Kena: Bridge of Spirits - takie gry to skarb

Kena: Bridge of Spirits - takie gry to skarb

Mateusz Wróbel | 16.01, 14:00

Niejednokrotnie zdarza się, że oglądając filmy z jakiejś produkcji czujesz, że przy tej grze będziesz bawił się wyśmienicie. U mnie w ostatnim czasie była to Kena: Bridge of Spirits, która podkreśliła, jak świetne tytuły mogą stworzyć zespoły liczące jedynie kilkunastu deweloperów.

Musicie przyznać, że Kena: Bridge of Spirits już od pierwszego materiału prezentowała się prześlicznie. Główne założenia rozgrywki, a przede wszystkim otaczający nas świat rozkochał mnie od pierwszego wejrzenia i każdą kolejną informację dotyczącą tegoż projektu połykałem bez jakiejkolwiek popity. 

Przedpremierowa niepewność?

Twórcy kazali czekać nam dość długo na premierę, bo debiut ich projektu na rynku został opóźniony aż dwukrotnie. Ta pierwsza obsuwa była mocno odczuwalna, bo deweloperzy dali sobie prawie dodatkowy rok. Z kolei druga sprowadzała się do szlifów, a więc wyeliminowaniem błędów i dopieszczeniem ostatnich szczegółów.

Opóźnienia - szczególnie w przypadku studiów, które nie podlegają żadnemu dużemu wydawcy i samodzielnie ustalają datę premiery - zazwyczaj nie zwiastują niczego dobrego. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie nawet u mnie pojawił się gram niepewności co do jakości gry.

Oczekiwania wobec "Keny" były ogromne, a na deweloperach, nawet jeśli nie było tego dosadnie widać, ciążyła spora presja. Ewentualna klęska automatycznie blokowała im możliwość nawiązania w przyszłości współpracy z dużym wydawcą, nie wspominając już nawet o straceniu zaufania wśród społeczności.

Dni poprzedzające premierę Kena: Bridge of Spirits również nie napawały optymizmem. Twórcy będący jednocześnie firmą wydającą rzeczoną grę na rynek nie wysyłali kluczy - ani redakcjom ani YouTuberom - umożliwiających przedpremierowe przetestowanie ich tytułu, a bazując na doświadczeniach z przeszłości dzieje się tak zazwyczaj wtedy, kiedy wydawca zdaje sobie sprawę z tego, że ich produkt zostałby skrytykowany przez media.

A następnie wielkie zaskoczenie!

Finalnie ekipa licząca zaledwie 15-stu deweloperów "dowiozła" wręcz idealnego indyka na rynek. Ku zdziwieniu wielu, bo tak, jak zostało to już wyżej podkreślone, tygodnie poprzedzające jego premierę były dość... niejednoznaczne. Pozycja została pochwalona przez recenzentów, a także odbiorców i jak można łatwo się domyślić - teraz obie grupy bacznie przyglądają się kolejnym doniesieniom płynącym prosto z kanałów przedstawicieli Ember Lab.

Tak się złożyło, że z Kena: Bridge of Spirits mogłem zapoznać się dopiero podczas minionych świąt. Na drodze stanął chociażby Battlefield 2042 czy Halo Infinite, które nawet w najmniejszym stopniu nie skradło mojego serca tak szybko i mocno, jak omawiana dzisiaj pozycja. Cóż, to chyba dobra lekcja zachęcająca do tego, aby nie stawiać gier wysokobudżetowych ponad tzw. "indyki".

Minusy? Ciężko znaleźć

Gdybym miał zacząć wymieniać minusy Kena: Bridge of Spirits, to pogubiłbym się. Nie dlatego, że jest ich tak dużo, a dlatego, że nie potrafię ich znaleźć. Niektórzy wcisną do tego działu krótki czas rozgrywki (osoby, które nie eksplorują napisy końcowe ujrzą nawet po 5/6 godzinach zabawy), a jeszcze inni wspomną o braku zaawansowanych mechanik, ale ja osobiście z tymi negatywami zgodzić się nie potrafię.

Czas, który musimy spędzić z propozycją Ember Lab jest wręcz idealnie wyważony. Przez brak bezsensownych aktywności sztucznie wydłużających czas rozgrywki deweloperom udało się nadać świetne tempo, które sprawia, że zwiedzanie kolejnych terenów i pchanie fabuły do przodu w nawet najmniejszym stopniu nie nuży. 

Z kolei brak zaawansowanych mechanik jest nawet plusem. Co "rozdział" poznajemy oddzielną historię, która oprócz nowych szczegółów dotyczących otaczającego nas świata i bohaterów zapewnia także nową umiejętność. Nie będę ich zdradzał, ale każda z nich dodaje nowe możliwości związane z eksploracją świata i dla mnie łącznie cztery - stopniowo ulepszane - zdolności są w pełni wystarczające. W tym przypadku zasada "co za dużo, to nie zdrowo" sprawdziła się wyśmienicie.

Tutaj zagrało wszystko

Dochodzę do tego, że w Kena: Bridge of Spirits wszystko zagrało tak, jak powinno. Oczywiście nie jest to tytuł na maksymalną notę 10/10, ale taki, który zasługuje na bardzo, ale to baaardzo mocną ósemkę, której bliżej do dziewiątki aniżeli siódemki.

Dzięki relaksującej walce ze zwykłymi wrogami i ciężkimi starciami z bossami, oprawie graficznej wgniatającej w fotel, eksploracji wynagradzającej nasz spryt i kreatywność, a także przemyślanymi, choć nieobowiązkowymi aktywnościami w wiosce, do której często wracamy w różnych celach, produkcja Ember Lab to bezapelacyjnie moje TOP 5 2021 roku. 

Teraz nawet żałuję, że za tegoż indora zabrałem się dopiero pod koniec minionego roku kalendarzowego, bo jestem pewien, że we wszelkiej maści zestawieniach - podsumowujących 2021 rok w kontekście gier - umieszczałbym go wysoko.

Przeszłości się nie cofnie, więc pozostaje jedynie zachęcić wszystkich tutaj zebranych, a nie mających jeszcze Kena: Bridge of Spirits w swojej kolekcji, do jak najszybszego nadrobienia owego tytułu. Możecie być pewni, że nie będziecie żałować ani złotówki na to cudeńko.