Moje chaotyczne myśli zebrane do kupy...

...tylko czasu nie ma aby je spisać.

emas emas 10.04.2015, 04:39
W co gracie w weekend? #93
1108V

W co gracie w weekend? #93

W dzisiejszej odsłonie będzie o demonach, aniołach, dużych pikselach i grach trochę "innych".

Pisząc tekst do tego bloga poczułem lekką nutę nostalgii i sentymentu. Pamiętam ten cykl jeszcze w NEOGO.pl za czasów życia Neo Plusa (ahh brak mi tego pisma). Było to jedno z nielicznych miejsc, w którym udzielałem się regularnie. Jestem wdzięczny squaresofter'owi za wyciągnięcie z zaświatów i przywrócenie do życia cyklu "W co gracie w weekend?" na łamach PPE.

 

W ten weekend będę kontynuował granie w dwa tytuły, które zacząłem ogrywać ze dwa weekendy temu (w tygodniu nie było czasu na granie, więc nie mogę się doczekać kiedy wreszcie położę łapska na padzie) plus jeden tytuł, do którego powróciłem po dłuższej przerwie.

 

 

Neverdead

 

Nic mi nie jest. Tylko znajdę nogę.

Ta gra chodziła za mną od czasu pierwszego trailera i recenzji Gulasha. Tak więc, kiedy zobaczyłem ją w dobrej cenie nie mogłem się powstrzymać i zakupiłem.

Waląc z grubej rury NeverDead to średniak. Dla niektórych okaże się pewnie nawet crapem. Jednakże broni się ciekawymi i świeżymi patentami oraz nietuzinkowymi pomysłami. Ale po kolei.

Naszym protagonistą jest Bryce Boltzmann. Łowca demonów z tragiczną przeszłością, zabijający dla pieniędzy cyniczny nihilista… i do tego nieśmiertelny. I z tym właśnie faktem wiąże się cały miód płynący z tej gry. Nasz bohater bowiem może zostać rozczłonkowany! Wyrażenie „ręka, noga, mózg na ścianie” nabiera dosłownego znaczenia. Podczas walki bohater może zostać pozbawiony rąk, nóg a nawet głowy, ale nie przeszkadza mu to w dalszym „funkcjonowaniu”. Oderwaną głową można bowiem się turlać a oderwane ręce dzierżące broń dalej mogą prowadzić ostrzał. Aby pozbierać się do kupy wystarczy przeturlać się/wykonać unik nad oderwaną częścią ciała. A teraz wyobraźcie sobie widok toczącej się głowy z przyczepionymi do niej nogami i rękami. Zresztą zobaczcie sami.

 

"Rollin, rollin" - jak podśpiewuje sobie Bryce

 

Przytrzymując R2/L2 możemy oderwać sobie prawą bądź lewą rękę i pobawić się z „pieskami” w aportowanie. Mając zakupione odpowiednie perki możemy posłużyć się naszą kończyną jak granatem. Skoro wspomniałem już o perkach to jest ich po prostu cała masa. Są zwiększające siłę naszych pistoletów czy ciosów mieczem, wysokość skoku, szybkość czołgania się, dodatkowe XP, itd. Niestety mamy ograniczoną liczbę slotów i nie można użyć wszystkich umiejętności, ale pozwala to nam na kombinowanie i eksperymentowanie.

 

"Stracić głowę" w znaczeniu dosłownym

 

Wracając do dekapitacji. Przytrzymując jednocześnie R2/L2 odrywamy sobie głowę. Zaprawdę dziwna to gra. Sama głowa potrzebna jest do rozwiązania prostych zagadek albo dostania się do trudno dostępnych miejsc. Nie ma co się martwić o porzucone ciało. Po naładowaniu się specjalnego paska możemy zregenerować każdą kończynę a nawet całe ciało. Nasza makówka nie jest oczywiście bezbronna i może atakować, ale trzeba uważać na pewnych przeciwników, którzy strasznie lubią pożerać nasze części ciała. Jeśli nasza głowa zostanie połknięta mamy jedną szansę na wydostanie się z brzucha bestii w postaci QTE. Jeśli nam się nie uda to zobaczymy napis Game Over. Musimy jeszcze dbać o naszą partnerkę, gdyż jej śmierć także powoduje zaczynanie gry od ostatniego punktu zapisu. Na szczęście jest ich pod dostatkiem, a AI Arcadii (omawiana partnerka) działa bardzo dobrze i tylko kilka razy musiałem ratować jej piękny tyłeczek i tylko jeden jedyny raz stanęła mi w przejściu blokując je.

 

Aport!

 

Niestety to co jest największą zaletą tej gry jest jednocześnie jej dość irytującym elementem. Dlaczego? Bo w walce bardzo, ale to bardzo często będziesz tracił kończyny i głowę. Ba. Nawet zostaniesz rozerwany na strzępy jednym uderzeniem, a części ciała zostaną porozrzucane po całej lokacji. I trzeba je mozolnie pozbierać, bo pasek ładuje się wolno bez ulepszającego perka. Jak żeś pechowy to zaraz po „zebraniu się do kupy” możesz mieć powtórkę z rozgrywki i to wiele razy jak nie będziesz uważał. Warto zainwestować w „szósty zmysł”, gdyż ta umiejętność zwalnia czas przed atakiem przeciwnika. Gra jest też bardzo monotonna. Wpadasz do danej lokacji, pojawiają się przeciwnicy, wybijasz ich wszystkich, lecisz do następnej lokacji, a tam znowu to samo. Przy dłuższych posiedzeniach gra potrafi naprawdę znużyć. Grafika piękna nie jest, ale za to otoczenie sypie się pociągnięte serią pocisków czy też uderzeniem miecza. Spadające gruzy ranią przeciwników, więc warto je w takie miejsca zwabiać.

Tak jak pisał kiedyś Gulash w swojej recenzji NeverDead to tytuł klasy B, który nie aspiruje do bycia czymś więcej. Średniak, który wyróżnia się ciekawymi patentami. No bo w jakiej innej grze można rzucać własną głową. Albo też obczajcie taką sytuację. Znajdujemy się w całkowitych ciemnościach i musimy oświetlić sobie drogę. Jak to zrobić? Nic prostszego. Wystarczy podpalić głównego bohatera. Żywcem.

Dla mnie to całkiem niezły kawałek kodu i dobrze wchodzi w małych dawkach. Najprawdopodobniej w ten weekend go skończę. A co właściwie słychać w grze? A tam... gwiazda popu zostaje porwana, przyjaciele okazują się wrogami i ogólnie "shit hit the fan". Walą się budynki, ulice się zapadają, demony biegają luzem po ulicach, a w środku miasta wyrosła ogromna demoniczna wieża. Zaraz... brzmi dziwnie znajomo?

 

Megadeath - jeden z większych plusów tej gry

 


 

El Shaddai: Ascension of the Metatron

 

 

To trzeba zobaczyć w ruchu.

 

El Shaddai to tytuł, który mnie przez pierwsze kilkanaście minut grania mocno skołował. Momentami nie wiedziałem co się dzieje i co tak właściwie powinienem zrobić. Jest tutaj krótki tutorial, ale nawet kiedy stojąc w miejscu i nic nie robiąc odpalały się kolejne cut-scenki i wszystko szło do przodu. Tak samo niektóre początkowe starcia z przeciwnikami. Nie wiedziałem czy walka z góry miała być przegrana czy normalnie w świecie zawaliłem sprawę. Gra po prostu idzie do przodu. Swoją drogą tytuł od samego początku mało tłumaczy i przez to ciężka w odbiorze. Kolejny przykład. W grze poukrywane są specjalne wymiary, w których musisz zebrać specjalny przedmiot i uciec od zalewającej lokację ciemności. Jeśli ci się nam nie uda następuje taka sytuacja, że biegniemy przed siebie „opętanym” bohaterem a w dali widzimy czarny portal. Natomiast obok przelatuje nam w przyspieszeniu lista twórców. Jeśli uda nam się dobiec przed końcem napisów odpala się scenka, z której dowiadujemy się, że „zły” Enoch chce zniszczyć Piekło oraz Niebo. I koniec. Lądujemy w menu głównym. WTF i to z potrójnym wykrzyknikiem. Niektórzy nazwali by tą grę „dziwną” i mieliby oni trochę racji.

 

Na szczęście ogólny zarys fabuły jest dobrze przedstawiony. Otóż historia El Shaddai jest wzorowana na księdze Henocha i opowiada o Enochu, którego zadaniem jest odnalezienie na Ziemi siedmiu upadłych aniołów, oczyszczenie ich z grzechu i zamknięcie w więzieniu. W naszej podróży towarzyszą nam czterej archaniołowie pod postacią łabędzi, którzy odsłaniają nam kolejne zawiłości fabularne. Natomiast naszym przewodnikiem po świecie jest Lucifel (nie mylić z Lucyferem), archanioł, prawa ręka Boga, który rozmawia z nim za pomocą telefonu komórkowego, cały czas informując go o naszych postępach. Jest też swojego rodzaju punktem zapisu stanu gry.

 

    


     Zapewne jesteście ciekawi czym są te pocieszne stworki po prawej. To nefilim (zrodzone ze związku anioła i człowieka). Wyglądają bardzo niewinnie. Pojawiają się w niektórych momentach, a nawet mają nawet swój własny level, który wygląda jak z jakiejś gry dla dzieci. Stworki toczą piłki plażowe, huśtają się na huśtawce i skaczą po platformach. A tak poza tym pożerają siebie nawzajem. Odtrąceni przez Boga, odizolowani od ludzi i aniołów nie mogący znaleźć swojego miejsca na ziemi cały czas cierpią. Zjadając  siebie nawzajem zamieniają się w ogromne ogniste stworzenia zniszczenia. Czy jest to ucieczka od cierpienia, a może jest to akt zemsty na okrutnym świecie. Póki co nie wiadomo. Pojawiają się w każdym świecie i są powiązane z panującym tam upadłym aniołem.


 

 

Siedem aniołów to siedem zróżnicowanych lokacji, a te są po prostu przepiękne. Minimalistyczne, ale przepiękne. Póki co odwiedziłem tylko trzy światy, ale to wystarczyło aby zobaczyć jak bardzo różnią się między sobą. Niektóre wyglądają jak namalowany obraz, inne jak jakiś teledysk uderzający nas światłami i neonami, piękny witraż z katedry, a kończąc na futurystycznym mieście. W wielu momentach ma się wrażenie jakby biegało się w powietrzu, bo lokacje są zbudowane z niewielu elementów. Efekt po mimo tego jest imponujący. Screeny nie oddają w pełni piękna lokacji. Trzeba to zobaczyć w ruchu i wypada to po prostu genialnie. W parze z lokacjami idzie także muzyka, której także nie brakuje różnorodności. Dominują oczywiście utwory wzorowane na muzyce sakralnej, ale pojawiają się także utwory bardziej dynamiczne przypominające te z serii DMC/Bayonetta, pompatyczne z chórkiem czy nawet czerpiące z muzyki afrykańskiej i hinduskiej.

 

 

 

Tyle różnych światów, a to dopiero niecałe 2 godziny gry.

 

To może teraz parę słów odnośnie rozgrywki. El Shaddai to połączenie slashera i platformówki. Skaczemy po platformach w 3D jak i w 2D. Levele jednego i drugiego rodzaju przeplatają się między sobą. Trochę przeszkadza fakt, że w 3D nie mamy władzy nad kamerą i niestety musimy męczyć się z jej dziwnymi ustawieniami co powoduje spadanie w przepaść. Odnośnie walki śpieszę donieść, że to chyba jeden z nielicznych tytułów, który na normalnym poziomie trudności jest prawdziwym wyzwaniem. Przeciwnicy nie odpuszczają i trzeba korzystać z głową dostępnej broni. Za combosy odpowiada jeden przycisk (plus przytrzymanie R1/L1 dla specjalnego ataku), ale ciężko będzie przebrnąć przez grę mashując je bezmyślnie. Wciskanie ataku w odpowiednim tempie daje nam różne combosy oraz pozwala skutecznie przełamać obronę. Do dyspozycji mamy trzy rodzaje oręża: Arch – ostrze w kształcie łuku pozwalające na szybkie ataki oraz możliwość krótkiego szybowania po skoku; Gale – miotający pociskami na odległość oraz Veil – tarcza przełamująca się na dwie rękawice zapewniająca doskonałą obronę i wolne silne uderzenia. Bronie nie są naszą własnością i nie możemy ich nosić wszystkich przy sobie. Trzeba je ukraść przeciwnikom. Najpierw osłabić a potem ukraść i oczyścić broń. Są też specjalne orby, które zawierają poszczególne oręża, ale pojawiają się one w wybranych miejscach. Walka jest intensywna i trzeba kombinować  jakiej broni użyć najpierw, a potem ukraść w następnej kolejności. Kolejną sprawą jest całkowity brak HUDa. Naszym wyznacznikiem zdrowia jest zbroja, która pęka i rozpada się od uderzeń, aż zostaniemy w samych dżinsach i klapkach. 

 

 

 

Arch, Veil i Gale w pełnej okazałości

 

El Shaddai: Ascension of the Metatron to tytuł, który mnie zaintrygował od pierwszych chwil z nim spędzonych swoim pięknem i to, że jest taka inna. Dopiero zaczynam przygodę z tym tytułem (Lucifel w pewnym momencie łamię "czwartą ścianę" mówiąc, że skończymy wyzwanie w 7 godzin, jeśli jesteśmy odpowiednio dobrzy, czyli jestem gdzieś w 1/3 przygody), ale już teraz mogę powiedzieć, że jest to chyba "najpiękniejszy" tytuł na 7 generację. W cudzysłowie, bo nie chodzi mi o grafikę jako tako, bo jest wiele innych piękniejszych gier cel-shadingowych. Chodzi mi o wyraz artystyczny. Gra wygląda jak piękny namalowany obraz wprawiony w ruch. Od czasu Okami żaden tytuł tak mnie nie zachwycił.

 

W tym momencie jestem w trzecim świecie, który wygląda jak futurystyczne miasto. W ten weekend czeka mnie ostra jazda motocyklem z zawrotną prędkością i walka z przeciwnikami na autostradzie.

 

Edit: Zapomniałem wspomnieć, że gra posiada możliwość wyboru pomiędzy angielskim i japońskim dubbingiem. Obecnie przechodzę grę "po angielsku". Przy drugim przejściu sprawdzę jak wypadają seiyuu.

 


 

Lone Survivor: Director's Cut

 

Witam sąsiada.

 

Wreszcie udało mi się zebrać do kupy i rozpocząć drugie przejście tego tytułu. W chwili kiedy pisze te słowa minęło 229 dni 18 godzin i 15 minut od mojego pierwszego ukończenia Lone Survivor. Gra po jej ukończeniu zostawiła mnie z większą ilością pytań niż miałem rozpoczynając przejście. Dalej nie wiem co się tak naprawdę wydarzyło i dlaczego ludzie zamienili się w jakieś monstra. Czy to był wirus, obcy czy działanie sił nadprzyrodzonych? Nie wiem nawet kim były postacie spotkane w grze. Kim jest kobieta w niebieskiej sukience, człowiek z kartonem na głowie, wysoki jegomość (który jak sam mówi „porozmawiam z tobą jak spotkamy się po raz trzeci”, a sęk w tym że w całej grze spotkałem go tylko raz). Jedyną osobą, której tożsamości można się domyśleć jest koleś z „niebieskiego snu”.

 

Tyle broni w około, a ja się chowam po kątach.

 

Tytuł, który co poniektórzy uważają za "popierdółkę Indie", horror gdzie wielkość pikseli przeraża, jest bardzo ciekawą pozycją. Gra jest świetnie udźwiękowiona (dziwne odgłosy, nastrojowa muzyka), wciągająca i intrygująca (mimo, że to 2D z dużymi pikselami). Trzeba dbać nie tylko o pożywienie i sen, ale także o stan psychiczny protagonisty. Kolejna sprawą jest to, że nie ma tutaj żadnego prowadzenia za rączkę. Jesteś zdany sam na siebie. I do tego gra jest bardzo tajemnicza. Skąpa ilość podpowiedzi, brak opisów, brak jakichkolwiek wskazówek co się tak naprawdę wydarzyło sprawiają, że czujesz się jak bohater tej historii i nie masz bladego pojęcia co się dzieje.

 

Panowie za mocno imprezowali.

 

Nie lubię przechodzić gier z poradnikiem w ręku, ale w tym przypadku nie obejdzie się bez zerknięcia. Lone Survivor posiada aż 5 zakończeń, a ja nie mam bladego pojęcia jakie warunki muszę spełnić, aby odblokować poszczególne z nich. Obecne przejście jednak spróbuję skończyć bez jakiejkolwiek pomocy. Zobaczymy co wyjdzie. W tym momencie jestem na etapie wywabiania ogromnego stwora z pewnej lokacji, abym mógł wydostać się z hotelu na ulice miasta.

 

 


 

Weekendowe dziewczyny

 

W dzisiejszym wydaniu dwie panie z mangi/anime Fairy Tail - Levy McGarden (gildia Fairy Tail) oraz Miliana (gildia Mermaid Heel), a także partnerka Bryce'a - Arcadia Maximille. I to właściwie tyle słowem opisu. Wysilać się bardziej nie będę, bo i tak tutaj raczej "czyta się obrazki" niż tekst zamieszczony pod nimi.

 

Miliana

 

Levy McGarden

 

Arcadia Maximille

 


Uff.. Wyszło więcej tekstu niż początkowo planowałem ;P Tak więc, to by było na tyle z mojej strony. Życzę owocnego gorwego weekendu.

 

Pad z wami.

Tagi: lubie placki tagi i tak nie działają w co gracie w weekend

Oceń notkę
+ +52 -

Oceń profil
+ +51 -
emas
Ranking: 101 Poziom: 67
PD: 38492
REPUTACJA: 10526