Blog użytkownika Johnak

Johnak Johnak 02.01.2020, 11:28
Osobiste top gier 2019 roku
1024V

Osobiste top gier 2019 roku

Nowy Rok - Nowy ja wpis o gamingowych dokonaniach z minionych 12 miesięcy.

Podobnie jak w zeszłym roku pozwolę sobie zacząć od doprecyzowującego disclaimera:

Zestawienie nie dotyczy najlepszych gier 2019 roku, lecz tytułów w mniejszym lub większym stopniu ukończonych przeze mnie w minionym roku.

Także... odliczamy!

23. Man of Medan (2019)

Ostatnią lokatę w zestawieniu zajmuje największe (w moim odczuciu) rozczarowanie tego roku. Po następcy Until Dawn oczekiwałem dosyć sporo, tymczasem gra nie dowiozła w zasadniczo żadnym aspekcie poza grafiką. O ile losy paczki znajomych w górskiej chatce (Until Dawn) przeżywałem w gronie przyjaciół dosyć intensywnie, o tyle do zdarzeń z Man of Medan podchodziliśmy niesamowicie ambiwalentnie. Po skończonej grze zupełnie nie mieliśmy ochoty przechodzić gry jeszcze raz próbując osiągnąć inne zakończenia, bowiem tytuł nie wciąga i wymaga od gracza znacznie mniej uwagi. Od fabuły w żadnym razie nie oczekuję porządnego osadzenia w rzeczywistości, ale ta tutaj jest od niej maksymalnie oderwana i zwyczajnie słaba. Polecałbym zapoznać się z tytułem wyłącznie wtedy, gdy mocno stanieje.

22. Darksiders III (2018)

Dzięki niespotykanej uprzejmości udostępnienia za opłatą comiesięcznych gier przez Sony w ramach PS Plusa, dostałem szansę sprawdzenia 3. części sagi o jeźdźcach Apokalipsy. Po przybliżeniu losów Wojny i Śmierci, swoje 5 minut dostaje jedyna jeźdźczyni- Furia. Darksiders jest serią, która moim zdaniem cierpi na syndrom równi pochyłej. Pierwsza część była ‘wysokim C’ czerpiącym pełnymi garśćmi z The Legend of Zelda i Devil May Cry. Druga część, choć jeszcze silniej stawiająca na walkę, stała się znacznie prostsza i idioto-odporna, bowiem zredukowano znacząco ilość zagadek w stosunku do poprzedniczki. Trójka natomiast- oferuje w zasadzie zero zagadek, i dużą ilość nudnej i powtarzalnej walki. Niektórzy twierdzą, że combat jest bardziej ‘soulsowy’. W moim odczuciu gra porzuciła wypracowane mechaniki combosów oparte na klikaniu różnych przycisków (odpowiedzialnych za szybki/ciężki atak), wychyleń drążka, na rzecz mashowania przycisku ataku w odpowiednich odstępach czasu i unikania silnych ciosów przeciwników , którzy mogą nas zabić w ułamku sekundy. Twórcy odeszli więc od slasherowego charakteru gry na rzecz cierpliwej walki, co dla mnie, oddanego fana starych odsłon God of War, Ninja Gaiden, Ninja Blade- jest nieodżałowaną stratą. Poza tym- Furia jest niesamowicie irytującą postacią, której w żadnej sposób nie pomaga ‘średnio udany’ polski dubbing. Graficznie tytuł odstaje od swoich rówieśników. Sam świat jest dosyć pusty i nijaki, pełen niewidzialnych ścian. Czy po takiej grze możemy jeszcze liczyć na Darkisiers z Waśnią w roli głównej? Tego nie wiem, choć światełkiem w tunelu może być Darksiders: Genesis z bardziej hack n’ slash-owym charakterem.

