kwadratowy blog

squaresofter

squaresofter squaresofter 14.07.2017, 00:06
W co gracie w weekend? #210
751V

W co gracie w weekend? #210

Cześć. Tydzień temu namawiano mnie do sięgnięcia po starsze tytuły, ale mam tyle rozgrzebanych gier, że jeśli chcę skończyć którąkolwiek z nich do końca roku, to nie mam zamiaru zaczynać niczego nowego, więc w ten weekend zagram dokładnie w te same gry, co w ubiegły weekend. Są to: Hatsune Miku Future Tone, NieR: Automata, Uncharted 4, dodatek do Wiedźmina 3 - Krew i Wino oraz The Legend of Heroes: Trails of Cold Steel.
[Wpis zawiera spoilery.]

Hatsune Miku: Project DIVA Future Tone (PS4, Crypton Future Media + Sega, 2017r.)

Co prawda nie zagram w ten weekend w żadną klasyczną grę, ale i tak cofnę się razem z Wami do dalekiej przeszłości, gdy Sega i pracujący dla niej Yu Suzuk kładli podwaliny pod rynek elektronicznej rozrywki. Chćę to zrobić w celu wyjaśnienia powodów wyboru kolejnej piosenki, od której postanowiłem rozpocząć dzisiejsze w co gracie w weekend.

Future Tone to nie tylko gra rytmiczna. To także kawał historii Segi, dlatego gracz może przebrać w niej Miku w strój Sonica lub Alicii Melchiott z Valkyrii Chronicles a jednym ze strojów dla Luki Megurine jest strój Sary Bryant z Virtua Fighter. 

Jakiś czas temu wychwalałem grę z wokaliodami, bo Miku wykonuje w niej jeden z największych przebojów w historii niebieskich, czyli Magical Sound Shower z gry rajdowej zatytułowanej OutRun. (Dla przypomnienia kawałek śpiewany prze Miku znajduje się na pozycji nr 3 na playliście, natomiast oryginalna wersję tego utworu z automatów to pozycja nr 4 na playliście.)

Ten kawałek tak mną zawładnął, że kupiłem OutRun 2 na Xboxa tylko po to, żeby usłyszeć go jeszcze raz w kolejnej grze i pochwalić się tym w jednym z wcześniejszych odcinków tego cyklu 

Wciąż było mi jednak mało, więc odblokowałem w tej wyścigówce jeszcze oryginalną wersję OutRun z automatów a potem przeszedłem Shenmue, bo tam też można usłyszeć ten klasyk.

Jaki to ma w ogólne związek z Meiko? Ano taki, że w Shenmue możemy pograć także w After Burnera autorstwa Yu Suzukiego.

To zadziwiające jak historia gier potrafi zatoczyć koło. Kto by pomyślał, że trzydzieści lat po wyprodukowaniu jednych z największych hitów Segi wirtualne gwiazdy będą ścigać się ze sobą o to, która najlepiej z nich odda hołd człowiekowi, który tak wiele zrobił dla spopularyzowania gier wideo na świecie. 

Jak chcecie, to obejrzyjcie razem ze mną teledysk do utworu zatytułowanego After Burner. Zróbcie to chociaż po to, żeby zobaczyć, że przyjaciółka Miku też ma się czym pochwalić a lotniskowiec, na którym daje koncert dla pilotów startujących z jego pokładu wygląda znacznie, znacznie lepiej niż trzydzieści lat temu. Wystarczy porównać go z obrazkiem z oryginalnej gry znajdującym się nieco wyżej.

Do playlisty dodałem też ten sam utwór z gry z automatów dla graczy starszej daty (poz. nr 2 na playliście).

Wbijanie perfecta w tej piosence dało mi nie mniej frajdy niż ogrywanie tej strzelaniny na automacie w Shenmue. Japończycy jednak wiedzą jak połechtać moją duszę i zagrać sentymentem i tęsknotą na jej strunach.


NieR: Automata (PS4, Platinum Games, 2017r.)

Łatwo jest powiedzieć, że NieR: Automata jest grą pozbawioną sensu. Każdy może tak zrobić. Nie będzie to jednak prawda. Tak jak pisałem tydzień temu ogranie poprzedniego NieRa nie jest wymagane do zrozumienia Automaty. Do jej zrozumienia musimy jednak posiadać wiedzę z zakresu filozofii. Nikt nam nie każde oczywiście znać wszystkich systematów filozoficznych, które powstały od czasu idealizmu Platona i realizmu Arystotelesa, jednak znajomość światopoglądu jednego francuskiego myśliciela jest koniecznością.

Wiem, że szukanie absurdów Automaty to ulubione zajęcie śmieszków starających się obrać tą grę z jej ukrytych podtekstów, na które nie każdy gracz trafi. Mamy seksowną adroidkę noszącą stringi, którą możemy wysadzić w powietrze, gdy się nam nudzi, mamy post-apokaliptyczny świat, w którym wymarło życie i dobra grafika, mamy bezbronne roboty, które mordujemy z zimną krwią jak na najlepszą morderczynię przystało. Jest też backtracking, który dobija mnie jeszcze bardziej niż w poprzedniku, bo świat tej japońskiej produkcji jest znacznie większy niż w pierwszym NieRze, ale to i tak nie pomoże nam w zrozumieniu Automaty.

Automata to manifest poglądowy Yoko Taro i próba przeforsowania jego wynaturzonych fantazji erotycznych do świadomości graczy. Łatwo to pojąć, jeśli zwrócimy uwagę na to, że spotkana przez nas postać w Wiosce Pascala, znajdującej się w lesie, na którą wszyscy mówią Jean Paul to ewidentne nawiązanie do dwudziestowiecznego twórcy egzystencjalizmu, czyli do Jean Paula Sartre'a, który twierdził, iż istnienie wyprzedza istotę. Wyjaśnienie tego sformułowania jest niezwykle proste. Nie warto tracić życia na kontemplację mającą na celu poznanie istoty rzeczy. Platon twierdził, że należy skupić się na ideach, czyli myślowych wzorcach rzeczy, dlatego gry wydają się nam najpiękniejsze i pozbawione wad, gdy o nich myślimy. Tym najlepszym dajemy maksymalne noty i uznajemy za kamienie milowe, które odmieniły nasze życie.

Każdy gracz jest inny. Są też tacy, którzy wzorem realizmu Arytotelesa twierdzą, że gier idealnych nie ma. Potrafią je tylko kategoryzować, zaliczając je od konkretnych gatunków. 

Natomiast, jeśli chcielibyśmy zostać graczem-egzystencjalistą, to stwierdzilibyśmy pewnie, że liczy się samo granie. Teorie Sartre'a są mało istotne, bo do zrozumienia Automaty wystarczy przejrzeć informacje o jego życiu seksualnym. Był on związany przez prawie całe swoje życie z Simone de Beauvior. Stworzyli oboje dosyć osobliwą parę. On powiedział jej na starcie, że nie będzie jej wierny i chce mieć kochanki, kiedy się nią znudzi. Ona pochodziła z domu, w którym jej ojciec lubił chodzić na dziwki a jej matka udawała, że wszystko jest w porządku. 

Dlatego ta dwójka zaproponowała swoją egzystencjalną koncepcję 'rodziny'. Simone wykorzystywała swoją pozycję nauczycielki, żeby dostarczać mu uczennic do łóżka, a wcześniej sama je niejednokrotnie sprawdzała przed oddaniem ich pod hedonistyczną kuratelę swojego mistrza. Sama też miała niejednego kochanka. Na co komu dzieci, jak twoja brzydka żona poznaje Cię z młodymi pannami i możesz im odebrać coś, co mogą stracić tylko raz? 

Zapładnianie, rodzenie dzieci i ich wychowywanie to przeżytek. Zostańmy wszyscy egzystencjalistami, a wtedy ludzkość wyginie w ciągu jednego pokolenia. Tyle wyczytałem miedzy wierszami z teorii egzystencjalnej. Nie ma to jak zaproponować własne dewiacje seksualne i obyczajowe jako odpowiedź na tradycyjny model rodzinny. 

Wcale się nie dziwię, że w Automacie operatorka nr 60 ma lesbijskie skłonności wobec 2B a wykonując misję dla robota-filozofa zmuszeni jesteśmy szukać jego kochanek rozsianych po całym świecie, które za pomocą prymitywnych prezentów chcą go mieć tylko dla siebie na przekór rywalkom w miłości, a że ich mistrza żaden taki prezent nie przekonuje, więc udaje się w podróż mającą na celu znalezienie samego siebie.

2B robi w gruncie rzeczy to samo. Jest czysta, naiwna i pozbawiona wiedzy o świecie i życiu. Stanowi idealny obiekt westchnień dla Yoko Taro. Wychodzi na to, że japońska gra powstała, bo jego żona jest brzydsza z każdym kolejnym dniem a jej chipy sprzątaczki, zmywarki i kucharki, które jej zamontował nie zmieniły tego, że dopadł go w końcu kryzys wieku średniego i ucieka do krainy fantazji, w której nieletnie seksroboty ratują świat przez zepsuciem dawnych tradycji i obyczajów. 

Sami teraz widzicie, że to całe gadanie, że Automata to tylko dobra muzyka ma się nijak do prawdy.

Jak widać nie tylko Mityazaki potrafi tworzyć światy gier oparte na niedomówieniach. Pan Taro także to potrafi, a że praktycznie żadna recenzja tej gry nawet nie stara się dokonać analizy podstaw filozoficznych jej powstania nie świadczy dobrze o recenzentach.

Dziecinnych graczy chwalących się tym, ile zdjęć majtek 2B zrobili jednego dnia i ile z nią znaleźli hantaiów jeszcze rozumiem. Gracz ma zarabiać i wydawać jak największą cześć swojej wypłaty na kolejne gry a nie myśleć, natomiast recenzentom, którzy nie informują graczy o tym, że NieR: Automata ma umocowanie w europejskiej filozofii nie daruję. Nie wykonujecie dobrze swojej roboty. Nie spodziewałem się tego, że Automata propaguje neo-egzystencjalizm. Lubię rozwiązywać takie zagwozdki, o których nie znajdziemy nawet wzmianki w żadnym poradniku do zdobycia platyny.

Automata jest bardzo ciężką grą w odbiorze a ta ciężkość jest spowodowana tym, że jej największe sekrety są bardzo dobrze ukryte przed nieświadomymi graczami. Oczywiście nie zgadzam się z ideami na świat zaproponowanymi przez pana Taro, ale to tylko jeszcze bardziej wzmaga moją ciekawość poznania dalszych perypetii 2B i pomagającego jej 9S. 


Uncharted 4: Kres Złodzieja (PS4, Naughty Dog, 2016r.)

W Uncharted 4 gram bardzo powoli, ale rozdział po rozdziale staram się dalej poznawać historię Nate'a i jego brata. Z początku mocno się uśmiałem z tego, że autorzy tej serii wymyślili nagle brata głównego bohatera, o którym nie było mowy w poprzednich częściach, ale nie takie naciągane historie już przechodziły w przemyśle gier. Przypomnę tylko Rikimaru z Tenchu, który ginie w sekwencji końcowej Stealth Assassins, ale był zbyt dobrą postacią, żeby go definitywnie uśmiercić, więc okazało się, że udało mu się uciec portalem z tamtej zawalonej jaskini, więc wciąż mógł służyć swojemu panu ku uciesze fanów tej wspaniałej niegdyś serii. Jednak to jeszcze nic przy popisach Kojimy, który zabija Big Bossa, aby dwadzieścia lat po tym wydarzeniu oznajmić wszystkim graczom, że Solid Snake już go znudził a Naked Snake zginął tak, że wciąż żyje.

Brat z kapelusza to przy tym nic szczególnego. Fani Naughty Dog i tak łykną każdą bajeczkę z logiem tej firmy a niezliczona ilość pism lub stron branżowych wlepi maksymalne noty kolejnym perypetiom Nathana Drake'a za samo logo gry na pudełku i za to, że to tytuł ekskluzywny Sony.

Mnie trochę trudniej przekonać do uznania jakiejś gry za wybitną za dodanie innego numeru po tytule jakiejś serii. Nie zgadzam się jednak ze stwierdzeniem, że grafika to jedyny plus tej gry. 

Niby Nate ułożył sobie życie z Eleną i jak typowi janusze gamingu grają w Crasha na PSone podpiętym do telewizora lcd zamiast do kineskopowca, ale nie wymagajmy zbyt dużo od małżeństwa, które zadowala utrzymywanie się ze złomu zebranego na dnie morza.

Gdyby Sam nie odnalazł się po tych piętnastu latach, to gracze nie mieliby powodu, żeby oglądać kolejnych przygód niezrównanego złodzieja i jego kompanów. Bez ogródek przyznaję, że stęskniłem się za tym starym dziadem Sullivanem, który mocno posunął się w latach, ale i tak zrobi wszystko dla swojego protegowanego. Robi tak przez cały czas odkąd się znają i nie zmieni tego nawet niechęć, którą żywi do niego Sam. Dla Nate'a Sully jest jak rodzina, więc podczas ich koncertowej akcji w domu aukcyjnym nieraz miałem uśmiech na twarzy.

Bardzo podobała mi się też zróżnicowana struktura tej misji. Najpierw mamy w niej do czynienia z podchodami, potem z zuchwałą kradzieżą, ze standardowym obijaniem gęby protagoniście, no i z brawurową ucieczką składającą się z zabawy w chowanego i ekscytującej wymiany ognia pomiędzy tymi dobrymi a tymi złymi.

W Uncharted 4 poprawiono skradanie. Od teraz każdy strażnik ma nad głową znaczek i zauważy nas dopiero wtedy, gdy ten znak się napełni. Jeśli jednak znikniemy im szybko z pola widzenia, to pozostaniemy niewykryci. W chowaniu się przed nieprzyjaznymi najemnikami pomaga wysoka trawa, w której możemy się ukrywać. Zaznaczanie wrogów pozwala nam na oszacowanie ich sił oraz na zaplanowanie strategii ich eliminacji lub ominięcia.

Celem w grze jest odnalezienie skarbu wartego bodajże 400 milinów dolarów, ale znając wcześniejsze losy Nate'a ciężko mi w to uwierzyć, że stanie się po tej przygodzie bogaczem, który będzie podcierał tyłek banknotami. 

Grunt, że poza szukaniem skarbów i mordowaniem z zimną krwią setek ludzi po drodze (zawsze mnie to śmieszyło w tej serii) jest to historia starająca się nam pokazać jak dwaj rozdzieleni bracia starają się odzyskać stracony czas. Dziwi mnie, że nikt jeszcze nie stara się porównywać tych relacji z relacjami Joela i Ellie z The Last of Us, bo to jak Nate i Sam sobie pomagają naprawdę może się podobać. Nie mówię tu o takich oczywistościach jak podsadzanie się i podawanie ręki, żeby obaj dotarli w jakieś wysokie miejsce, ale chociażby o tym, że Sam potrafi przytrzymywać przeciwników, co ułatwia nam ich eliminację. 

Rozmowy dwóch braci są dobrze napisane przez scenarzystów i naprawdę starają się przekonać nas do tego, jak bardzo za sobą tęsknili .Aktorzy głosowi też odrobili zadanie domowe i czuć, że bohaterowie, w których się wcielili cieszą się, że znów mogą wspólnie podróżować, nawet jeśli jest to konieczność podyktowana przez jednego barona narkotykowego.

Do tej pory udało mi się uciec z więzienia, dałem czadu we Włoszech i Szkocji, szlajam się po grobowcach, cmentarzach i jaskiniach  a teraz nie mogę się doczekać tego, co przygotowali dla mnie autorzy tej produkcji. W ten weekend jeszcze pewnie nie ukończę Uncharted 4, ale chcę chociaż dojść do połowy tej opowieści. 


Wiedźmin 3: Dziki Gon - Krew i Wino (PS4, CD Projekt RED, 2016r.)

Tak przycisnąłem Wiedźmina w ostatnich dniach, że teraz wystarczy, że przejdę go jeszcze na dwóch najwyższych poziomach trudności i wpadnie mi w nim platyna. Swój plan muszę jednak odsunąć w czasie, gdyż zajmuję się obecnie dodatkiem Krew i Wino. Dopóki go nie przejdę, nie podejmuję się nawet walki o najważniejsze trofeum w polskiej grze.

Zanim jednak zajmę się zadaniami głównymi w drugim dodatku do Dzikiego Gonu zamierzam najpierw zwiedzić wszystkie pytajniki na mapie, których jest łącznie 75 i porobić jakieś zadania poboczne.

Pierwszym z nich jest skompletowanie wszystkich nowych wiedźmińskich rynsztunków, które można odnaleźć w bajkowym Toussaint. Zbliżam się powoli do czterdziestego poziomu rozwoju Geralta, więc już niedługo będzie dla niego dostępny wiedźmiński rynsztunek żmii, którego nie omieszkam przetestować w warunkach polowych. Noszę koci rynsztunek zdecydowanie zbyt długo i chcę zobaczyć wreszcie Białego Wilka w czymś innym. 

Podobnie jak w pierwszym dodatku, tak i tu napotkałem nowe rodzaje wrogów. Opancerzony i przerośnięty szczur oraz jadowite kwiaty nie należą do moich ulubieńców, ale nawet i te maszkary są do pokonania dla kogoś, kto cierpliwie wyczekuje momentu do zadania im dotkliwych obrażeń. Chyba tylko bandyci i ubita przeze mnie pantera nie stanowiły dla mnie żadnego wyzwania.

Nie wiem czy uporam się ze wszystkimi pytajnikami w ciągu tygodnia, ale nawet jeśli by mi się to udało, to przeraża mnie perspektywa przeszukiwania Beauclair, które jest chyba nawet większe od Novigradu a właśnie w stolicy północy byłem bliski porzucenia Wiedźmina 3 na zawsze. Długo walczyłem z niechęcią do przeszukiwania tamtej miejscówki i boję się, że tym razem może być podobnie. Mobilizuje mnie tylko jeden fakt. Z trzecimi przygodami Wiedźmina spędziłem blisko 230 godzin i nie chcę teraz tego zaprzepaścić. 

Na całe szczęście ta gra to nie tylko misje typu: idź z punktu a do punktu b i zabij wszystko co się rusza. Polacy potrafią czasem rozbawić mnie do łez.

Wiecie jaka jest różnica między Falloutem 3 a Wiedźminem 3? 

W rpgu Bethesdy jedna z misji zleconych graczowi polega na odzyskaniu głowy posągu Abrahama Lincolna, a więc prezydenta Stanów Zjednoczonych, który uchronił swoją ojczyznę przed rozpadem. Jasne, że wyzwolenie niewolników z południa miało doraźne cele polityczne, ale gdyby jego plan się nie powiódł, USA byłyby dziś pewnie krajem podobnym do Korei, podzielone i pełne nieufności ludzi zamieszkujących jego dwie części. Choć Fallouty starają się pokazywać historię i kulturę amerykańską w krzywym zwierciadle, ten jeden raz mieliśmy do czynienia z misją nawiązującą do jednej z najciemniejszych kart historii tego mocarstwa. 

Natomiast Polacy każą graczowi odzyskać jaja odcięte posągowi, których pocieranie przynosi niespożyte siły w łóżku i powodzenie u kobiet. 

Inne studia zajmujące się produkcją rpgów powinny brać korepetycje z rozśmieszania graczy u REDów.


The Legend of Heroes: Trails of Cold Steel (PS3, Nihon Falcom, 2013r.

Trails of Cold Steel powoli wciąga mnie w wir swoich wydarzeń, choć na razie nie wykonuje żadnych skomplikowanych zadań, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano. Wszystko w swoim czasie.

Po drugich odwiedzinach w opuszczonym budynku na terenie Akademii Wojskowej Thors połknąłem bakcyla do ataków łączonych. Gdy trafimy wroga atakiem, na który jest podatny (cięcie, atak przeszywający itd,.), to postać, z którą tworzymy w walce więź wykonuje dodatkowy atak zaraz po naszym. Niby funkcjonuje to tak jak w Personach, ale w jrpgach Atlusa to protagonista zawierał więzi z konkretnymi bohaterami, natomiast w produkcji Nihon Falcom więź może stworzyć dosłownie każda para bohaterów. Te więzi możemy też zmieniać w trakcie samych potyczek, reagując na bieżąco na sytuację na polu walki.

Po wykonaniu misji w magazynie zostałem poddany sprawdzianowi, w oparciu o który oceniony został mój cały dotychczasowy dorobek. W Walce przygotowanej przez instruktorkę Sarę nie wypadłem najlepiej, dlatego też nie otrzymałem najwyższej noty. Mówi się trudno.

W następnym zadania specjalna klasa, do której należą bohaterowie tego jrpga została podzielona na dwie grupy i wysłana w dwa różne miejsca. Nie wiem co strzeliło do głowy Sarze, że do jednej z nich przydzieliła Jusiusa i Mahchiasa, którzy prędzej się pozabijają niż zrobią coś razem, ale nie to jest najśmieszniejsze. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że zamiast czuwać nad nimi osobiście, to pojechała z pierwszą grupą do Celdic, żeby się schlać w sztok. 

Musicie wiedzieć, że seksowna nauczycielka nie traktuje picia jak zabawy i już w okolicach południa ostro wali w gaz. Macie do niej jakieś pytania odnośnie misji? Może na nie odpowie jak się obudzi.

Bardzo podoba mi się, że poza zadaniami pobocznymi, modyfikowaniem broni i ekwipunku członkowie elitarnej klasy mogą nie tylko spędzać ze sobą wolny czas, aby poznać się lepiej i ewentualnie naprostować napięte relacje. Mogą także zabić nudę grając w specjalną karciankę. Pewnie nigdy o niej nie słyszeliście, bo to studio nie ma budżetu na gry jak CD Projekt RED. 

Nic to, zawsze pozostaje nam możliwość posłuchania muzyki z gry. Polecam w szczególności dwa pierwsze kawałki z poniższej playlisty. Jeśli lubicie dźwięk skrzypiec tak jak ja, to w mig polubicie Skies of a Strange Land. Jeśli zaś chcecie posłuchać czegoś szybszego, to posłuchajcie Tie a Link of ARCUS!, w którym dźwięki skrzypiec i gitary tak doskonale ze sobą współgrają, że katuje się tą muzyką z walk z bossami już przeszło tydzień i nie mogę przestać. Rewelacja.  

Za jakiś czas dam Wam znać o swoich postępach w tym turowym jrpgu, który raz przypomina mi dwie pierwsze Grandie, ze względu na obszarową strukturę ataków jego bohaterów, innym razem przypomina mi Persony, ze względu na więzi, które możemy zacieśniać z innymi członkami naszej klasy oraz Valkyrię Chronicles, bo przecież należymy do szkoły wojskowej, więc walka na froncie też nas czeka, co pokazały pierwsze minuty tego tytułu. 


To tyle z mojej strony. Życzę wszystkim udanego weekendu i zapraszam Was do dzielenia się z innymi graczami tytułami ogrywanych gier.

Tagi: w co gracie w weekend?

Oceń notkę
+ +48 -

W co gracie w weekend?
Oceń profil
+ +223 -
squaresofter
Ranking: 12 Poziom: 82
PD: 69773
REPUTACJA: 66109