Weekendowe granie #23
W mijającym tygodniu dość sporo się nagrałem. Szczęśliwie była to gra od Nippon Ichi Software, a tych jak dla mnie nigdy za wiele. Oprócz tego miałem okazję poznać jeden z najlepszych scenariuszy - tym bardziej w grach. O jakiej grze mowa? Znacie ją. Jej nazwa to ŚREDNIAK.
Ten smutny los spotkał kilka tytułów - kilka z nich zasłużenie. Jak jednak rozumieć to określenie? Czy to twór, który nie jest ani zły ani dobry? Czy może jest to dzieło, które na tle innych nie wyróżnia się niczym szczególnym, nie działającym na emocje? A może jest to twór, którego niektóre elementy są najprościej mówiąc wybitne, ponadczasowe, a te inne które nie domagają cierpią nie przez brak pasji czy odpowiednich umiejętności, a brak środków? Jak dla mnie wychodzi na to, że ten ostatni nie może nosić nazwy ŚREDNIAK. Dlaczego? Bo średni twór nie posiada cech wybitnych - ot, to właśnie moje wytłumaczenie. Jeszcze nie całkiem skończyłem grać w tą grę, ale byłem zmuszony zacząć grać w coś innego. Czuję się pusty, mam wyrzuty że sięgam po coś innego. Żaden inny twór nie daje mi takiej (jeśli w ogóle) satysfakcji, a to dlatego że ta gra (znacie ją - jej tytuł to ŚREDNIAK) zawładnęła moim sercem i umysłem. Kiedy ostatnio czułem coś takiego? Podczas pierwszego świadomego przejścia Metal Gear Soild? A może w momencie gdy James Sunderland dowiedział się (przypomniał sobie) jaka jest o nim prawda w Silent Hill 2? To bez wątpienia są dzieła niemal w każdym calu perfekcyjne - wszystko dlatego, że deweloperom (dajmy na to artystom) nie zabrakło (pędzli i farbek) środków na przeniesienie swojej wizji do gry. No i cóż mogę jeszcze dodać? Nie przedłużając wyjaśniam, że chodzi mi o Nier - naprawdę genialną grę, która jeśli ma jakieś wady to raczej tylko techniczne, tudzież wynikające z okrojenia treści. Samo to co zostało przedstawione w grze to ponoć wierzchołek góry lodowej, a ja wiem tyle że czuję ogromny niedosyt, jakbym nie zobaczył wszystkiego. No i nie widziałem wszystkiego - bo pozostało mi ostatnie zakończenie, D. Nie będę się rozpisywał o fabule z uwagi na spoilery, a widzę że już powoli Black Scrawl się rozszerza po Was i Germanos nabył swój egzemplarz - mordo Ty moja! Graj i ciesz się tym wspaniałym tytułem i przede wszystkim przetrwaj początek i łowienie ryb, bo ja sam prawie odłożyłem przez to na półkę - a byłaby to najgorsza decyzja w moim życiu growym (hm, czuję się jakbym kogoś cytował). Czekam również na DB_Mafię - nie narzekaj na brak japońskiego voice actingu, graj!; oraz na Olsona6897, który to czai się już na swój egzemplarz. Grajmy i dzielmy się wrażeniami, bo jest czym, naprawdę. Laughter-XIII podobno szykuje bloga (o ile ten nub przestanie przeglądać głupie memy i nauczy się pisać) o fabule Niera i powiązaniach z Drakengard (oddawaj grę!!) - ja sam bardzo chętnie tam zajrzę, ale dopiero wtedy jak poznam zakończenie D - a taki mam plan na ten weekend. BO NIE WYCZYMIĘ!!

Przeszedłem również Battle Princess of Arcadias - ale to już wiecie, bo na portalu pojawiła się moja recenzja. Gra bardzo przyjemna i co mógłbym dopisać do tego co powiedziałem w recenzji? Niewiele. Ot, po przejściu gry pojawiła się specjalna lokacja z silniejszymi potworami. Miałem napisać jeszcze, że bardzo szybko i przyjemnie zdobywa się poziomy doświadczenia. Na koniec gry bohaterka miała +70 poziom doświadczenia, a w momencie gdy piszę tego bloga ma już maksymalny, 99. Mimo to, te dodatkowe lokacje potrafią sprawić problem za co duży plus. Szkoda, że nie zdążyłem z tym do recki. Opowiem jeszcze o co dokładnie chodziło z tym chłopakiem który mówił emo-nordyckim (?) slangiem. Najlepsze są te dodatkowe rozmówki i podczas jednej z nich kiedy rozmawiali o przyrządzaniu jajek na twardo, padały takie słowa jak Gugnir czy coś o białych armiach. Boska włócznia była określeniem na widelec, a biała armia to sól. No i dwie postacie często w ten sposób rozmawiały - brzmiało to jak dramat, a w rzeczywistości było kulinarną rozmówką. Niestety teraz tego lepiej nie opiszę, bo scenkę widziałem dawno. W każdym razie - mistrzostwo. Inne śmieszne sytuacje dotyczą zboczeńca jakim jest Dieche. Ciągle gada o bieliźnie - kobiety nienawidzą go z całego serca i jedna z nich - zdaje się wiecznie rozmarzona i głupiutka siostra Raltza śpiewnym głosikiem mówi mu, że jak będzie ją podglądał odetnie mu głowę - a to przecież taka zabawa. Ilekroć nadarza się taka okazja, zawsze wyraża się bardzo pozytywnie o podobnej czynności - fajna sprawa, podobne dialogi sporo dodają do gry. Znów - szkoda, że zabrakło tego w mojej recenzji. Wspominałem również o muzyce i poniżej prezentuję jedne z najlepszych utworów. Pierwszy to melodia z menu głównego. Drugi, pojawiał się podczas scenek - gdy brzmiał skakałem po pokoju jak szalony. Koń barman mnie uspokajał wycierając ladę swoją szmatą. Jak mawiał, "szklanki mnie drżą, przestań natychmiast!".
Dajcie mu chwilę, by rozwinął swoje skrzydła.
Przeszedłem również One Piece Unlimited World Red i jestem w trakcie pisania recenzji. Bardzo sympatyczny tytuł, ale nie mogę się rozpisać za bardzo. Jestem za wątkiem głównym który jest dość krótki oraz fragmentem koloseum. Anime nigdy nie oglądałem, bo jest po prostu zbyt długie (tasiemiec), ale kilka utworów z soundtracku brzmi bardzo zachęcająco - to samo tyczy się gry, która zachęca mnie do zapoznania się z animacją. Nawet jeśli kiedyś się za nią wezmę to raczej długi czas minie zanim to zainicjuję. Zapraszam do recenzji, która pojawi się niebawem.

Dostałem kolejną grę do recenzji i tym razem był to tytuł, który naprawdę bardzo chciałem. Niedawno zakupiłem sobie Atelier Totori: The Adventurer of Arland na PlayStation 3, ale nie chciałem zaczynać, bo nie posiadałem poprzedniej części. To i tak pewnie niewiele zmienia, bo poprzednich odsłon z PS2 czy jeszcze wcześniejszych nie znam. Ale podobno seria na PS3 to rzecz odmienna, więc w zasadzie można już zacząć. Jak tylko uporam się z Atelier Rorona Plus: The Alchemist of Arland zabiorę się za kontynuację. O ile nie dostanę kolejnego zlecenia. Jak sami widzicie, ostatnio poza Nierem gram ciągle tylko w gry do recenzji. Może być i tak. Weekend z tego tygodnia będzie więc wypełniony tym tytułem.

FILMY, LITERATURA I MUZYKA
3 W 1? Czemu nie? Po prostu gry zabierają mi cały wolny czas. Książki, której teraz czytam nie chce mi się komentować, bo nie ma czego. Filmów żadnych nie obejrzałem i raczej nie obejrzę. Może za jakiś czas wezmę się za Dextera czy Sons of Anarchy albo jakieś anime. A co z muzyką? Miało być Die Antwoord, bo kupiliśmy wspólnie z dziewczyną ich najnowszy album i przesłuchując go szykujemy się na sierpniowy koncert. Niestety (Wy się pewnie cieszycie) na YouTube utwory są przyspieszone i normalnie dostępne są tylko single, a te już Wam zaprezentowałem. Zanim jeszcze przejdziemy do sedna wspomnę sobie ostatni koncert Jamesa Blunta, który odbył się w ramach wRomantic Festiwal we Wrocławiu. Niestety, w związku z pewnymi trudnościami dotyczącymi drukowanych biletów udało nam się dojechać tylko na Jamesa Blunta. Ominął nas James Arthur - twór kupy idolopodobnej (tego podobno pobili gdzieś we Wrocku xD), klasyk w postaci AlphaVille - choć Forever Young na żywo udało mi się