Ród smoka (2022)

Ród smoka (2022) – recenzja, opinia po 6 odcinkach serialu [HBO]. Tak właśnie zaczyna się taniec

Piotrek Kamiński | 19.08, 09:01

Król Viserys I Targaryen stara się rządzić Siedmioma Królestwami tak dobrze, jak tylko potrafi. Ma wszystko – kochających żonę i córkę, walecznego brata, zaufanych doradców. Nie ma jednak tego, czego każdy król potrzebuje najbardziej – syna. Kto w takim razie przejmie po nim tron, gdy nadejdzie jego czas? Niezrównoważony brat, a  może wciąż młodziutka córka? Ta druga opcja byłaby sytuacją bez precedensu, lecz czy królestwo potrafiłoby ją zaakceptować?

Zupełnie straciłem już nadzieję, że George R.R. Martin dokończy kiedyś swoją „Pieść Lodu i Ognia”. Pierwszy tom, któremu tytuł zawdzięcza serial HBO, ukazał się w 1996 roku. Dwadzieścia sześć długich lat temu. Od tamtej pory Martin dał radę napisać łącznie pięć z planowanych siedmiu książek – ostatnią w 2011 roku, wtedy kiedy na antenach telewizorów debiutował pierwszy sezon „Gry o tron”. Gdyby wstrzymał się jeszcze cztery lata (co wcale nie jest niemożliwe), wyszłoby, że „Wichry Zimy” powstawały tyle samo czasu, co wszystkie pozostałe książki razem wzięte. Ciężko jednak liczyć choćby i na taki termin, kiedy George zajmuje się na co dzień wszystkim, tylko nie kończeniem „Pieśni”. Redaguje inne książki, jeździ po konwentach, pisze scenariusze, tworzy opowiadania osadzone w Świecie Lodu i Ognia („Opowieści z Siedmiu Królestw”, o przygodach sir Duncana Wysokiego i przyszłego króla Aegona Targaryena, skądinąd bardzo fajnie napisane), współtworzy encyklopedie swojego świata i, na koniec, największy policzek wymierzony w twarze fanów – całą, wielką książkę opowiadającą ze szczegółami dzieje rodu Targaryanów. Nie jest to policzek ponieważ książka jest słaba. Po prostu nikt o nią w tamtym momencie nie prosił. Ludzie chcieli wiedzieć co dalej, a nie z większą ilością detali czytać o czymś, co już wiedzą. I do kompletu autor ma zamiar napisać jeszcze drugi tom! I to właśnie na podstawie „Ogień i Krew” powstał dzisiejszy serial. Czy może się równać z genialnymi, pierwszymi sezonami „Gry o tron”?

Ród smoka (2022) – opinia po 6 odcinkach serialu [HBO]. Multum ciekawych postaci i ciągłe intrygi

Księżniczka Rhaenyra Targaryen

Warner Bros. Discovery było tak miłe i udostępniło nam do zapoznania się aż sześć z planowanych dziesięciu odcinków składających się na pierwszy sezon. Pojedynczego głównego bohatera, podobnie jak w „GoT” wytypować jest raczej trudno. Z początku wydaje się, że najwięcej uwagi poświęcono młodziutkiej księżniczki Rheanyrze (Millie Alcock), córce obecnie panującego króla Viserysa (Paddy Considine). Młoda księżniczka jest typem upartej, zaradnej dziewczyny, o duszy wojownika, jasno wyrażającej swoje myśli, kiedy coś się jej nie podoba. Lecz sam król też zdaje się być ciekawą postacią, muszącą nawigować pomiędzy radami szczerymi, a tymi zatrutymi, starającą się rządzić tak, żeby w królestwie panował spokój, ale nie prowadzić w jego imię wojen. Trzecim istotnym graczem na planszy jak nic będzie brat króla, książę Daemon (Matt Smith), człowiek bardzo ambitny, ale przy tym pyszałkowaty, przebiegły, ale zbyt nerwowy. Stawkę zamyka lady Alicent Hightower (Emily Carey), na początku serialu bliska przyjaciółka księżniczki Rhaenyry i córka królewskiego najemnika, Otto Hightowera (Rhys Ifans).

Niemalże cała akcja serialu (przynajmniej w tych pierwszych sześciu odcinkach) ogranicza się do spiskowania, rozmów na temat tego, co należy zrobić w danej sytuacji, jak się ktoś czuje i z kim sympatyzuje. Jasne, od czasu do czasu przez ekran przeleci smok, a w pierwszym odcinku odbywa się turniej rycerski, lecz era przedstawiona w serialu była czasem względnego pokoju, więc scen bitewnych jest tu raczej niewiele – choć jak już są, to nakręcone z pompą. Miejscami wręcz zapowiada się, że zaraz czeka nas wielka bitwa, albo chociaż ciekawa potyczka, po czym scenarzyści zdają się mówić, że tylko żartowali i pchają fabułę dalej. Oczywiście to właśnie polityczne gierki, spiski i knowania były tym, za co ludzie pokochali „Grę o tron”, więc nie ma się co czepiać, że twórcy dają nam więcej tego, co chcieliśmy. Zwłaszcza, że dzisiejszy serial również ma raczej sporą i do tego bardzo solidną obsadę, więc, zasadniczo, jeśli ktoś nie czytał książki, ciężko będzie mu od razu ustalić komu można ufać, a komu nie, a kolejne zwroty akcji będą bardzo skutecznie zachęcały go do dalszego oglądania.

Ród smoka (2022) – opinia po 6 odcinkach serialu [HBO]. Świetne aktorstwo całej obsady

Książę Daemon Targaryen na turnieju

Obsada serialu została dopasowana świetnie. Oczywiście charakteryzacja i kostiumy postarały się aby każdy wyglądał jak należy, lecz to charyzma aktorów i świetna chemia między nimi sprawiają, że wierzymy w to, co widzimy na ekranie. Królem pod tym względem bez dwóch zdań jest Matt Smith. Jego Daemon jest wiarygodnym bratem dla króla, świetnie balansuje na granicy rycerskości (może pewnego rodzaju czułości?) oraz bycia kompletnym potworem. Sercem tych pierwszych odcinków jest jego relacja z młodziutką Rhaenyrą. Oboje nie mieli lekko w życiu, nie wróżono im świetlanej przyszłości, nie mogli liczyć na tron. Dlatego, mimo że księżniczka wie, że jej wuj przesadza, albo zachowuje się wręcz po prostu głupio, zawsze rozmawia z nim z przyjacielskim przekąsem. Nie patrzy na niego z góry, jak inni. On natomiast odwdzięcza się jej czymś na wzór opiekuńczości. Przynajmniej do czasu. Wszystko to widać już po samym sposobie, w jaki obie postacie są grane i aktorom należą się za te kreacje brawa. A to tylko jeden przykład. Cała obsada robi wrażenie. Nikt nie próbuje też małpować znanych i lubianych postaci z „Gry o tron”, co również warto pochwalić. Może jedynie Alicent Hightower wydawała mi się trochę bez wyrazu, mało charakterystyczna, mimo istotnej roli do odegrania.

W kwestii oprawy audiowizualnej jest dokładnie tak, jak należało się spodziewać. Plany zdjęciowe i kostiumy robią świetne wrażenie. Suknie kobiet wyglądają odpowiednio do średniowiecznego klimatu serialu, wnętrza oświetlane są światłem słonecznym i rozstawionymi wszędzie gdzie się da pochodniami. CGI smoków wygląda zazwyczaj bardzo dobrze, choć nie podszedł mi widziany zaraz na początku gad Rhaenyry, tak samo zresztą jak Królewska Przystań, nad którą przelatywał. Lecz pierwszy odcinek oglądałem na wielkim ekranie kina, więc może to stąd to niezadowolenie i na telewizorze wszystko będzie już w porządku. W kolejnych odcinkach efekty już mi nie przeszkadzały.

Potyczki na miecze, zwłaszcza ta z pierwszego odcinka, mogłyby zostać nakręcone trochę bardziej czytelnie. Kamera rusza się jak poparzona, majta się sama z siebie, podąża za ciosami, a ujęcie zmieniane jest kilka razy na sekundę. Rozumiem, że walka na śmierć i życie jest chaotyczna, pełna adrenaliny i stresu, ale ja, jako widz, chciałbym jednak coś widzieć. Bitwa z trzeciego odcinka sprawia już lepsze wrażenie, ale wciąż jest miejscami nieczytelna. Może to kwestia reżysera zasiadającego na stołku w danym odcinku? Pierwszy odcinek zrobił Miguel Sapochnik, człowiek z jednej strony odpowiedzialny za hity, takie jak Hardhome i Battle of the bastards, z drugiej autor „sukcesu” The Long Night i The Bells.

„Ród smoka” zaliczył bardzo dobry start. Ilość postaci może z początku odrobinę przytłaczać, lecz twórcy bardzo szybko i sprawnie przedstawiają nam kto jest kim i przechodzą do politycznej gry, na której tak zależało fanom. Montaż, zwłaszcza w pierwszym odcinku, bardzo dobrze buduje klimat i napięcie, dodatkowo wzmocnione ścieżką dźwiękową Ramina Djawadiego. Krew, flaki, cycki i ciągłe spiski. Tempo wydarzeń mogłoby być odrobinę szybsze, ale jeśli fabuła sezonu zepnie się w finale w zgrabną całość – a są powody ku temu by tak myśleć, w końcu to bezpośrednia adaptacja – to dostaniemy po raz pierwszy od dawna „Grę o tron” jak za czasów świetności serialu, zmywającą nieporozumienie jakim były odcinki niebazujące na prozie George'a R.R. Martina.

A! Jeszcze jedno. Finish the goddamn books, George!

cropper