nigdy. 2026 rok ma być dla firmy rokiem-symbol: 25-lecie marki Xbox i zapowiadany „przytup” w postaci co najmniej czterech dużych gier AAA od własnych zespołów.
Na papierze ten układ wygląda wręcz idealnie. Forza Horizon 6 wreszcie ma zabrać graczy do Japonii - marzenia fandomu powtarzanego od lat. Fable ma przywrócić baśniowe RPG w szatach nowej generacji, z odpowiednim budżetem i technologicznym rozmachem. Gears of War: E-Day cofa serię do samego początku koszmaru, stawiając na cięższy klimat i bardziej intymną historię. A Halo: Campaign Evolved to nie tylko pełnoprawny remake pierwszej kampanii, ale też historyczny przełom - po raz pierwszy Halo trafi również na PlayStation 5.
Jeśli te cztery tytuły faktycznie dowiozą jakość z najwyższej półki, Microsoft może w 2026 roku zrobić coś, czego brakowało mu od bardzo dawna: zaoferować jeden, spójny rok wielkich premier, a nie pojedyncze wystrzały rozrzucone po kalendarzu. Czy gigant z Redmond w końcu dostarczy gry, które nie tylko „są dobre”, ale realnie walczą o najważniejsze nagrody i miejsce w historii branży? Odpowiedź poznamy za kilkanaście miesięcy, ale jedno jest pewne - Phil Spencer ma wreszcie plan, który brzmi jak godne świętowanie 25-lecia marki Xbox.
Jak nie teraz... to nigdy.
Przeczytaj również
Komentarze (39)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych