Blog użytkownika divinee

divinee divinee 04.11.2017, 07:07
Bywają takie wieczory jak ten... #2
1105V

Bywają takie wieczory jak ten... #2

Druga część wpisu, o którym nikt już prawie nie pamięta, różniąca się od protoplasty tak diametralnie, że mogłaby mieć inny tytuł. Ale wiecie - wydawca nalegał, a pieniądz nie śmierdzi...

Mój poprzedni blog traktował o wieczorach samotności, smutku i apatii. Myślę, że każdy z nas ma czasem takie chwile, gdy dopada go chandra i przytłacza codzienność, rutyna, brak perspektyw lub strach przed tym, że jego życie może nie mieć sensu. Bo człowiek będąc istotą rozumną nie lubi, gdy rzecz jest pozbawiona sensu, dlatego wszystkiemu stara się nadać jakieś znaczenie i cel. Jako, że społeczność PPE jest bardzo różnorodna, wśród Was znalazły się zarówno osoby, które dziękowały mi za chwilę refleksji, jak i persony, które przejęły się moim zdrowiem psychicznym, a nawet tacy, którzy życzyli mi śmierci (dzięki Ciwas, na Ciebie zawsze można liczyć!). Dlatego teraz, niejako dla odmiany, chciałbym opowiedzieć o wieczorach pełnych towarzystwa i naszego hobby: konsol oraz gier wideo. Dużej ilości konsol na metr kwadratowy. I dużej ilości kabli.

Zapewne większość z Was pamięta stare, dobre czasy kanapowych posiedzeń, gdy spędzało się ogromną ilość godzin z kumplem, a nie rzadko też z połową podwórka przed wiekowym, wymęczonym ekranem CRT, pod którym dumnie prezentował swoje wdzięki PSX. Niewiele osób posiadało wtedy konsolę, a kto dostąpił tego zaszczytnego wyróżnienia, temu złaził się na chatę cały sztab ludzi, bo każdy chciał pograć choć chwilę. Z tamtym okresem mocno kojarzy mi się Tekken 3, Bloody Roar 2 i Legend od Mana. Piękne i beztroskie były to lata. Nikt się niczym nie przejmował, a samo wspomnienie tego co się wtedy wyprawiało sprawia, że mimowolnie pojawia się banan na twarzy. Graliśmy na dwóch padach całymi dniami, czasem zarywając też nocki, a jedyną granicą zdawała się być cierpliwość rodziców i szkoła, do której przecież trzeba było uczęszczać. Kanapowe granie, zwykło się dziś mawiać, ale nikt tego wtedy tak nie nazywał, bo wspólne spotkania przy jednej konsoli były czymś normalnym i oczywistym. 

Obecnie, w dobie szybkiego internetu i wszechobecnych portali społecznościowych, tego typu spędy odeszły do lamusa. Rodzina, praca, natłok obowiązków i ciągłe życie w biegu sprawiły, że ludziom notorycznie brakuje czasu - choć podobno nie istnieje coś takiego jak brak czasu, tylko jego zła organizacja. Ludzie stali się dziś bardzo wygodni i nie odczuwają już potrzeby wyjścia z domu, skoro wszystko jest dostępne za pomocą kilku kliknięć. Naprzeciw temu zdają się wychodzić też wydawcy, co niestety widać po rosnącej liczbie gier multiplayer. Otrzymanie kampanii dla pojedynczego gracza nie jest wcale już gwarantowane, a o możliwości gry na podzielonym ekranie prawie nikt w tej chwili nie pamięta. Szkoda tym bardziej, iż granie na jednej kanapie miało swój niepowtarzalny klimat i emocje, których próżno szukać w rozgrywkach przez internet. Jednak mimo upływających lat, rozwoju technologii i zmieniających się poniekąd obyczajów śmiało mogę stwierdzić, że jestem jednym z tych szczęściarzy, którzy spotykają się ze znajomymi z PSN nie tylko w sieci. 

Pierwszą „grową" imprezę powołaliśmy do życia kilka lat temu. Nie przypomnę sobie teraz kto wpadł na ten pomysł, lecz pamiętam doskonale, że spodobał się każdemu. Ze względu na charakter pracy, która obejmuje też weekendy, ustalenie terminu okazało się cholernie trudne. Dyspozycyjność potwierdziły cztery z pięciu osób, co dało nam całkiem dobrą frekwencję. Miejsce sesji demokratycznie wybrano u mnie, jako że moja chata okazała się najbardziej wolna. Wynajmowałem wtedy małą kawalerkę, której warunki mieszkaniowe zostawiały sporo do życzenia, ale nikt się tym zupełnie nie przejmował. Tytułem wytypowanym na wieczorne granie było GTA V w trybie online, gdyż każdy z nas posiadał swój egzemplarz.

O godzinie 21:30 chłopaki zaczęli zwozić sprzęty. Trzy konsole PS4, trzy telewizory 32”, w cholerę kabli, listwy antyprzepięciowe, słuchawki i - naturalnie - napoje procentowe. Do teraz zachodzę w głowę jakim cudem upchaliśmy wszystko w tak niewielkim pomieszczeniu. Kartony po sprzętach trafiły do „kuchni”, mój TV 50 cali stał na stole RTV, dwa ekrany zostały ustawione na podłodze obok siebie, a ostatni na biurku przy lewej ścianie. Konsole znajdowały się dosłownie wszędzie - na szafce, pod biurkiem, na podłodze, stawialiśmy gdzie popadnie. Sama pizza, która później dojechała, zajęła całą dostępną przestrzeń na ziemi. Pierwsze miejsce w kategorii HC Room gwarantowane. Po godzinie grania dołączyła do nas piąta osoba, która nie mogła się co prawda stawić osobiście, lecz towarzyszyła nam w rozgrywce przez internet. 

GTA to wielki świat i mnóstwo trybów, więc było w czym wybierać. Graliśmy tak długo, aż (nie zgadniecie) koło pierwszej w nocy przestał działać PSN :D Wyświetlił nam się jakiś komunikat o konserwach, ale nie pamiętam już dokładnie o co tam chodziło. Niektórzy poczuli zmęczenie (tak, to już nie te lata), więc udaliśmy się spacerem na pobliską stację, po czym obłowieni w hot-dogi i energetyki wróciliśmy do bazy. Szybka próba połączenia z siecią spełzła na niczym - komunikat o tyrolskiej nadal aktualny. Dopiero kilka godzin później ktoś się skapnął, że PS4 otrzymało aktualizację systemu, ale skąd mogliśmy wiedzieć… Graliśmy więc w różne gry na kilku konsolach, wszak to idealna okazja by obadać tytuły, których się nie posiadało. Bloodborne, Far Cry 4, inFamous czy Killzone to niektóre z nich. O czwartej rano byliśmy już na tyle śpiący i ukontentowani, że zapadła decyzja o zakończeniu posiedzenia. Wiedzieliśmy wówczas, że kolejne spotkanie jest jedynie kwestią czasu.

Nie od dziś wiadomo, że za drugim razem wszystko jest łatwiejsze. Tyczy się to wielu aspektów życia i potwierdziło się to również w naszym przypadku. Idealna okazja pojawiła się znikąd - oto udostępniona została otwarta beta gry DOOM. Mieszkałem wtedy z ówczesną dziewczyną, która udała się na jedną noc do swojej przyjaciółki. Impreza miała odbyć się „na grubo” i tak się właśnie stało, bo tym razem pojawili się wszyscy, a ilość elektroniki zgromadzonej w jednym miejscu pobiła nasz dotychczasowy rekord. Sprzęty zaczęliśmy wnosić wczesnym wieczorem. Nie wiem co pomyśleliby sąsiedzi, gdyby zobaczyli jak to wszystko taszczymy. W jednym pokoju udało nam się ulokować pięć telewizorów, pięć konsol PS4, po jednym egzemplarzu PS3 i Xbox One, sporą ilość przewodów zasilających i podłączeniowych, trzy listwy antyprzepięciowe, dziesięć padów w różnych kolorach i kilka par słuchawek. Telewizory były trzydziesto dwu calowe, a napoje czterdziestoprocentowe ;) Jako, że mieszkanie było większe, mogliśmy rozmieścić się swobodniej niż przedtem. Trzech z nas zajęło miejsce na rogowej sofie, naprzeciw swoich odbiorników. Dwaj pozostali usiedli na kanapie z boku, a sprzęty rozstawili na stole przed sobą, obwarowując się w tym miejscu jak totalne nerdy.

Ilość kabli walających się po podłodze bądź zwisających ze stołu, niejedną kobietę przyprawiłaby o zawał serca.

DOOM okazał się tytułem cholernie grywalnym. Mijały godziny, butelki stawały się coraz bardziej puste, a my bawiliśmy się w najlepsze. W takich chwilach człowiek uświadamia sobie ile traci zamykając się jedynie na rozgrywkę online, gdzie każdy siedzi w swoim domu, nikt nie może z nikim przybić piony, stuknąć się trunkiem, ani zobaczyć reakcji drugiej osoby. Internet mocno nas wypaczył, zastępując prawdziwe relacje czymś syntetycznym i ułomnym, dającym jedynie namiastkę realnych spotkań. Naturalnie DOOM nie był jedyną grą, którą wrzuciliśmy do czytnika. Ja pograłem trochę w Forzę, kumpel pocisnął trzeciego Wiedźmina, a u nerdów widziałem odpaloną Fifę - niestety nie mam pojęcia, która była to odsłona, bo dla mnie wszystkie wyglądają jednakowo. Standardowo koło czwartej zaczęliśmy zwijać sprzęty, gdyż część z nas padała już na twarz, a niektórzy musieli rano wstać do pracy. 

Ostatnie posiedzenie odbyło się w moim aktualnym miejscu zamieszkania (przeprowadzki to kolejne hobby, zaraz po grach). Spotkaliśmy się w czwórkę, gdyż jedna osoba była umówiona już ze znajomymi. Zapewniła jednak, że wpadnie później choć na chwilę. Wyjątkowo zaczęliśmy wcześniej, więc i czasu było więcej. Trzy telewizory, jeden monitor, konsole, pady, listwy, przewody, piwo, rum i jazda. Po wypakowaniu sprzętów zauważyliśmy, że choć wszyscy posiadamy PS4, każda z nich jest inna. Zaiste dożyliśmy dziwnych czasów. Co ciekawe, na wersję pro skusiła się zaledwie jedna z czterech osób.

Ponownie graliśmy głównie w DOOM (tym razem pełną wersję), choć swoje pięć minut miały także NFS i Naruto. Nie od dziś wiadomo, że na tego typu akcje warto mieć w zanadrzu jakąś bijatykę. Po kilku rozegranych walkach okazało się jednak, że nie znajdę do tej gry godnego przeciwnika. Jedyna osoba, gotowa podjąć rękawicę pojawiła się dopiero koło drugiej w nocy, lecz nie była w stanie dobyć pada. Błędny rycerz wrócił z imprezy w stadium totalnej beztroski. Był taki wesoły, że chciał ze szczęścia zrobić salto, mimo iż nigdy nie widziałem, by wykonał chociaż gwiazdę, albo nawet zwykły przewrót w przód. Spotkanie zakończyło się o trzeciej, a my do tego czasu graliśmy podzieleni na dwie grupy. Pierwsza oddała się zmaganiom w Rocket League, druga na leciwej peestrójce ogarniała w co-opie trzeciego Killzone’a.

Wieczory takie jak te przypominają mi o starych, pięknych czasach mojego dzieciństwa. Łączą one dwie wspaniałe rzeczy - zgraną ekipę i wspólne zainteresowania. Przepełnione sprzętem, grami, świetnym towarzystwem i niebotyczną ilością czerstwego humoru pokazują, że nawet dziś, przy odrobinie chęci kanapowe granie może być praktykowane. Dlatego dziękuję wszystkim wariatom, którzy brali (i zapewne nadal będą brać) w nich udział. Świrom, którzy przez te kilka godzin zapominają, że mają żony, pracę i obowiązki. Maniakom, potrafiącym pod osłoną nocy drałować przez pół miasta z konsolą pod pachą i telewizorem na plecach niczym żółwie ninja. Jesteście mega pozytywni i cieszę się, że Was poznałem. Każdego człowieka w dużym stopniu kształtuje otoczenie i wiem, że bez Was nie byłbym taki sam.


 

PS. Część pierwsza znajduje się tutaj.
PS2. Niektóre zdjęcia zrobiono blenderem i pralką w trakcie wirowania, ale taki mamy klimat.

Tagi:

Oceń notkę
+ +63 -

Oceń profil
+ +11 -
divinee
Ranking: 847 Poziom: 43
PD: 11372
REPUTACJA: 1109