Krytyka przesadzona? Gracze od nowa odkrywają gry-perełki od EA
Electronic Arts - niczym Ubisoft - od lat pełni w branży niewdzięczną rolę dyżurnego „chłopca do bicia”, ale czas bywa najlepszym lekarstwem na nadszarpniętą reputację.
Coraz częściej w sieci można spotkać głosy broniące tytułów, które w dniu premiery zostały zmiażdżone przez recenzentów i społeczność. Okazuje się, że po latach od premiery, gdy kurz bitewny i premierowe błędy opadły, gracze dostrzegają w tych produkcjach unikalne cechy i odważne pomysły, które wcześniej zniknęły pod lawiną negatywnego PR-u.
Doskonałym przykładem tej „retro-rehabilitacji” jest Anthem. Choć gra od BioWare poległa na polu zawartości i wsparcia (a jej serwery ostatecznie zamilkły w tym roku), to model lotu i walki w pancerzach Javelin do dziś uznaje się za majstersztyk, który dawał graczom niemal namacalne poczucie bycia Iron Manem.
Podobny los spotkał Mass Effect: Andromeda. Po załataniu niesławnych błędów mimiki i animacji, wielu fanów doceniło świetny system walki, eksplorację planet za pomocą pojazdów oraz postacie, które - choć mniej ikoniczne niż ekipa Sheparda - wciąż oferowały solidne, kosmiczne RPG.
Wiele kontrowersji wzbudzała niegdyś kameralność Dragon Age 2. Ograniczenie akcji do jednego miasta, Kirkwall, uznano za krok wstecz po epickim Początku. Dziś jednak gracze bronią dynamicznego systemu walki i samej postaci Hawke’a, zauważając, że skupienie się na mniejszym obszarze pozwoliło na głębsze wejście w lokalną politykę i relacje między frakcjami.
Z kolei ubiegłoroczne Immortals of Aveum, mimo generycznej fabuły, zbiera pochwały za innowacyjne podejście do magii, która w tej grze zachowuje się jak arsenał z najlepszych strzelanek, dając powiew świeżości skostniałemu gatunkowi FPS.
Nawet gry uznawane za „porażki”, jak GoldenEye: Rogue Agent czy Fuse, po latach okazują się ciekawymi eksperymentami. Pierwsza pozwalała wcielić się w złoczyńcę z nadludzkimi mocami, a druga - mimo utraty unikalnego stylu wizualnego podczas produkcji - wciąż dostarcza masy frajdy w czteroosobowej kooperacji.
Współczesna branża często cierpi na brak odwagi, dlatego powrót do tytułów takich jak Def Jam: Icon, gdzie muzyka była aktywnym elementem mechaniki walki, przypomina nam, że EA potrafiło kiedyś ryzykować (jak teraz Capcom choćby z Pragmatą).
Choć nie każda z tych gier była idealna, każda z nich miała w sobie „to coś” - iskrę innowacji, która dziś, w dobie bezpiecznych sequeli, wydaje się bardziej wartościowa niż kiedykolwiek wcześniej.