usłyszeć i jakieś polskie gwiazdeczki jak Sylwia Grzeszczak i Kasia Sochocka - who the fuck? No nie znam, mogę więc stwierdzić że nic mnie konkretnego nie ominęło. Sam koncert Jamesa (tego od jarania) wspominam bardzo dobrze, ale zdecydowanie było zbyt mało ludzi i w tym fanów. Jakaś dziewczyna płakała to ją pokazali na tym wielkim ekranie i widziałem jak kilka ludzi się śmiało z niej. A może to moja paranoja. Sądzę, że na koncercie pełnym fanów coś takiego nie miałoby miejsca. No cóż. Był moment kiedy kazał wszystkim usiąść - i wiadomo, mieliśmy wyskoczyć w odpowiednim momencie. Ludzie chyba nie za bardzo wiedzieli o co chodzi, ale w końcu wszyscy usiedli. James nakręcał tłum żeby ułatwić im wyczucie momentu, ale niestety nikt nie wyskoczył gdy muzyka osiągnęła odpowiedni szczyt. Zawiedziony krzyknął "jeeeej" i policzył do trzech, no i wtedy żeśmy wyskoczyli. Hehe, Wrocław nie zajarzył. James Blunt to bardzo energiczny osobnik w przeciwieństwie do tego co pokazuje swoją muzyką. Bardzo na plus. Jest energiczny, ale potrafi też uspokoić się gdy trzeba i zamienić w tego smutnego romantyka. No i skoro już w podobnie romantycznych klimatach jesteśmy to zaprezentuję Wam Katie Melua, na koncercie której kiedyś byłem razem również z moją ukochaną. Wtedy był to czas kiedy wychodziła (albo wyszła) jej symfoniczna płyta, więc koncert utrzymany był w takiej stylistyce. Naprawdę piękna sprawa: wszyscy siedzą jak zaczarowani, niektórym płyną łzy z oczu - sam się wzruszyłem, ale podobno facetom nie przystoi się tym chwalić (?). Ogólnie pamiętam, że byłem nieziemsko zmęczony bo mało spałem i pewnie chodziło o to właśnie - oczy tak mocno mnie piekły, że aż łzawiły. Po koncercie mieliśmy okazję poprosić ją o autograf. Moja dziewczyna chciała coś do niej powiedzieć, ale nie czuła się pewnie w angielskim, więc jako cwaniak obyty z tym językiem się zaoferowałem. Miałem powiedzieć, że jej koncert był "Better than a dream" co jednocześnie jest tytułem piosenki z tego albumu, który wtedy promowała. Przyszła nasza kolej i mi oczywiście odebrało mowę. Katie spytała się "Hi! How are you?" a ja nie powiedziałem słowa. Zaczęła podpisywać płytę i już mieliśmy odchodzić kiedy nagle wypaliłem z przysłowiowej tylnej części ciała "My girl says, that your c-concert w-was better th-than a a dream". Byłem niesamowicie skupiony, jakbym obliczał równanie swojego życia, jąkałem się (co nigdy mi się nie zdarza) i ogólnie do niczego. Ale tą wiadomość przyjęła ciepło, podziękowała Ani i pozdrowiła nas. A ja speszony i zawstydzony odszedłem wciąż nie za bardzo wiedząc co się dzieje. Tym oto optymistycznym akcentem zachęcam do posłuchania jej muzyki.
Po tym genialnym utworze zacząłem jej słuchać.
Zmienimy trochę klimat. Przed Wami zespół, który jest najwścieklejszym spośród wszystkich jakie znam. Pamiętam jak spotkałem się z nimi po raz pierwszy. Najpierw słyszałem Left Behind oglądając jednocześnie teledysk i raczej mnie odrzucało. Corey za bardzo się darł jak na mój gust, ale później kumpel przyniósł album z tym utworem i mi go przedstawił. Założyłem później słuchawki, położyłem się na łóżku i odpłynąłem w stronę Iowy. Przeraziło mnie, że ten gość ma tyle nienawiści w sobie i że może sobie o wszystkim pokrzyczeć. Co najlepsze i uważam tak do dzisiaj, Corey ma niesamowity wokal i naturalny krzyk - któy brzmi tak jakby jakiś szaleniec wpadł w szał. Idealnie komponuje się to z jego maską z tamtego okresu. Niby szykują nowy album, a ja przede wszystkim marzę by zobaczyć ich na żywo. Choć już nie w moim ulubionym składzie. Zmarł Paul Gray i odszedł (w niejasnych dla mnie okolicznościach) mistrz świata na perkusji Joey Jordison. Ale mimo wszystko marzę żeby poczuć tą energię na żywo. Wleźć w pogo i nie móc z niego wyjść. Wrócić do domu obdartym i poobijanym. Słuchajcie i skaczcie. Kilka utworków z ich różnych albumów i tym samym kończę swój dzisiejszy występ.
Wiem, że uwielbiacie jak Was tak zasypuję - to dobrze, bo ja nie mogłem się powstrzymać. Za długo słucham tych wykonawców by tak brzydko ich potraktować. Tymczasem Wy piszcie w komentarzach co zamierzacie robić w ten weekend i przez resztę życia. Ja poproszę jeszcze jednego drinka od konia barmana i życzę Wam udanego i spokojnego (na tyle ile chcecie) weekendu. SPAM!!