Czy Gun był prekursorem westernu w grach wideo?

BLOG
24V
user-78090 main blog image
PaultheGreat | Dzisiaj, 12:00
Poniżej znajduje się treść dodana przez czytelnika PPE.pl w formie bloga.

Studio Neversoft Entertainment było odpowiedzialne za stworzenie cyklu „Tony Hawk's Pro Skater”. Biorąc pod uwagę ten fakt, możemy uznać, że sięgnięcie po westernową stylistykę stanowiło pewną odmianę od deskorolkowej tematyki. Na łamach niniejszego tekstu postaram się opowiedzieć o grze „Gun”, którą swego czasu ogrywałem na PlayStation 2. Czy tytuł ten to strzał w dziesiątkę, czy też należy uznać go za niewypał?

Wkładając płytkę do napędu konsoli przenosimy się na osławiony Dziki Zachód z drugiej połowy dziewiętnastego wieku, jednocześnie przejmując kontrolę nad młodym kowbojem Coltonem White'em, wokół którego toczy się wątek fabularny. W trakcie misji wprowadzających pełniących rolę swoistego samouczka, przemierzamy tereny leśne i polujemy na zwierzynę wraz z ojcem głównego bohatera. Polując na bawoły, strzelając do wilków i walcząc z niedźwiedziem grizzly, zapoznajemy się z fundamentami sterowania w zakresie korzystania z broni palnej. W klimatyczny i przystępny sposób zostajemy zaznajomieni z podstawowymi mechanikami w grze.

Historia głównego bohatera opiera się na typowym dla westernów motywie zemsty. Otóż parowiec, którym podróżowaliśmy po zakończonym polowaniu, został zaatakowany przez pokaźną grupkę zbirów. Oczywiście nie doszło do tego ataku bez powodu - nieszczęśliwym trafem na pokładzie znajduje się artefakt religijny, który wspomniani bandyci chcą odnaleźć. Z wiadomych względów Colton White będzie musiał trochę postrzelać, jednak miażdżąca ilość nieprzyjaciół sprawi, iż będziemy musieli się ewakuować. W swoich ostatnich słowach ojciec naszego bohatera podrzuca pierwszy trop - nakazuje nam udać się do Dodge City i spotkać z niejaką Jenny. Zadaniem Cole'a ma być odnalezienie tego artefaktu, bowiem doprowadzi go do winnych śmierci ojca i jednocześnie umożliwi poznanie jego prawdziwych korzeni. Początkowe misje stanowią swego rodzaju wprowadzenie, przez które „zmuszeni” jesteśmy przebrnąć. Dopiero później, po udaniu się do Dodge City, świat gry stanie przed nami otworem. W kilku uzasadnionych fabularnie momentach swobodna eksploracja zostanie ograniczona i niektóre misje będą uruchamiały się automatycznie po ukończeniu poprzedniej. Nie należy jednak uznawać tego za wadę - wręcz przeciwnie, dzięki takiemu ograniczeniu narracja nie traci tempa w kluczowych punktach opowieści.

Niewykorzystany potencjał świata

„Gun” nie jest stuprocentowym przedstawicielem sandboksów, który aspiruje do miana „GTA” na Dzikim Zachodzie. Przede wszystkim tytuł ten nie może się pochwalić takim rozmachem, jak produkcje Rockstar Games. Oczywiście mamy dostęp do otwartego świata, który jest stosunkowo duży, jednakże nie jest on wypełniony po brzegi aktywnościami dodatkowymi. Spotkamy się z zadaniami pobocznymi, ale jest ich mało i są schematyczne - jedź, zabij, uratuj, popilnuj. Najbardziej przypadły mi do gustu misje na ranczu - zaganianie bydła i jego ochrona, przyprowadzenie ranczerowi mustangów itp. Czasami fajnie jest odpocząć od ciągłych strzelanin i zająć się czymś przyziemnym. Wspomniane ranczo ma jednak swoją wadę - jest jedynym takim miejscem w grze, które znajduje się na drodze od jednego do drugiego miasteczka (tak, dobrze przeczytaliście - mamy tylko dwa miasteczka). Brakuje tutaj smaczków, które w grach spod znaku „Grand Theft Auto” wylewają się z ekranu. Niby jest wioska Indian, kryjówka bandytów czy opuszczona kopalnia, które są ciekawie zaprojektowane, ale poza samą swoją obecnością, nie oferują nam żadnej interaktywności. Świat w tytułowej spluwie jest rozległy, ale pusty. Jadąc przez prerie i pustynie spotkamy od czasu do czasu drobnych rzezimieszków, ale są oni tak beznadziejnie słabi, że można ich rozwalić dosłownie dwoma strzałami... Poza tym przemierzając pustkowia nie spotkamy na swojej drodze nic - żadnych podróżników, dyliżansów, myśliwych czy pociągów.

Efektowność i brutalność strzelanin

Gra charakteryzuje się niskim poziomem trudności, co objawia się między innymi tym, iż jakieś 70-80% misji przechodziłem z marszu, a nawet jeżeli zginąłem to nie było to spowodowane faktem, iż przeciwnicy byli specjalnie wymagający, lecz ze względu na moją nieuwagę lub ich liczebność. Dopiero pod koniec gry, gdy pojawią się walki z bossami, a przeciwnicy są bardziej wytrzymali i mają lepsze giwery, zaczyna być ciepło, ale nadal nie gorąco. Na każdego z bossów jest patent, a trudność opiera się głównie na tym, żeby ten sposób odnaleźć. Dodatkowo pomocna okazuje się obecność checkpointów i możliwość odnawiania życia za pomocą flaszeczki whisky, która pełni rolę swoistej apteczki. Bardzo podobają się mi animacje i fizyka, co powoduje, że strzelaniny wyglądają efektownie oraz w miarę realistycznie. Oczywiście pomijając skracanie przeciwników o głowę lub kończynę po siarczystym strzale ze strzelby. Przeciwnicy upadają w zależności od miejsca, w które dostali - możemy im wytrącić broń lub kapelusz z głowy.

Czym jednak byłaby strzelanina bez broni? Biorąc pod uwagę realia westernowe mamy ich całkiem dużo, gdyż poza standardowymi rewolwerami, udostępniono nam także zwykłą strzelbę, karabin wyborowy, shotgun oraz łuk. Oczywiście na przestrzeni gry będziemy otrzymywali nowe, lepsze modele broni danego typu, więc nie możemy narzekać na dostępny arsenał. Oprócz wspomnianych broni palnych, spotkamy się z bronią miotaną (dynamit, koktajl Mołotowa), stacjonarną (słynny karabin maszynowy Gatling) i białą. Najbardziej zdziwił mnie jednak fakt, iż jedyny sposób nabywania broni to właśnie wspomniane jej otrzymywanie. Niestety nie ma możliwości kupna broni, każdą broń otrzymujemy wraz z postępami w trybie fabularnym, zwykle po pokonaniu jakiejś szychy lub w ramach podarunku od jakiejś postaci, która będzie naszym sojusznikiem. Dziwniejsze jest również to, że nie można kupować amunicji! Naboje do naszych pukawek możemy znaleźć porozrzucane w świecie gry lub przy ciałach zabitych. Jedyną rzeczą, na którą można wydać ciężko uzbierane dolary, są specjalne ulepszenia poprawiające parametry naszych broni. Świetnie prezentuje się również jazda konna i walka z grzbietu naszego wierzchowca. I tutaj pojawia się pewna wada - czasami jest tak, że gdy wykonujemy jakąś misję i zostawimy konia przed budynkiem, to po ukończeniu zadania i wyjściu z niego możemy wracać pieszo, bowiem nasz koń zniknął bez śladu. Ja rozumiem, że Dziki Zachód to bezprawie, ale żeby tak chamsko ukraść komuś wierzchowca?

Mimo wielu widocznych wad „Gun” ciągle pozostaje przyzwoitym i bardzo grywalnym tytułem. Rozgrywka posiada dopracowaną mechanikę strzelanin, które są bardzo dynamiczne i widowiskowe. Naturalnym atutem jest oczywiście westernowa stylistyka w bardzo efektownym i nierzadko brutalnym wydaniu. Atomosfera jest budowana przez dobrze dopasowaną muzykę i estetycznie skonstruowane lokacje. Największym mankamentem jest niewykorzystany potencjał otwartego świata. Mogliśmy uzyskać tytuł wyśmienity, a otrzymaliśmy pozycję „tylko” dobrą. Niezależnie od tego, jak opisywany tytuł się zestarzał, trzeba pamiętać, że swego czasu grało się w niego przyjemnie. Tym bardziej, że tytuł ten przetarł szlaki dla innych gier w realiach Dzikiego Zachodu.

Oceń bloga:
1

Komentarze (4)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper