Czy Tomb Raider: Legend nadal potrafi wciągnąć?
„Tomb Raider: Legend” było pierwszą odsłoną odświeżonego cyklu o przygodach Lary Croft stworzoną przez Crystal Dynamics. Poprzednia gra z serii, „The Angel of Darkness”, okazała się porażką, która spowodowała, że studio Core Design zakończyło swoją współpracę z wydawcą, Eidos Interactive. Wybór nowego producenta okazał się dobrym ruchem, bowiem nowa, klasyczna trylogia zdobyła uznanie graczy. Czy dwadzieścia lat po premierze „Legenda” ciągle pozostaje wciągającym tytułem?
Nowa przygoda Lary Croft koncentruje się na poszukiwaniach fragmentów Excalibura, czyli legendarnego miecza Króla Artura. Motywacje naszej bohaterki mają wymiar osobisty, ponieważ odnoszą się do tajemniczego zaginięcia jej matki, do którego doszło wiele lat temu, gdy Lara była jeszcze dzieckiem. Kluczem do poznania prawdy o tym tragicznym wydarzeniu ma być właśnie magiczny artefakt pochodzący z arturiańskich legend. Droga do jego odnalezienia będzie wiodła przez wiele krajów na różnych kontynentach.
Otoczka fabularna zarysowana w „Tomb Raider: Legend” nie jest głównym daniem, które twórcy przygotowali dla graczy. Opowieść stanowi jedynie pretekst do podróży protagonistki, zaś sama narracja jest prezentowana w sposób staroszkolny. Brakuje przede wszystkim wyrazistego antagonisty oraz charyzmatycznych postaci drugoplanowych. Jedynym fundamentem historii jest postać naszej podróżniczki i jej osobiste motywacje.

Klimat nostalgicznej wyprawy
Znamienitym punktem programu jest klimat przygody utrzymany w melancholijnej, nostalgicznej atmosferze. Istotny wpływ na taki odbiór gry ma w głównej mierze osobisty charakter wyprawy Lary Croft, przemyślany projekt lokacji, spójna estetyka wizualna, subtelna oprawa muzyczna oraz nastawienie na eksplorację i zagadki logiczne. To główny powód, dla którego tak bardzo lubię odsłony cyklu stworzone przez Crystal Dynamics. „Legend” stworzyło podstawy formuły, którą twórcy dopracowali w „Anniversary” i „Underworld”. Nastrój podróży bez brawurowej, awanturniczej otoczki jest wartością samą w sobie. Nie oznacza to jednak, że gra jest kompletnie pozbawiona akcji. W porównaniu do swoich następczyń, pierwsza część cyklu obfituje w największą ilość strzelanin i innych dynamicznych fragmentów rozgrywki. Jednakże to nie one powodują największą frajdę u gracza.
Co zostało już wspomniane, główny nacisk w „Tomb Raider: Legend” położono na przemierzanie kolejnych poziomów, pokonywanie przeszkód terenowych oraz rozwiązywanie łamigłówek środowiskowo-logicznych. Tempo zabawy jest dobrze wyważone i posiada pewien rytm. Kolejne aktywności tworzą urozmaiconą pętlę rozgrywki, dzięki czemu trudno o znużenie. Pomiędzy etapami nastawionymi na eksplorację, wspinaczkę i rozwiązywanie zagadek logicznych, wpleciono krótkie, dynamiczne segmenty, w których walczymy z wykorzystaniem broni palnej przeciwko najemnikom lub dzikim zwierzętom. Na naszej drodze staną też potężniejsi przeciwnicy, na których trzeba będzie znaleźć odpowiedni sposób w ramach walki z bossem.
Wymienione przeze mnie elementy rozgrywki dobrze się zazębiają. Duża w tym zasługa bardzo dobrze zaprojektowanych lokacji. Gra ma liniową, korytarzową strukturę, ale odwiedzane przez nas miejscówki sprawiają wrażenie większych, bardziej otwartych. Kolejne poziomy tworzą spójne segmenty, a zadaniem gracza jest znalezienie właściwej drogi do kolejnego etapu podróży. Może do tego prowadzić rozwikłanie zagadki lub zręczna wspinaczka. W międzyczasie możemy rozejrzeć się po lokacji, żeby odnaleźć wszystkie sekrety, do czego jesteśmy zachęcani strukturą poziomów czy statystykami po zakończonej misji.
Powrót po latach - zmiana perspektywy gracza
Pierwszy raz miałem styczność z „Legendą” w 2012 roku, gdy ogrywałem wersję przeznaczoną na konsolę PlayStation 2. Pamiętam, że wówczas tytuł ten zachwycił mnie swoją atmosferą, oprawą audiowizualną i pewnego rodzaju rozmachem. Produkcja Crystal Dynamics zdobyła moje uznanie i zachęciła do zapoznania się z kolejnymi częściami przygód Lary Croft. W ten sposób ograłem „Anniversary” na PlayStation 2 oraz „Underworld” na PlayStation 3. Do pierwszej gry z serii powróciłem zatem po kilkunastu latach. Tym razem ukończyłem ją na swoim laptopie w wersji dostępnej na platformie GOG.
Przyznam, że miałem pewne obawy. Bałem się, że tytuł, który utrwalił się w mojej pamięci bardzo ciepło, teraz może mnie gorzko rozczarować. Minęło przecież wiele czasu od mojego ostatniego kontaktu z „Legendą”, podczas którego ograłem nowsze pozycje z gatunku action-adventure – trzy części „Uncharted”, reboot „Tomb Raidera” z 2013 roku oraz jej kontynuację z 2015 roku. Szczęśliwie okazało się, że powrót do dwudziestoletniej gry okazał się bardzo udany.
Oceniając starsze gry zwracam uwagę na rok produkcji. Oczywiście nie oznacza to, że staję się łagodniejszy w ocenach. Biorę po prostu poprawkę na rozwój technologiczny i jakościowy, który dokonał się w branży gier wideo. W swoich sądach opieram się na elementach gry, które są ponadczasowe. Takimi elementami są między innymi klimat, fabuła, rozgrywka czy muzyka. W przypadku starszych gier spoglądam na oprawę wizualną, ale nie oceniam jakości tekstur, liczby klatek na sekundę, rozdzielczości i innych technicznych aspektów grafiki. Wzrok mój kieruję na spójność artystyczną, estetykę świata przedstawionego, projekty lokacji i inne elementy, które wpływają na atmosferę, immersję i postrzeganie tytułu przez gracza.
Oprawa audiowizualna: estetyka i atmosfera ponad technikaliami
„Tomb Raider: Legend”, pomimo dwudziestu lat od premiery, ciągle potrafi zachwycić na gruncie audiowizualnym. Sceneria jest różnorodna, przygoda prowadzi nas po szerokiej palecie lokacji, które znajdują się w różnych miejscach na świecie. Każda miejscówka ma własny charakter wizualny i odpowiednio dobraną warstwę muzyczną. Ruiny świątyń są monumentalne, krajobrazy naturalne stawiają na skalę i widoki. Całość tworzy świetną kompozycję przestrzenną, która buduje odpowiednią atmosferę oraz wspomaga rozgrywkę w segmentach nastawionych na eksplorację, wspinaczkę i zagadki.
Dobrze prezentują się refleksy świetlne, subtelna gra światła i cienia we wnętrzach pomieszczeń, a także efekty środowiska naturalnego. Szczególnie podobała się mi lokacja w Ghanie, w której bardzo widowiskowo prezentował się wodospad. Wysokim poziomem charakteryzował się też etap w Nepalu, gdzie pokryte śniegiem i lodem szczyty górskie tworzyły miłe dla oka dzieło sztuki nakreślone przez naturę. Słabo prezentują się postacie, w szczególności drugoplanowe. Mam wrażenie, że z największą starannością wykonano model Lary, co w zasadzie nie powinno dziwić.
Warstwa dźwiękowa jest podporządkowana klimatowi przygody. Muzyka w świetny sposób buduje atmosferę dopasowaną do charakteru odwiedzanej lokacji i aktualnych wydarzeń na ekranie. Bywa dyskretna i subtelna, oddziałuje na zmysły gracza w sposób nienachalny. Pełni funkcję ilustratora, a nie głównego aktora. Czasami muzyka ustępuje ciszy i dźwiękom otoczenia, które tworzą zgraną orkiestrę z delikatnymi ambientami. Główny motyw muzyczny w menu zawiera w sobie cząstkę atmosfery, jaką udało się wykreować twórcom. Jest bardzo melancholijny i nostalgiczny. Z wielką przyjemnością przypomniałem go sobie po latach.
Najsłabszym elementem zabawy są różnej maści błędy, glitche i bugi występujące w trakcie elementów platformowych lub podczas łamigłówek środowiskowych. W połączeniu z przeciętną pracą kamery, potrafią bardzo solidnie uprzykrzyć przebieg segmentów zręcznościowych. Tytuł ten bywa wymagający, co może odstraszyć młodszych graczy. Trudność opiera się przede wszystkim na konieczności zachowania precyzji przy wykonywaniu skoków. Czasami gra zostawia niewielki margines błędu, co może zirytować, gdy w czasie skoku Lara przeniknie przez teksturę lub nie złapie krawędzi, którą zgodnie z logiką gry powinna sięgnąć z łatwością. Najbardziej frustrujący był dla mnie jednak etap pościgu motocyklowego, który nie był zaprojektowany w przemyślany sposób. Miałem wrażenie, że sprawczość gracza nie była zbyt duża. Same strzelaniny nie stanowią większego wyzwania, gdyż przeciwnicy komputerowi przenikliwością nie grzeszą. Zasadniczo zabawa nie utraciłaby niczego, gdyby zabrakło najemników, a walka ograniczała się jedynie do starć z bossami.
Powrót do pierwszej części trylogii od Crystal Dynamics był dla mnie bardzo przyjemny. Swego czasu napisałem tekst dotyczący „Underworld”, który spotkał się z ciepłym przyjęciem użytkowników portalu. Pozostaje mi tylko powrócić do „Aniversary” i skompletować blogowego hat-tricka. Przypadek „Legendy” pokazuje, że gry wideo posiadające duszę, sugestywny klimat, przemyślaną rozgrywkę i świetne projekty lokacji potrafią być ponadczasowym doświadczeniem.
Jakie są Wasze odczucia dotyczące „Tomb Raider: Legend”? Czy ogrywaliście ten tytuł w czasach szóstej generacji? Czy rozważcie powrót po latach lub nadrabianie zaległości?