Bestia musi umrzeć (2021) - recenzja serialu [HBO]. Luźna adaptacja

Bestia musi umrzeć (2021) - recenzja serialu [HBO]. Luźna adaptacja

Piotrek Kamiński | 12.01, 21:00

Na podstawie powieści autorstwa Cecila Day-Lewisa pod tym samym tytułem. Zdesperowana matka postanawia odnaleźć człowieka, który śmiertelnie potrącił jej dziecko i samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość po tym, jak policja niemalże zupełnie zignorowała sprawę (ogólne spoilery).

Być może punkt wyjścia brzmi jak solidny thriller z prowadzeniem śledztwa, zaglądaniem w paszczę lwa, myleniem tropów, jak powieść detektywistyczna z prawdziwego zdarzenia, ale absolutnie tak nie jest. "Bestia musi umrzeć" to przez niemalże cały serial dramat z elementami wątków detektywistycznych, które jednak nigdy nie przebijają się na pierwszy plan i faktyczna zagadka kryminalna w dosłownie ostatnim odcinku. Niby nie przekreśla to od razu z automatu całej produkcji, wystarczy, że dramat jest odpowiednio mocny i dobrze zagrany, a cała tajemnica staje się rzeczą drugorzędną i mało istotną. Czy odpowiedzialnej za serial Gaby Chiappe się ta sztuka udała?

Bestia musi umrzeć (2021) - recenzja serialu [HBO]. Ból matki

Parą głównych bohaterów serialu są wspomniana już matka, Frances Cairnes (Cush Jumbo) oraz słynny - dla fanów książek Day-Lewisa - detektyw Nigel Strangeways (Billy Howle). Oboje zniszczeni przez życie, oboje na swój sposób ciekawi. Lecz podczas gdy Frances nie widzi sensu dalszego istnienia po stracie synka i ciągnie ją jeszcze tylko chęć wymierzenia sprawiedliwości osobie odpowiedzialnej za jego śmierć, Strangeways szuka odkupienia, spokoju, jakiegokolwiek lekarstwa na zjadające go od wewnątrz wyrzuty sumienia. Pierwszy sezon serialu (zapowiedziano już kontynuację) skupia się na sprawie Frances, którą oficjalnie zajmuje się Nigel, ale on będzie głównym bohaterem całego serialu, nie tylko pierwszego sezonu, więc jego postać rozwijana jest raczej powoli - zwłaszcza w porównaniu do Cairnes. Dobrym posunięciem było uczynienie z niego bohatera nieidealnego, targanego emocjami, nerwowego, czasami agresywnego. Doskonali detektywi, jak Sherlock Holmes, Hercules Poirot, czy ostatnio Benoit Blanc nie sprawdziliby się w tej konwencji.

Syn głównej bohaterki zginął w mrożących krew w żyłach okolicznościach. Samochód który go potrącił nawet nie próbował hamować, po czym oddalił się nie wzywając  pomocy. Sytuacja kompletnie niewyobrażalna, powalająca, zatrzymująca cały świat bliskich ofiary. Cush Jumbo zazwyczaj bardzo przekonująco gra ten ból. Wygląda to niemalże jakby aktorka dosłownie dusiła się, jakby była już martwa w środku. Przez większość czasu jednak zdaje się panować nad emocjami. Zamienia się wtedy w bezwzględną maszynę tropiącą, z zabójczą precyzją odgrywającą swoją rolę. Teoretycznie rozumiem co nią kieruje i zgrywa mi się to, ale miejscami nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że przeskoki między jednym stanem emocjonalnym a drugim są zbyt nagłe, co burzyło lekko iluzję. Co by jednak nie mówić o montażu, wypada przyznać, że to właśnie Cush Jumbo sprawia, że serial jest interesujący. Zwłaszcza jej interakcje z człowiekiem, którego podejrzewa, George'em Rattery (Jared Harris).

Harris jest aktorem, który nawet krzesło zagrałby w ciekawy, skupiający na sobie uwagę widza sposób. W pojedynkę sprawia, że nawet kiepskie filmy da się oglądać. Jego postać od samego początku roztacza wokół siebie aurę tajemniczości, podszytą pewnością siebie, zapewne wynikającą z zasobności portfela. Widz natychmiast zdaje sobie sprawę, że to nie jest dobry człowiek. Nie ma za grosz uczucia do własnego syna, nie jest uczciwy wobec żony. Nie oznacza to jednak, że jest mordercą i gdyby tylko scenariusz został sprytniej poprowadzony to z zastanawiania się nad tym można by zrobić cały sezon. Ale albo ktoś rozpisał tajemnicę bardzo niewprawnie, albo tożsamość tytułowej bestii nigdy nie miała być wielką tajemnicą. Kolejne dowody pojawiają się co chwilę i widz w zasadzie tylko czeka na ostateczne potwierdzenie jego przypuszczeń. Czeka się wręcz na jakiś niesamowity zwrot akcji, na odwrócenie kota ogonem, ale nic takiego nie ma miejsca. Sprawia to, że pierwszych pięć odcinków, kiedy spojrzeć na nie już po obejrzeniu całości, jest rozwleczoną papką z małą ilością treści i spokojnie można by skrócić je do maksymalnie dwóch. Brytyjczycy lubią robić seriale na trzy odcinki. Szkoda, że tym razem się na to nie zdecydowali.

Bestia musi umrzeć (2021) - recenzja serialu [HBO]. Pisane na kolanie

Kiedy zastanowić się chwilę nad przedstawioną w serialu historią, widać z jak niedopracowanym scenariuszem musieli męczyć się aktorzy. Na warstwę emocjonalną położono nacisk tak wielki, że zapomniano o logice. Frances w zasadzie natychmiast odnajduje osobę mającą związek z wypadkiem, równie szybko zaprzyjaźnia się z nią na tyle, że zostaje zaproszona do domu jej szwagra, mimo że kryminał, który podobno pisze, nie zaczął nawet powstawać. W tydzień robi lepszą robotę niż policja (co akurat jest wytłumaczone w serialu, ale tylko do pewnego stopnia, bo kiedy niebiescy biorą się w końcu za sprawę i tak zajmuje im ona więcej czasu niż jej).wątki są wprowadzane tylko po to żeby mylić tropy, nie prowadząc ostatecznie absolutnie do niczego, część postaci razi swoją karykaturalnością. 

Pozostała część obsady nie wyróżnia się jakoś szczególnie, może poza siostrą George'a, Joy (Geraldine James), która od początku nie ufa Frances i mogłaby być dobrą postacią, gdyby nie to, że całość jej charakteru sprowadzała się do bycia wywyższającą się krową, która potrafi rozmawiać jedynie z bratem. Na koniec scenarzyści dorzucają jej odrobinę głębi, ale raz, że nic z tym wątkiem dalej nie robią, a dwa, że to i tak już za późno, bo historia kończy się za jakieś pół godzinki. Barney Sayburn jako syn George'a istnieje niemalże tylko po to żeby na koniec było z czego budować tajemnicę, jego mama (Maeve Dermody) podobnie - zaczyna istnieć w zasadzie dopiero w ostatnim odcinku, a jej siostra, Lena (Mia Tomlinson) jest po prostu mało ciekawa. Można tłumaczyć to faktem, że George swoją charyzmą i ogólną niegodziwością tłamsi ich, nie daje rozwinąć skrzydeł, ale nie zmienia to faktu, że przez większą część serialu oglądanie ich nie wywołuje żadnych emocji.

"Bestia musi umrzeć" oferuje ciekawy koncept - choć z tego co się zorientowałem, w książce było ciekawiej - ale nie potrafi rozwinąć go w sposób który angażowałby widza. Zbyt dużo tu dosłowności, zbyt wiele powtarzających się scen, które nie wnoszą niczego do intrygi. Cush Jumbo i Jared Harris elektryzują widza za każdym razem, kiedy są razem na ekranie, ale jedynie ratują kiepsko napisaną historię, zamiast wznosić ją na nowe wyżyny. 

Kryminał przeżywa w ostatniej dekadzie istny renesans, bo szerszą widownię łatwo zadowolić byle czym, ale napisanie naprawdę dobrej historii detektywistycznej nie jest łatwe, czego doskonałym przykładem jest dzisiejszy film. Szkoda sześciu godzin życia.
 

Atuty

  • Cush Jumbo i Jared Harris;
  • Ciekawy punkt wyjścia.

Wady

  • Kiepsko przemyślany, rozwleczony scenariusz;
  • Większość postaci albo bez wyrazu, albo bez sensu;
  • Niesatysfakcjonujące rozwiązanie;
  • Powinien był być krótszy.

Piotrek Kamiński

"Bestia musi umrzeć" to idealny przykład problemu toczącego od dawna przemysł filmowy. Scenarzyści biorą znaną historię i "ulepszają" ją dla dzisiejszego widza. Zmiana głównego bohatera z ojca w matkę była dobrym pomysłem, ale na tym plusy się kończą.

5,0

Komentarze (1)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych