Czy to najlepsza rola w karierze Sylvestra Stallone? Prawdopodobnie tak

Czy to najlepsza rola w karierze Sylvestra Stallone? Prawdopodobnie tak

Dawid Ilnicki | Dzisiaj, 12:00

Jednym z najciekawszych epizodów w długiej i niezwykle interesującej karierze Sylvester Stallone pozostaje bez wątpienia występ w "Cop Land". Filmie zrealizowanym przez będącego wówczas na początku swojej drogi zawodowej, a dziś doskonale rozpoznawalnego Jamesa Mangolda. Bardzo nietypowy występ słynnego Sly’a przypomniał o sporym talencie gwiazdora, choć w ostateczności wcale nie okazał się spodziewanym przez niego przełomem w jego karierze.

Na początku lat 90. kariera Sylvestra Stallone znalazła się na zakręcie. Gwiazdor bowiem z jednej strony od dłuższego czasu nie zaliczył występu w nowym filmie, który okazałby się kinowym przebojem, a z drugiej zaczął być jednoznacznie kojarzony z rolami sprzed nieomalże dekady, przede wszystkim Rockym Balboą i Johnem Rambo. Lekarstwem na to miała być kompletna zmiana emploi, której próbką są występy w dwóch komediach: “Oscarze” Johna Landisa, a także niesławnym “Stój, bo mamuśka strzela” Rogera Spottiswoode’a. Pamiętanym do dziś za sprawą słynnej anegdoty, że występ w nim zapewnił Stallone jego wielki rywal, Arnold Schwarzenegger, który postanowił zrobić mu psikusa, rozpuszczając plotkę o tym jakoby sam miał mocno zabiegać o rolę w tym filmie.

Dalsza część tekstu pod wideo

Ogromny sukces finansowy dobrze pamiętanego do dziś “Na krawędzi” ponownie przywrócił aktora do łask i w kolejnym latach zaliczył on kilka ról w wystawnych widowiskach rozrywkowych, takich jak “Człowiek-demolka”, “Specjalista”, “Sędzia Dredd” czy “Tunel”. Niemal wszystkie tytuły z tego okresu okazały się wielkimi sukcesami kasowymi, ale jednocześnie utrwaliły wizerunek aktora, kompletnie szufladkując go jako specjalistę od wysokobudżetowego kina akcji. Stallone miał tych ról serdecznie dość, szukając sposobu na nawiązanie do samych początków i zdecydowanie najlepszej dramatycznej roli w swej dotychczasowej karierze w “Rocky’m”. Szczęśliwie w połowie lat 90. usłyszał o nowym, ciekawym projekcie, realizowanym przez młodego i bardzo dobrze zapowiadającego się reżysera. 

Tylko nie Stallone!

Cop Land
resize icon

Pochodzący z Washingtonville w Nowym Jorku James Mangold już w połowie lat 80. XX wieku załapał się na lukratywny kontrakt z firmą Walta Disneya, dla której współtworzył scenariusz do animowanego filmu “Oliver i spółka”. Szerokiej publiczności dał się poznać za sprawą debiutu reżyserskiego z 1995 roku. Dramat “Heavy” (u nas znanego pod tytułem “Victor, syn Dolly”) opowiadał historię kucharza Victora, pracującego w lokalnej restauracji, należącej do jego matki, który zakochuje się w młodej kelnerce, przyjętej akurat do pracy. Mangold opowiadał, że od początku planował skoncentrowanie się na postaci, którą ówczesne hollywoodzkie kino z pewnością by się nie zainteresowało, dbając również o to, by pod względem audiowizualnym jego obraz nie przypominał typowych produkcji mainstreamowych tamtego okresu.

O jego debiucie zrobiło się na tyle głośno, że agenci dobrze wiedzieli, nad czym młody reżyser pracuje. A była to nietypowa opowieść policyjna, którą twórca nosił w sobie od dłuższego czasu. Wychowując się na obrzeżach Nowego Jorku Mangold obserwował, jak policjanci pracujący w centrum miasta kupowali działki i budowali domy właśnie tam, tworząc dużą społeczność ludzi doskonale się rozumiejących. Równolegle coraz głośniejsze stawały się w tym czasie przypadki afer, w których funkcjonariusze policji nadużywali swoich uprawnień. Wszystkie te obserwacje Mangold połączył ze szkieletem klasycznego westernu, w którym kluczową rolę odgrywa samotny szeryf. W “Cop Land” bohater ten zostaje jednak od początku odarty z heroicznego mitu — to postać z wyraźnym defektem, która dopiero z czasem dojrzewa do decyzji o uporządkowaniu skorumpowanego świata, w którym przyszło jej funkcjonować.

Mangold ukończył pierwszy draft scenariusza w 1993 roku i bardzo szybko zainteresował się nim Miramax. Sława wspomnianego “Heavy” sprawiła, że po latach do reżysera odezwał się jeden z najbardziej znanych producentów filmowych owych czasów, Arnold Rifkin, który oznajmił mu, że rolą Freddy’ego Heflina jest zainteresowany Sylvester Stallone. Mangold początkowo nie chciał o tym słyszeć, kojarząc gwiazdora wyłącznie z wielkimi widowiskami akcji i fizyczną posturą, kompletnie niepasującą do głównego bohatera “Cop Land”. Ostatecznie zgodził się jednak na spotkanie z aktorem, który specjalnie przyleciał do niego do Nowego Jorku.

Reżyser wspominał, że gdy tylko zobaczył gwiazdora czekającego na niego w restauracji poczuł, że obaj się znakomicie dogadają. Już w trakcie rozmowy, w trakcie której poruszył kwestie związane m.in. ze spodziewaną fizyczną zmianą na potrzeby tej roli, zrozumiał, że ma przed sobą artystę, który desperacko pragnie powrócić do tego, co w tym zawodzie kochał najbardziej - tworzenia interesujących postaci, a jednocześnie aktora, który był w tym czasie wykończony taśmowym realizowaniem wielkich widowisk. Nic więc dziwnego, że obaj bardzo szybko znaleźli wspólny język, a angaż Stallone’a bardzo szybko dał Mangoldowi sposobność do współpracy z innymi wielkimi nazwiskami.

Mając świadomość tego, że widzom trudno będzie uwierzyć w to, że grany przez wielkiego hollywoodzkiego gwiazdora szeryf Freddy Heflin jest przez członków swojej społeczności lekceważony, a w końcówce uciekają się oni nawet do gróźb wobec niego, Mangold musiał obsadzić pozostałe role znakomitymi aktorami. Bardzo szybko jednak do projektu zapalił się sam Robert de Niro, dzięki któremu reżyserowi udało się zainteresować nim także Harveya Keitela i znakomicie tu pasującego Raya Liottę, skorumpowanego gliniarza, w którym jednak jako pierwszy budzi się sumienie. Co ciekawe na dwa lata przed premierą serialu “Rodzina Soprano” w obsadzie “Cop Land” znalazło się wielu aktorów znanych z pomniejszych ról w tym serialowym arcydziele, takich jak choćby Frank Vincent, Edie Falco, John Ventimiglia, Annabella Sciorra, Robert Patrick, a nawet  - widziany dosłownie przez chwilę -  Tony Sirico.

Sly nie do poznania!

Cop Land
resize icon

Stallone bardzo poważnie potraktował przygotowania do roli w tym filmie. Zwykle oznacza to dla aktora długie godziny spędzone na siłowni, ale tym razem było dokładnie odwrotnie. Aby przytyć blisko 20 kilogramów i według słów samego reżysera -  z Mistera Universe stać się po prostu zwykłym śmiertelnikiem -  gwiazdor zdecydował się na stałą dietę, złożoną z ogromnej ilości naleśników, serwowanych w lokalnym przybytku. Utrzymywanie przez niego tej samej wagi, nawet tuż po zakończeniu oficjalnego okresu zdjęciowego, okazało się niezwykle istotne, bo niedługo po ostatecznym montażu szefostwo Miramax zadecydowało o zrealizowaniu dodatkowych ujęć i przemontowaniu całej produkcji.

Pierwotnie planowano bowiem pokazanie “Cop Land” na festiwalu w Cannes w 1997 roku. Pierwsze, wyjątkowo słabe pokazy testowe, wpędziły jednak w popłoch producentów, którzy zadecydowali o dodatkowym okresie zdjęciowym i szybko ogłosili, że obraz Mangolda nie jest gotowy do pokazania go na prestiżowej imprezie, mimo iż został on już wcześniej zakwalifikowany do konkursu głównego. W późniejszych wywiadach Mangold przyznał, że Harvey i Bob Weinsteinowie dopuszczali się w tym czasie przedziwnych praktyk, łącznie z pokazywaniem wczesnej wersji filmu krytykom, którzy następnie wspominali, że z pewnością będą dla filmu łagodniejsi, jeśli tylko w produkcji zostaną dokonane konkretne zmiany.

Wycofanie z Cannes mogło zaszkodzić filmowi, który już w trakcie premiery w połowie sierpnia 1997 roku mocno spolaryzował widownię. Ta część, mająca świeżo w pamięci serię komercyjnych hitów z Sylvestrem Stallone w roli głównej, chłodno przyjęła perspektywę oglądania gwiazdora w zupełnie innym, dużo wolniejszym narracyjnie dramacie policyjnym. Z kolei amatorów ambitniejszego kina nie przekonała postać Stallone’a, kojarzona właśnie z generycznymi widowiskami akcji. Tych mogły przekonać, tradycyjne dla dzisiejszych czasów, pofestiwalowe doniesienia medialne, szerokim echem niosące wieść o bardzo nietypowej i świetnej roli odtwórcy kojarzonego dotąd z dość standardowymi widowiskami rozrywkowymi, jak to w ostatnim czasie miało miejsce choćby po weneckim pokazie “Smashing Machine” Benny’ego Safdie z Dwaynem Johnsonem w roli głównej.

W ostateczności film przyniósł w box office ponad 60 milionów dolarów, ponad cztery razy więcej niż kwota budżetu, ale wielu było nim rozczarowanych. Biorąc pod uwagę doskonałą obsadę, niezwykle interesującą fabułę, jak również nietypową i jakże sugestywną rolę Sylvestra Stallone, a w końcu całkiem ciepłe przyjęcie krytyków, zarówno producenci, jak i członkowie obsady oczekiwali bowiem dużo większego efektu. Podobnie myślał sam Sly, który po latach wspominał pracę na planie dzieła Mangolda jako jeden z najlepszych okresów w swojej karierze, która jednocześnie nie przyniosła przełomu w jego karierze, o którym od początku myślał. W późniejszych latach aktor ponownie popadł w przeciętność, do łask powracając znów na fali nostalgii za wcześniejszymi tytułami. Najpierw za sprawą “Rocky’ego Balboi” z 2006 roku, a następnie “Johna Rambo” dwa lata później.

Źródło: własne
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper