Weekendowe granie #5
Mijający week upływał pod znakiem jakiegoś szczególnego zmęczenia, toteż jego end będzie przeznaczony na odpoczynek. Stąd też małe opóźnienie, niestety. Weekendowy odpoczynek to nic innego jak granie, ewentualnie oglądanie bądź czytanie. Tym samym widzę, że dzisiaj pojawił się komentarz w poprzednim odcinku, toteż czym prędzej zaczynamy kolejny epizod weekendowego grania.
W związku z małą ilością czasu, przytłaczającym uczuciem zmęczenia i niemal wiecznej senności, czasu na granie było mniej niżbym sobie planował. Skupiłem się więc na graniu w Silent Hill 4: The Room z zamiarem ukończenia go, ale jeszcze się nie udało. Na liczniku mam blisko 9 godzin i czuję, że zbliżam się do końca. Po raz drugi odwiedzam te same lokacje, jest coraz trudniej tym bardziej, że tak jak pisałem wcześniej, w pokoju Henry'ego HP już nie odzyskam. Dobrze, że podczas gry nie wykorzystywałem żadnych medykamentów, ale i tak trochę się martwię, bo już się kończą a niektóre potwory potrafią nieźle dokopać. A ostatnia walka na pewno do przyjemnych należeć nie będzie. Pamiętam jaki miałem problem w SH3 kiedy została mi garść naboi do podstawowego pistoletu i kilka sztuk buteleczek leczniczych. Musiałem więc opanować niemal do perfekcji ostatnią walkę za pomocą katany :). Mam nadzieję, że tutaj nie spotka mnie podobna sytuacja, ale jednak tak się zapowiada.
Wcześniej pisałem, że gra jest mało wciągająca i niewiele straszy. Teraz lekko zmieniam zdanie, bowiem były momenty w których poczułem się naprawdę kiepsko. Pierwszym takim momentem był ten, w którym spotkałem jakiegoś potwora, który wygląda jak syjamskie bliźnięta chodzące na dwóch ogromnych łapach. Na początku stoją i tak jakby wskazują na kogoś palcem (widziałem z daleka), ale jak podejdziemy wystarczająco blisko, zaczynają do nas biec przy akompaniamencie głośnych dźwięków wydawanych przez ich ogromne łapy. Nieźle się wtedy przeraziłem. Na szczęście łatwo się z nimi rozprawić o ile są w pojedynkę. Jednego potrafię zabić bronią ręczną, ale jak już jest ich dwoje (czworo?) to muszę wyciągnąć coś strzelającego i w ten sposób dać sobie możliwość ostatecznego podeptania. Kreaturę możecie zobaczyć w poniżej zamieszczonym zwiastunie z E3 2004. Fragment pojawia się jakoś po minucie trwania materiału.
Jeśli chodzi o broń palną to spotkałem się tylko z dwoma pistoletami. Jeden z nich to raczej słaby handgun, drugi to rewolwer, którego jeszcze nie testowałem, bo mam do niego nie więcej niż 15 naboi. Co trochę przeszkadza, to fakt, że każdy magazynek (z 10 nabojami) zajmuje jedno osobne miejsce. Jeśli więc chcemy zabrać ze sobą pistolet i 20 naboi to potrzeba nam trzech wolnych miejsc w ekwipunku. Trochę dokuczliwe, ale ja i tak staram się walczyć bronią ręczną więc jakoś mi to nie doskwiera. Zwykle. Gorzej jeśli przeciwników jest naprawdę sporo i potrzeba dużo amunicji. Był taki jeden moment gdzie spotkałem około 20 bliźniąt naraz. Spróbowałem zabić, ale zanim zlikwidowałem jednego, 6 kolejnych biegło w moją stronę a reszta już waliła mnie po głowie. Musiałem się przez nie przecisnąć, by dostać się do kolejnej lokacji. I tutaj pojawia się kolejny problem. Wcześniej narzekałem na eskortę. Tamta trwała krótko no i w przeciwieństwie do tej była gorsza w ogólnym zamierzeniu. Eileen, która się z nami przechadza jest raczej powolna, ale możemy podarować jej znalezioną broń (przeznaczoną wyłącznie dla niej) i jak już zaatakuje potwora to jest git. Ale właśnie, jest powolna, a ktoś w teamie deweloperskim wymyślił sobie, że musi być w odpowiednio bliskiej odległości by razem z Henrym przejść do następnej lokacji. Jeśli za bardzo się pospieszymy, to Eileen zostanie w poprzednim pomieszczeniu. Doprowadzało mnie to do szału, szczególnie jak przed kimś uciekałem, a ona była potrzebna gdzieś dalej. Więc zamiast uciekać jak człowiek to musiałem na nią czekać. W SH2 było to normalnie rozwiązane. Maria zawsze pojawiała się w pomieszczeniu, nawet jeśli była gdzieś z tyłu. Poza tym dobiegała do mnie na tyle szybko, że nie musiałem nigdzie czekać. Z drugiej strony, rozwiązanie zastosowane w czwórce pozwala na zostawienie jej w jakimś pomieszczeniu i odebraniu później, w odpowiednim momencie. Ale tak jak wspominałem wcześniej, kobieta potrafi przydać się w walce, więc trochę jestem tutaj rozdarty. A towarzyszy mi już od długiego czasu. Mam wrażenie, że przez większą część gry, tym bardziej że wcześniej mogliśmy ją podglądać przez dziurę w ścianie.
Tak jak się spodziewałem fabuła jest bardzo dobra. Większość dowiadujemy się z tajemniczych kartek z pamiętnika pojawiających się pod drzwiami, trochę z notatek porozrzucanych tu i ówdzie - rzecz klasyczna w serii. Szczególnie jedna postać jest intrygująca a o jej istnieniu dowiadujemy się jakoby już w dwójce. Ciekawi mnie jak to się dalej rozwinie i mam nadzieję, że w ten weekend się dowiem :).

W ubiegłym tygodniu po raz 10 przeszedłem Silent Hill: Origins. Tym razem jednak w towarzystwie mojej dziewczyny, która po zobaczeniu dwójki zaciekawiła się całą serią. Byłaby to jedynka, ale niestety jej jeszcze nie posiadam w kolekcji - przynajmniej w wydaniu działającym. Sam uważam Origins za bardzo przyjemną odsłonę serii, ale jednak to już nie to co wcześniej - czuć jednak ducha wcześniejszych SHów, ale już w bardziej amerykańskim stylu i pewnie gdyby nie genialny Akira Yamaoka byłoby już inaczej. Moja dziewczyna określiła tytuł jako dobry, ale według Niej pojawiające się postacie mało wnoszą do fabuły i ich wątki wydają się niekompletne. Całkowicie się z tym zgadzam, ale ja grałem znając już jedynkę, więc całkiem inaczej patrzyłem na Dahlię, Lisę czy Kaufmanna i jak się okazuje, Origins dobry jest jako uzupełnienie SH1 i 3, ale nie nadaje się na wstęp do powyższych. Na koniec dodam jeszcze, że jest to jedyny SH którego udało mi się ukończyć w 100%. Zdobyłem wszystkie akolady i największą trudność sprawiło mi zdobycie stroju strażaka. Całość polegała na uratowania dziewczynki z pożaru w mniej niż 80 sekund. W zasadzie nie wiem do końca na jakich zasadach to funkcjonuje, nie znalazłem nigdzie na ten temat konkretnych informacji - było kilka różnych wersji. Najgorsze w próbowaniu tego jest to, że żeby dowiedzieć się czy nam się udało musimy ukończyć grę. Przechodziłem początkowy fragment z pożarem jakieś sześć razy najszybciej jak potrafiłem i kolejno kończyłem grę by dowiedzieć się, że nic z tego. Niby odmierzałem czas, ale nie wiem od kiedy gra sobie go liczy.

W międzyczasie moja Ukochana przeszła również obie części Kingdom Hearts kolejno I i II. Ja pomogłem tylko w zakresie wytłumaczenia mechanik gry i tłumaczenia scenek z języka angielskiego, bo z nas dwojga ja bardziej umiem angielski, a jak wszyscy dobrze wiedzą fabuła KH prosta nie jest. Posiada wiele twistów i powstaje ich coraz więcej wraz z kolejnymi spin-offami. Ania wypowiedziała się bardzo pochlebnie o obu odsłonach chwaląc nietypowe połączenie filmów Disneya z postaciami z Final Fantasy i uniwersum Kingdom Hearts. Mimo początkowych trudności z ogarnięciem sterowania wspomina że bardzo fajnie było powrócić do animacji z dzieciństwa i aż zachciało się obejrzeć je jeszcze raz. Tym samym woli spotkania z tymi bohaterami, bo tych z FF zwyczajnie nie zna. Co do rozgrywki to według Niej niektóre walki były bardzo chaotyczne i trudno było ogarnąć co się tam dzieje. I Reaction Commands (naciskanie "trójkąta" w odpowiednich momentach) nie za bardzo przypadły Jej do gustu. Spodobały Jej się również alternatywne aparycje Donalda i Goofy'ego w niektórych światach. Ogólnie gra niesie ze sobą piękne przesłanie o ogromnej sile przyjaźni, miłości. Fajnie pokazuje to, że razem można wiele zdziałać.

Zaprezentowałem Ann jeszcze kongdom Hearts 358/2 Days na Nintendo Dual Screen, potem początek Final Fantasy X, który nie wydał się za bardzo pociągający oraz Dragon Quest: Journey of the Cursed King. I jak się okazało po tych całych prezentacjach DQ okazał się najbardziej atrakcyjny. Pośmialiśmy się wspólnie z małych kłótni Trode'a z Yangusem i samego przeklętego króla. Naprawdę przezabawna postać. Ania pobiegała trochę po Farebury wykonując połowę pierwszego questu. Tym samym walczyła tylko raz z trzema slimami. Może się jeszcze zniechęci, bo gra jest jedną z trudniejszych.

Tyle na obecny weekend. Nie wiem czy moja dziewczyna w efekcie nie grała więcej ode mnie :). Ogólnie gry nie są Jej obce, znała już Crasha, Spyro (Jej ulubiona platformówka), Battle Arena Toshinden (ulubiona bijatyka) czy Tomb Raider. Dzięki mnie zmieniła nastawienie do gier i teraz zarażam Ją swoimi pasjami czyli jRPG, ale nie wiem czy te gry przypadną Jej do gustu - ja chcę pokazać dzieła najbardziej znaczące w branży i te które postrzegam jako najciekawsze, ale po drodze był również Medal of Honor: Rising Sun ukończony w co-opie więc dobieramy to co wydaje się najlepsze na dany moment.
A w co Wy gracie w ten weekend?