21. Shadow Warrior (2013)

Pierwsza w zestawieniu gra z polskim rodowodem. Shadow Warrior jest slasherem (“szczelanką-nawalanką” w nomenklaturze Klocucha), w którym protagonista Lo Wang zatrudniony zostaje przez światową korporację celem odnalezienia legendarnego miecza Nobitsura Kage. Dziwnym trafem okazuje się, że ostrze powiązane jest z wymiarem demonów, które w niezliczonej ilości zaczynają plądrować Ziemię i siać chaos. Przypadek? Nie sądzę. Wojownik Cienia (że tak wyjątkowo pozwolę sobie spolszczyć tytuł) w przeciwieństwie do innych gier oferuje fabułę, która niestety przedstawiona jest dosyć chaotycznie, przez co zrozumienie jej wymaga pełnego skupienia, na które człowiek- po wyrżnięciu w pień setki przeciwników- zwyczajnie nie ma siły. Tytuł naturalnie koncentruje się na starciach z przeciwnikami, jednakże jest to aspekt eksploatowany do przesady, przez co zamiast czerpać przyjemność z siekania demonów- gracz zaczyna odczuwać zmęczenie i znużenie. Sytuacji nie pomaga fakt, iż tak przeciwnicy jak i same lokacje są mało zróżnicowane- można odnieść czasem wrażenie, że krąży się w kółko. In minus można także zaliczyć niezbyt dobry balans arsenału Wanga i końcówkę gry, która wygląda na wydłużoną na siłę. Tytuł może się spodobać, jednak w przypadku Shadow Warrior, zalecałbym zdrowe dawkowanie posiedzeń żeby nie oszaleć.

20. Gears of War 4 (2016)

Położenie swoich łapek na Xbox Game Passie, i przejście (w końcu) z Win7 na Win10 umożliwiło mi zapoznanie się z kolejnymi odsłonami ,, mechanizmów wojny”. Początek gry jest, przyznam z niekrytym żalem, maksymalnie wynudzający, sprawiający wrażenie stworzonego specjalnie, by odsiać co mniej wytrwałych graczy. Z rozdziału na rozdział gra bardzo (baaardzo) powoli nabiera rumieńców, by pozytywniej zaskoczyć ostatnim. Nie czyni to  jednak  4-tej części Gearsów godnej zapamiętania. JD, Del, i Kait nie mają absolutnie żadnego podjazdu do gangu Marcusa, Doma, Cole’a i Bairda. Sam fakt umieszczenie ich w grze jako postaci 2-go i 3-cio planowych tym bardziej grze nie pomaga, bo jeszcze bardziej wzmaga tęsknotę za starą ekipą. Co do gameplayu to nie rozczarowuje- GoW4 jest solidnym TPS z dynamiczną rozgrywką i dużą ilością juchy. Niskie miejsce za miałką fabułę, klimat i męczący początek gry.

19. Project Warlock (2018)

Druga i ostatnia rodzima produkcja na liście jest oldschool-owym FPP czerpiącym garściami z Wolfensteina 3D i Dooma. Podobno głównym twórcą gry jest 19-letni (teraz juz 20?) polak, Jakub Dziedzic- taki wyczyn w takim wieku jest imponujący, bo w Project Warlock gra się dobrze. Tytuł oferuje dynamiczną rozgrywkę, wiele rodzajów broni (+ możliwość wybrania ulepszenia), czarów, i przeciwników adekwatnych do lokacji, w której się znajdujemy. Nie ma też zapisów w trakcie etapu, co z jednej strony ciekawie utrudnia rozgrywkę, motywuje do ciągłego skupienia, ale z drugiej- czyni grę nie do przejścia dla osób, które nie mają czasu przysiąść na np. godzinę do komputera by ukończyć sekwencję. Ponadto wydaje mi się, że twórcy postawili na zbyt małą ilość assetów, przez co poziomy w dużej mierze wyglądają tak samo i łatwo się na nich zgubić. Mimo to, grę polecam każdemu fanowi intensywnego strzelania.

18. Crash Team Racing Nitro Fueled (2019)

Choć PSX (konkretnie PS One) znalazł się swego czasu w moim posiadaniu, nigdy wcześniej z CTR nie miałem styczności. Na grę więc, jako wielki fan Mario Kart, rzuciłem się w dniu premiery. Karty kartom nierówne, więc moje pierwsze wyścigi, głównie przez zupełnie inny system driftowania, kończyły się porażką. Gdybym w skrócie miał porównać CTR do MK powiedziałbym tak: trudniejsze drifty, mniej bonusów (choć mogą być używane defensywnie i ofensywnie), mniej postaci. Lokata w zestawieniu dosyć niska, bowiem przyznając się szczerze i bez bicia: gra mnie nie wciągnęła. Przeszedłem ‘story mode’ choć poziom fabuły jest znikomy… i w zasadzie tyle. Nie ciągnie mnie ani moich znajomych do ścigania się w CTR, i zdecydowanie chętniej sięgamy po Mario Kart 8 Deluxe. Dodatkowym mankamentem na Switchu (bo takową wersję posiadam i ogrywałem) są niebywale długie ekrany wczytywania, które skutecznie studzą zapał do gry.

17. Assassin’s Creed Origins (2017)

Opisywane przez krytyków odświeżenie formuły serii i osadzenie w niezwykle klimatycznej scenerii starożytnego Egiptu zachęciły mnie do zapoznania się z przygodami Bayeka. Fabuła gry koncentruje się na dwóch filarach: intrygach wokół egipskiego tronu, o którego uzyskanie walczy Kleopatra (z pomocą Cezara), oraz na losach rodziny protagonisty. Na czym polega owe nowe rozdanie w stosunku do poprzednich odsłon? Choćby na tym, że pojawiło się wiele więcej side-questów, które nie dorównują może poziomem tym z Wiedźmina 3, ale nie są też typowym “przyjdź, podaj, pozamiataj”. Questy te, tak główne jak i poboczne, rozsiane są po gigantycznej mapie, która swym zróżnicowaniem umożliwia graczom odwiedzenie tak Piramid w Gizie, jak i pustynnych pustkowi na południu, oraz miast takich jak Aleksandria, Cyrenajka czy Memfis. Warto też wspomnieć, iż AC: Origins silniej postawiło na elementy RPG, pod postacią wybieralnego ekwipunku (tak broni, jak i odzienia), które dodatkowo można ulepszać zbierając określone składniki i wypełniając zadania. Bayek za rozprawianie się z poplecznikami reżimu Ptolemeusza XIII dostaje pkt doświadczenia, które może wymienić na konkretne umiejętności w drzewku zdolności. Liftingu doświadczył także system walki. Asasyn nie jest już bowiem maszyną, która opiera się na kontrataku; teraz starcia wymagają dużo więcej uwagi, ostrożności i poruszania się. Co ciekawe, nie można się od razu rzucić z motyką na słońce, bowiem oponenci mają swoje poziomy, i np. takich oznaczonych czaszką… raczej nie mamy szans zdjąć. Dla wszystkich fanów innego settingu niż reszta serii, wielbicieli smażenia się na plaży, zwiedzania grobowców i starożytnych miast- pozycja obowiązkowa.

16. Race Driver: GRID (2008)

Nie jestem wielkim fanem wyścigów (poza wyżej wspomnianym Mario Kart). Z GRIDem jednak miałem kiedyś styczność, która zakończyła się utratą save’a z powodu bliżej nieokreślonego błędu komputera. Po kilku latach dałem grze drugą szansę i w sumie bawiłem się naprawdę nieźle. Ocenianie grafiki przez pryzmat upływu ponad 10 lat byłoby głupie, ale z pełną szczerością mogę powiedzieć, że GRID prezentuje się wciąż dobrze, a system zniszczeń autentycznie zachwyca. Ze wszystkich wyścigów w trybie kariery najbardziej do gustu przypadły mi drifty w Japonii. To co rzuca się w oczy, i trochę niszczy pozytywne wrażenie o grze to niewielka ilość tras, w konsekwencji czego całej grze towarzyszy pewne uczucie powtarzalności. Ogrywałem tytuł (ponownie) na PC i przyznam, że wygodnie gra się tak na padzie, jak i na klawiaturze. GRID w swej lidze jest chyba na tyle kultowy, że polecać go nikomu nie trzeba.

15. Gears 5 (2019)

Naturalną koleją rzeczy po ukończeniu czwórki było sięgnięcie po piątą część Gearsów (tym razem już nie “of war”, zabiegu którego nie jestem w stanie do końca zrozumieć). Można by rzec- istotny krok naprzód w stosunku do poprzedniczki. Gra ma już zdecydowanie silniej nakreśloną linię fabularną, pojawiają się konflikty między bohaterami, motywy kierowania się dobrem własnym ponad dobrem ogółu etc. Kait staje się intrygującą protagonistką, przemierzającą wioski, zimowe pagóry i pustynne stepy w poszukiwaniu swej tożsamości. Najciekawszą innowacją jest wprowadzenie postaci robota Jacka, który wspiera oddział tak podczas eksploracji, jak i starć z Rojem. Dzięki wsparciu syntetyka, możemy porazić przeciwników prądem, maskować gearsów na krótki okres czy wzmocnić ich pancerz. Tytuł pod koniec stawia gracza przed istotnym wyborem (także nowość w serii), który przez pryzmat finału gry… wcale nie jest jednak tak istotny. Czy poniesie on za sobą konsekwencje w kolejnej odsłonie sagi? Przekonamy się zapewne już w 9-tej generacji konsol.

14. The Order 1886 (2015)

Gra, która zaczyna się od pierdla zwiastuje nic innego jak cofnięcie się w przeszłość by poznać genezę stanu pozbawienia wolności. Nie inaczej jest w przypadku The Order 1886. Protagonistę- Sir Galahada, poznajemy przy okazji torturowania jego osoby. Long story short- trafia za kraty za niesubordynację i rzekomą zdradę Zakonu Rycerzy Okrągłego Stołu. Tytuł (jak na 2015 rok) zachwyca oprawą audiowizualną, i pomimo wielu pogłosek w stylu “to bardziej film niż gra” oferuje naprawdę atrakcyjną TPS-ową rozgrywkę. WIktoriański klimat wylewa się z ekranu, i co niezwykle w grze doceniam, jest on znacznie, znacznie mroczniejszy aniżeli np. w AC: Syndicate. Rozgrywka jest dynamiczna, oferuje ciekawe bronie i bazuje w dużej mierze na systemie osłon, znanym choćby z widniejących w zestawieniu Gearsów. To co najbardziej w grze zawodzi, to jej zakończenie, która zostawiła mnie w stanie, w którym nie wiedziałem co robić, trochę jak John Travolta w Pulp Fiction . Gra mogłaby spokojnie doczekać się kontynuacji na nowych konsolach, i po cichu będę na nią liczył.

13. Spyro: Reignited Trilogy (2018)

Podobnie jak w przypadku CTR, tak i tegoroczne spotkanie ze Spyro było moim pierwszym w życiu, ponieważ ominął mnie on za czasów PSXa. Gdybym miał ująć Reignited Trilogy w jednym zdaniu powiedziałbym: niezwykle ciepła gra dla gracza w każdym wieku. Tytuł (właściwie 3 tytuły) okraszony jest śliczną oprawą audio-wizualną. Spyro jest trochę jak Link- gada co prawda nieco więcej, ale odwala równie duży kawał dobrej roboty, ratując z opresji inne smoki i mieszkańców poszczególnych krain. Pierwszą część wymaksowałem, kolejnych już nie ( nie polecam przechodzić ciągiem  wszystkich części bo może się przejeść) i bawiłem się przy tym świetnie.Są to gry dobre w każdym wieku, bowiem cechuje je naprawdę niewygórowany poziom trudności- zaprawieni gracze przejdą je z marszu i bawić się będą, przy tej ciepłej historii, równie dobrze.

12. Mortal Kombat 11 (2019)

Fantastyczna, soczysta, miodna i krwawa walka. MK11 nie bierze jeńców i oferuje wszystko, czego od Mortala można by było wymagać. Tryb fabularny, w moim odczuciu, wyraźnie przewyższa ten z MK10, choć wspomnieć muszę o jednym- design głównej antagonistki, Kroniki- totalnie do mnie nie przemawia. Tradycyjnie dziesiątki godzin poświęcić można na pokonywanie kolejnych wież wyzwań, czy odkrywanie zakamarków krypt. Dodatkowo w ramach DLC pojawiły się postaci Nightwolfa, Jokera i… Terminatora. Czekam na kusząco obniżoną cenę. Tymczasem- bijcie się!

11. Super Smash Bros. Ultimate (2018)

2019 przyniósł w me progi 2 bijatyki. Tak jak Mortal był tym czego się spodziewałem, tak Smash- pod względem ilości zawartości- powalił mnie na łopatki. Jest to gra OGROMNA, w której jest chyba wszystko, co dotąd w serii się pojawiło, i wciąż pojawiają się nowe postacie i areny. Ultimate oferuje story mode… zaskakująco długi story mode, mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie, że za długi. Z drugiej strony jest to najpewniejsza metoda na odblokowanie postaci do innych trybów, więc polecam się trybem tak czy siak zainteresować. Ponad 70 postaci, przeszło 80 itemów, a cały ten meksyk odbywa się na prawie 100 różnych arenach. Sama rozgrywka jest fantastyczna, i spodoba się zarówno casualom, którzy po raz pierwszy złapią za joy-cona, jak i profesjonalistom walczącym na turniejach. Dodatkowe oklaski Nintendo należą się za możliwość grania w 8 osób na jednej konsoli. Wtedy jednak- życzę powodzenia w odnalezieniu się na ekranie.

10. Professor Layton and the Miracle Mask (2011)

Monte d’Or wybudowane po środku pustyni nękany jest przez Zamaskowanego Mężczyznę. Bezsilne władze nie są w stanie nic zrobić, z pomocą jednak, na prośbę dawnej przyjaciółki, przybywa profesor Hershel Layton. Kim jest antagonista i czemu gnębi miasto? Tradycyjnie, eksplorując miasto i rozwiązując ponad 150 zagadek, dotrzemy do prawdy. Jak do tej pory, Miracle Mask jest chyba najbardziej przewidywalną,  i de facto najgorszą częścią Laytona. Mimo to- wciąż jest to tytuł, który znaleźć się może tylko i wyłącznie w bardziej elitarnej części zestawienia. Żyję nadzieją, że kolejna, duża część Laytona (nie Lady Layton) pojawi się jeszcze na Switchu. Takie serie to prawdziwe perły, które zasługują na większą uwagę.

9. Gorogoa (2017)

Wyobrażacie sobie grę polegającą na wycinaniu poszczególnych elementów z kolażu i wklejanie ich w inny po to, by powstała z tego jakaś historia? Jeżeli nie, to Gorogoa jest przepięknym wizualnie doświadczeniem specjalnie dla Was. Około 20 zł na Steamie/gog-u/telefonie przeniesie Was do historii pewnego chłopca... by nie zdradzić za wiele. Dla sprawniejszych graczy, jest to tytuł do ukończenia w 2h. Ten czas powinien jednak w zupełności wystarczyć, by docenić absolutnie nietuzinkowy ‘gameplay’ zaimplementowany do tego tytułu.

8. Mario+Rabbids Kingdom Battle (2017)

X-com jako fuzja Mushroom Kingdom i Raving Rabbids to cross-over, o który nikt nie prosił, ale też taki bez którego żaden szanujący się posiadacz Switcha nie powinien przejść obojętnie. To połączenie faktycznie działa, a taktyczne ostrzeliwanie przeciwników uzależnia. Lepiej lecieć Rabbid Mario na pełnej bulwie do przodu i zdejmować kilku oponentów shotgunem, czy raczej asekurować swoją ekipę snajperem Luigim z odległości? A może bezpiecznie się chować i postawić na strzały z warty? Tę i wiele innych decyzji podjąć należy w ciągu wielu walk, które stoczy się podczas rozgrywki. Warto podejmować rękawice w postaci dodatkowych wyzwań, bowiem dają one kule, za które kupować można ulepszenia dla naszej ekipy. Jedyny mankament jaki jestem wskazać to równość rozgrywki. Kingdom Battle niestety nie trzyma równego poziomu trudności- jedne starcia są śmiesznie łatwe, inne- dla przykładu ostatni boss- horrendalnie trudne. Mimo to, tytuł ten jest jednym z tych, dla których pstryka zdecydowanie warto kupić.

7. Detroit: Become Human (2018)

Kolejna angażująca historia ze stajni Quantic Dream. Po przygodach z Fahrenheitem, Ellen Page czy Zabójcą Origami, studio za motyw przewodni obrało faktycznie przyszłościowy temat: czy humanoidalne Androidy (które już istnieją) powinny być traktowane jak ludzie? A może jednak należy sprawować nad nimi ścisłą kontrolę i traktować je tym, czym są- jak maszyny? Opinie są podzielone i tylko od Ciebie, graczu, zależy jak potoczą się losy Kary, Marcusa i Connora- trójki androidów, których losy w pewnym momencie się ze sobą zawiązują. Mnie osobiście najbardziej do gusty przypadł wątek Connora- robota, który pracuje jako detektyw rozwiązujący sprawy morderstw. Wartym wspomnienia jest fakt, iż każdy rozdział opowieści kończy się ukazaniem wykresu, który pokazuje wybrane przez gracza opcje dialogowe i to jak pokierował kreującą się na bieżąco fabułę. Dostrzec wtedy można mnogość innych opcji, którymi można było podążyć. Taki zabieg sprawia, że Detroit: Become Human jest tytułem, po który sięgnąć warto więcej niż jeden raz.

6. Super Mario 3D Land (2011)

3DS-owe przygody hydraulika można by było podsumować jako Super Mario 3D World w pigułce. Wiele osób tak tę grę określa i zasadniczo nie są daleko od prawdy, choć gra na 3dsa ukazała się wcześniej, i jej mechaniki zaimplementowane później zostały w grze z WiiU. 3D Land w dość klasyczny sposób podchodzi do konstrukcji światów, które składają się z 4 oddzielnych poziomów, na którym zadaniem gracza jest zdobycie 3 gwiazdkowych żetonów. Na całe szczęście Mario nie musi polegać wyłącznie na swoich skocznych umiejętnościach, i ma do dyspozycji także szereg bonusów. Poziomy są dosyć krótkie, co czyni tytuł idealnym na krótkie sesje. 3DS nie jest obecnie zbyt popularną konsolą, ale wszystkim posiadaczom- z czystym sercem rekomenduję zaprzyjaźnienie się z 3D Land.

5. Luigi’s Mansion 3 (2019)

Czy wakacje z najbliższymi w hotelu pośrodku niczego... mogą skończyć się źle? No pewnie, że tak, jeżeli pierwszoplanową postacią staje się Player 2. O ile największym rywalem Mario jest Bowser, o tyle King Boo macza s̶w̶e̶ ̶p̶a̶l̶c̶e̶ swą nikczemną ektoplazmę we wszystkim, czego zielono-odziany hydraulik się dotknie. Nie udało się w 2001, nie udało w 2013- czy tym razem King Boo zatryumfuje? A może znowu górą będzie wystraszony, wąsaty fachowiec? Na to pytanie nietrudno odpowiedzieć, bo fabuła- jak w większości gier Nintendo jest prosta (lub zerowa). Nie za sprawą opowiedzianej historii jednak, w grze można się zakochać. Tytuł absolutnie oczarowuje swą olśniewającą oprawą graficzną. Projekty poziomów przygotowano z nietuzinkowym pietyzmem, podobnie jak starcia z bossami, gdzie każde jest osobnym, zupełnie innym od poprzedniego rozdziałem. Sprawdzanie każdego zakamarka odkurzaczem i ultrafioletem jest hipnotyzujące i opłacalne, bowiem wszędzie kryją się ukryte pieniądze, kosztowności, kryształy i boo- poplecznicy swego króla. Geniuszu tytułu dopełniają piękne animacje, i lekki klimat grozy. Must-have dla posiadaczy Switcha.

4. The Legend of Zelda: Link’s Awakening (2019)

Tak jak letni wypoczynek Luigi spędza w hotelu, tak Link, niekoniecznie intencjonalnie, na wyspie Koholint. Za sprawą sztormu, który nawiedził go na morzach, statek Linka rozbija się, a on sam cudem ląduje na piaszczystym brzegu wyspy, gdzie opiekuje się nim Marin. Z czasem protagonista dowiaduje się, że opuszczenie wyspy możliwe jest tylko wtedy, kiedy zebrane zostanie 8 instrumentów, za pomocą których zbudzi się mistyczną Wind Fish (nie silę się na tłumaczenie, bo mogą od tego zazgrzytać zęby). Rdzeniem rozgrywki więc, jest przejście 8 dungeonów, które pokonuje z pomocą znajdowanych po drodze przedmiotów. Stosunkowo duża mapa (jak na realia oryginału z 1993 roku) wypełniona jest zróżnicowaną fauną i florą. Wyspa pełna jest najróżniejszych mieszkańców, którzy w znacznej mierze… potrzebują pomocy Linka, bo czegoś im brakuje do szczęścia. Wykonywanie przysług na rzecz tubylców w pewnym momencie staje się drugim, po pokonywaniu dungeonów, trzonem gry. Link’s Awakening z 2019 roku hipnotyzuje przepiękną oprawą wizualną, przywołującą na myśl połączenie modeliny i błyszczącego plastiku; całość gry zdaje się być ogromną dioramą, którą stopniowo jesteśmy w stanie (z pomocą w/w przedmiotów) odkrywać. Wszystkim krzyczącym, że "za łatwe" serdecznie polecam odpalić grę na Hero Modę- bawcie się dobrze!

3. Hollow Knight  (2017)

Tytuły wyśmienite za mną, przyszedł czas na gry wybitne.

Na najniższym stopniu podium uplasował się jeden z najmniejszych tytułów, którego klimat jest tak gęsty, że nie przeciąłby go najostrzejszy miecz. Początek gry w zasadzie nijak nie zwiastuje tego, czego w późniejszej grze będzie można doświadczyć. Bezimiennym bohaterem trafiamy do jakiegoś miasteczka, w którym spotykamy jedynie starca, który to dopiero jakkolwiek nakreśli oś wydarzeń. Wskakujemy pod powierzchnię i… wtedy Hollow Knight zaczyna roztaczać wokół nas swoją magię. Przemierzanie skomplikowanej sieci podziemi (początkowo) bez mapy i odkrywanie losów królestwa Hallownest, zarówno wywołuje niepokój, jak i rozbudza coraz większą ciekawość. Tytuł stanowi niemałe wyzwanie, bowiem przeszło 30 bossów czających się w podziemiach potrafi napsuć sporo krwi (nie wspominając o tych z dodatków, bo to już jest kompletnie inna liga). Ze względu na dość wyśrubowany poziom trudności walk z bossami ( i niektórymi standardowymi oponentami), i skomplikowane sekwencje platformowe myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że nie jest to gra dla każdego, a już na pewno nie dla dzieci. Hollow Knight to niesamowita, tajemnicza podróż do upadłego robaczego królestwa. Wizja artystyczna i cała oprawa graficzna wraz z animacjami ujmuje. Muzyka doskonale pasuje do wydarzeń na ekranie, jest przy tym dosyć smutna, co idealnie odzwierciedla cały klimat gry. Po skończeniu gry jestem skłonny powiedzieć, że całość wymyślonej osi fabularnej i wydarzeń po prostu powalają na łopatki. Majstersztyk.

2. Red Dead Redemption 2 (2018)

Są takie gry, które od pierwszych zapowiedzi grzeją serce gracza. Takie, które zamawia się przedpremierowo jak tylko pojawi się taka opcja. Takie, dla zanurzenia w których pojawia się ochota na wzięcie długiego urlopu. Po zakochaniu się w losach Johna Marstona, taką grą był dla mnie Red Dead Redemption 2.

Sądzę, iż RDR2 (z wyjątkiem jednego rozdziału- Ci co grali, zapewne wiedzą którego), dał radę w każdym aspekcie, i na każdym polu potrafi w sobie rozkochać gracza. To co jest największą, w moim mniemaniu, siłą gry jest centralna oś fabularna. Choć ogrom świata kusił każdym zakątkiem, główny wątek losów gangu Dutcha van der Linde przyciągał najmocniej. Arthur Morgan, główny bohater gry, w którego się wcielamy, został stworzony od podstaw jako człowiek z krwi i kości. Początkowo w niezachwiany sposób wierzący w swojego bossa i cały gang, staje naprzeciw wydarzeń, przez pryzmat których jego wiara zostaje wystawiona na trudną próbę. Historia opowiedziana w RDR2 stanowi niezwykle intensywne i wzruszające doświadczenie. Grę ukończyłem kilka miesięcy temu, a wciąż, co jakiś czas, wracam do poszczególnych cut-scenek, zwłaszcza z końca opowieści.

W niesamowity sposób wykreowany został klimat Ameryki z końca XIX wieku. Mamy tu nie tylko pojedynki rewolwerowców w samo południe- są tutaj też płaskie stepy, zaśnieżone góry, lasy, bagna i miasta oraz miasteczka z całą, niezwykle bogatą fauną i florą. Są bogacze i żebracy;osierocone dzieci i kulawi weterani wojny secesyjnej; zbiegli więźniowie i łowcy nagród;dłużnicy i lichwiarze; ludzie żyjący samotnie pośrodku lasu, Indianie i wynalazcy, którzy potrzebują pomocy przy swoich konstrukcjach; innymi słowy, w bardzo silny sposób odczuwalny jest klimat land of opportunity, którym nieskrępowana, dzika Ameryka wówczas była.

Na temat technikaliów chyba nie ma sensu się rozpisywać- gra wygląda i brzmi po prostu obłędnie- galeria screenshotów na moim PS4 zasypana jest widokami słońca wschodzącego nad równiną, i jeźdźca galopującego po polnej drodze w promieniach zachodu.

Oczywiście nie jest to gra bez wad- jedną z nich, i chyba najbardziej drażniącą był brak typowego fast travel, który przydał by się niejeden raz. Nienajlepsze jest też sterowanie, zdawać by się mogło czasem, zbyt skomplikowane jak na pada. Kilka niedociągnięć blednie jednak przy pietyzmie, z jaką stworzono tę wirtualną opowieść.

Jedni RDR2 uważają za mesjasza, inni za przereklamowany szrot. Dla mnie zdecydowanie jest to mesjasz. Mesjasz, co do którego byłem przez bardzo długi czas (aż do 31 grudnia) pewny, że z zawiązanymi oczami wygra roczne zestawienie. Tymczasem...

1. Super Mario Odyssey (2017)

Tymczasem… 31 grudnia, 3h przed ruszeniem na zabawę sylwestrową, ukończyłem Super Mario Odyssey.

Pamiętacie może scenę z filmu Ratatuj (2007), podczas której krytyk kulinarny, jedząc tytułowe danie, cofnął się nagle pamięcią do czasów, gdy był dzieckiem? (dla odświeżenia- link, o tu)

Gdy po raz pierwszy chwyciłem za pada, wylądowałem w Cascade Kingdom, usłyszałem tamtejszy motyw muzyczny, i zacząłem poruszać się ikoną branży, w podobny sposób cofnąłem się w czasie. Przypomniał mi się okres gdy miałem 7 lat- w domu pojawił się pierwszy komputer a ja rozpocząłem swoją- trwającą po dziś dzień - przygodę z grami video.
Doznałem wówczas tego samego uczucia ciekawości, oczarowania i ...szczęścia.

Fabuła do najpotężniejszych nie należy- ku zaskoczeniu absolutnie nikogo, Bowser porywa księżniczkę Peach by zmusić ją do zamążpójścia. Przy okazji rozdziela Cappy’ego od Tiary- mieszkańców Cap Kingdom. Naturalnym krokiem jest więc połączenie sił przez Mario i czapiastego celem pokrzyżowania planów ‘tego złego’i odzyskanie ukochanych.

Po ograniu Super Mario Galaxy 1 i 2 (2x mistrzostwo świata) i obejrzeniu pierwszych prezentacji Odysei, nie byłem zbytnio przekonany do gry- wyglądało to trochę tak, jakby Nintendo zrobiło z gry jedną wielką układankę niepasujących do siebie elementów.Oj, w jakże wielkim błędzie byłem. To właśnie te (z pozoru) niepasujące do siebie elementy czynią SMO grą tak piękną, zróżnicowaną, i nieoczywistą. To właśnie dzięki temu Nintendo mogło upakować w grze tyle najróżniejszych mechanik, że można by było je podzielić na 3 oddzielne gry, i też byłoby dobrze. To właśnie dlatego tytuł ten tak bardzo uzależnia- bo ciekawość sprawia, że chce się sprawdzić jeszcze jeden zakamarek, zdobyć jeszcze jeden księżyc, odwiedzić jeszcze jedno królestwo.

Gra różnorodnością stoi - od wspomnianego designu królestw, po poziom trudności. Otóż choć łącznie w grze zdobyć można 999 księżyców, do ukończenia głównego wątku wystarczy ich zebrać 124. Jedne znajdziemy po prostu przemierzając teren, inne wymagają interakcji z NPCami, jeszcze inne- ukończenia skomplikowanej sekcji platformowej.

Na osobny paragraf zasługuje jeden z rdzeni rozgrywki, czyli przejmowanie kontroli nad innymi stworami za pomocą Cappy’ego. Tak oto po kliknięciu jednego przycisku Mario może stać się Goombą, Bullet Billem, Piranha Plantem, szybującym dinozaurem, Lakitu, ośmiorniczką, a nawet taksówką czy… drzewem. Każda przejęta kreautra ma inne zastosowanie z punktu widzenia rozgrywki, i dysponuje innymi mocami. Po opuszczeniu przejętego obiektu przez Mario, hydraulik ma szansę przez kilka sekund do niego wrócić; jeżeli jednak nie zdąży, obiekt dematerializuje się, i trzeba ponownie szukać petenta do współpracy celem zdobycia Księżyców.

Choć Switch nie ma grafiki potężnej jak najnowsze PCty, gra prezentuje się wspaniale, zarówno w trybie przenośnym i stacjonarnym. Na oklaski zasługuje ścieżka dźwiękowa i efekty dźwiękowe, które zawsze adekwatnie uzupełniają wydarzenia mające miejsce na ekranie. Detalem cieszącym oko są zaimplementowane animacje Mariana- gdy przez jakiś czas nie poruszamy bohaterem zaczyna on przewracać oczami, siada, kładzie się aż w końcu zasypia; gdy w zbyt lekkim odzieniu trafimy do zimowego królestwa to trzęsie się z zimna, zaś gdy wylądujemy w tropikach w ciężkiej kurcie zimowej- zaczyna się pocić. Samych kostiumów, w które Mario może się ubrać jest multum, a ogromna część z nich odblokowywana jest po ukończeniu głównego wątku (stąd polecam zbierać, pozornie nie aż tak ważne, złote monety).

Naprawdę nie sądziłem, że zdążę skończyć grę w tym roku, i Odyseja załapie się jako najwspanialszy gamingowy początek growych dokonań w 2020. Mario, jak na legendę i ikonę branży gier video przystało, bez trudu przebiegł po konkurencji rozkładając ręce jak samolot, robiąc podwójne salto i lądując pewnie na nogach.

Król jest tylko jeden.
Król, z którym obcowanie odmładza i daje czystą, nieskrępowaną radość.

Na wzór Mario - czapki z głów!

A jak moje gamingowe dokonania streściła ukochana?

"Wszystko było do dupy w porównaniu z Mario.”

Nie ma co gadać, jest w tym ukryta pewna prawda.

Na liście Blogów widzę, że takie zestawienie w tym roku cieszy się popularnością.
A Wy jak tam, zadowoleni ze swoich growych postępów?

Dziękuję za uwagę, pozdrawiam serdecznie, i życzę wielu sukcesów w 2020

Johnak

Tagi:

Oceń notkę
+ +32 -

Oceń profil
+ +23 -
Johnak
Ranking: 703 Poziom: 46
PD: 13350
REPUTACJA: 1034