Losowość rządzi... Czy tego chcesz czy nie - Recenzja Lost in Random
[Wpis archiwalny pierwotnie opublikowany przed premierą Lost in Random: Ethernal Die]
Moja historia z Lost in Random jest dla mnie dość specyficzna, bo osobiście mam masę zaległości we wszystkich gatunkach mediów. Zazwyczaj wiem, w co chcę zagrać, co obejrzeć czy przeczytać. Ale czasem, z nudów, przeglądam sobie sklepy (jak pewnie wiele innych osób). I tak trafiłem na Steamie na grę z ciekawym designem i jeszcze dziwniejszym światem, która dosłownie od razu urzekła mnie swoją “pokracznością” i trafiła na listę życzeń. A parę tygodni później wyhaczyłem ją na promocji za nieco ponad dwie dychy w PS Store. Wspominam o tym ostatnim, bo staram się nie kupować – a raczej nie „wypożyczać” – wirtualnych śmieci. A bądźmy szczerzy – tsunami chłamu tylko rośnie w siłę. A czy ten strzał był jednym z dobrych? Tu się tego dowiesz.

Akcja skupia się na Even oraz Dicey’m i ma miejsce w fikcyjnej krainie Random, gdzie wszystko zależy od rzutu Czarną Kością. Dosłownie wszystko – począwszy od twojej przyszłości, a na nastroju innych skończywszy. Co więcej, każde dziecko w wieku dwunastu lat rzuca ową kością, która zadecyduje o tym, do którego miasta krainy się przeniesie – a tych jest sześć, jak ścianek kości. Ale do nich jeszcze sobie wrócimy.
Skupmy się na początek na Even – jest to siostra Odd, która rzuciła właśnie ową kością i została wbrew swojej woli zabrana do innego miasta. Poza tym jest „Jednotką” (ang. Oner) – czyli mieszkanką pierwszej krainy. W końcu po prostu wyrusza na poszukiwania swojej siostry.
Po drodze trafia na Dicey’ego, który jest przedstawicielem niemalże wymarłego i zapomnianego gatunku – żywych kości. Pamiętają je tylko nieliczni, a odegrały one bardzo ważną rolę w przeszłości świata Random. I jak to z bohaterami zwykle bywa – praktycznie je wybito. Sam Dicey… to może nie do końca „słodka czy urocza postać”, to za mocne słowo, ale na pewno zabawna i ciekawa. Choć nie potrafi mówić, a tylko wydaje różne odgłosy. Co ciekawe, gracz wciela się w obie postacie – jako Mistrzyni Kości (Even) i jako jej kostka/narzędzie – Dicey. Chyba starczy tych spoilerów.

Ale ten “pokraczny”, baśniowy świat to nie tylko Even, Dicey czy Zła Królowa będąca antagonistką. To też bardzo pomysłowe, dziwaczne postacie – jak chociażby trójoki potwór o imieniu Seemore czy sprzątacz w szóstym miasteczku. Ten pierwszy, jak wspomniałem wcześniej, ma troje oczu (co widać na zrzucie ekranu) i płaskie ciało. Podczas gdy ten drugi… sprząta szóste miasteczko, że tak powiem... swoją brodą. Tak, dobrze czytasz – brodą. I to nie tak, że jak glonojad jeździ twarzą po podłodze czy ziemi – nie, to o wiele lepiej przemyślane. Starzec ma specjalny patyk, na którym ma zawieszony koniec swojej brody, i to robi mu za mopa. Heh. Ja jak pierwszy raz to zobaczyłem, to wybuchnąłem śmiechem. Bo ten świat jest tak przerysowany i karykaturalny, że w swojej mrocznej otoczce nieraz dosłownie bawi.
Krainy natomiast są zróżnicowane pod względem obyczajów czy specyficznych nawyków mieszkańców. Dobrym przykładem tego będzie Jednotnia (ang. Onecroft) czy Dwumiasto (ang. Two-Town). To pierwsze to jedno wielkie śmietnisko, a ludzie (i nie tylko) są tam najbardziej “zużyci” i smutni. W drugiej krainie każdy ma dwie osobowości. Jedni dosłownie są “złączeni” z drugą postacią, a inni mają rozdwojenie jaźni. Co więcej, wszyscy w Randomie opierają swoją przyszłość i wszystko inne wokół sześciu liczb znajdujących się na kości. I wszyscy niemalże czczą losowość.
Warto poruszyć też temat oprawy graficznej. Gdybym miał ten styl artystyczny do czegoś porównać, to porównałbym go do stylu rodem z filmów Tima Burtona w połączeniu z jakimiś mrocznymi baśniami, dodając do tego dominujące fiolety. To – w połączeniu ze wspomnianą już (kilkukrotnie) “pokracznością” – nadaje tej grze niepowtarzalny klimat wizualny. Niestety pod względem modeli jest trochę gorzej. Miasteczka nie różnią się od siebie jakoś bardzo. Wręcz przeciwnie – są do siebie w sporym stopniu podobne, co trochę działa na niekorzyść tej gry. Podobnie jest z postaciami – zarówno te poboczne często różnią się jedynie podmianą kolorów, no i może głosem, gdy wejdziemy z nimi w interakcję. Przeciwników natomiast jest sześciu, nie licząc bossów (kto by pomyślał?) i oni w sumie ciągle się powtarzają na zmianę.

Za to LiR wynagradza to graczowi czymś innym – bardzo specyficznym systemem walki łączącym w sobie elementy trzecioosobowej strzelanki, akcji, gier planszowych (jak rzucanie kością), karcianki i odrobiny losowości (a przynajmniej na to ostatnie wygląda). Wspomnianych kart nie jest mało – bo aż sześćdziesiąt cztery, które dzielą się na pięć typów: broń, obrażenia, obrona, oszustwa i pułapki. Zdobywamy je na kilka sposobów, takich jak kupowanie u handlarza, postęp w fabule, kończenie aren czy z zadań pobocznych. W naszej talii możemy posiadać piętnaście kart. Wspomniałem o arenach, bo one też są ciekawym elementem. Działają trochę jak... unikalne gry planszowe z różnymi zasadami i przeszkadzajkami. Są to również wyzwania. Większość nie jest jakoś strasznie skomplikowana, ale zdarzają się takie, które potrafią przysporzyć trochę problemów.
Soundtrack również jest tu dość specyficzny i idealnie wpasowuje się w narrację gry. Utwory są “niejednolite”, mają przeskoki rytmu, wtrącenia innych melodii i inne elementy “deformujące” je – w dobrym znaczeniu tego słowa (jeśli takowe istnieje). Ponadto jest tego całkiem sporo (ponad 40 utworów). Oczywiście w grze jest to poszatkowane, ale warto sobie sprawdzić całość.
Rozgrywka jest trochę powtarzalna przez powracające postacie i mało różnorodne krainy. Ponadto jest dość powolna, co nie każdemu może przypaść do gustu. Mi na przykład brakowało trochę dynamiki, chociaż głównie przy walkach. Problemem nie jest to, że jest mało przeciwników, tylko to, że Even porusza się od nich znacznie wolniej. Podczas wyzwań to szczególnie przeszkadza.

Niestety ta nieszczęsna mapa to chyba największy mankament tej gry i jednocześnie jakiś nieśmieszny żart. Naprawdę jest tak zła, że lepiej, żeby jej w ogóle nie było. Wtedy przynajmniej nie kusiłaby, żeby ją włączać. Jej problem polega na tym, że jest kompletnie nieczytelna. A przynajmniej ja nie potrafiłem jej „czytać” – z czym zwykle problemów nie mam, nawet jeśli mapa jest statycznym obrazkiem, jak w tym przypadku. Tu wskaźnik postaci pokazuje się tylko w kilku miejscach (konkretniej na początku każdej lokacji), a nie na całej mapie, co potrafi zmylić, nawet jak znasz już miasteczko. Jest to szczególnie irytujące, gdy się czegoś szuka.
Ostatnim minusem jest brak języka polskiego. Ja nigdy nie pojmę, dlaczego cholerny rosyjski czy czeski jest, a polskiego nie ma. Nasza społeczność graczy nie jest przecież taka mała. Tak, wiem – wielu powie, że przecież jest angielski, ale to nie lata 90. czy dwutysięczne, żeby tak mówić. Poza tym nie każdy zna angielski (nie bez powodu powstają spolszczenia) i nie chodzi mi o językoznawstwo, tylko o sam fakt braku języka polskiego.
Dobra, skoro już sobie ponarzekałem, to wspomnijmy o tym, że jest jeszcze jedna rzecz, której tej grze nie odmówię – klimat. Choć traci trochę przez wspomniane wyżej mankamenty, to z pewnością jest niepowtarzalny. Można nie lubić karcianek, planszówek i wszystkiego, co łączy w sobie ten gameplay, ale myślę, że klimat to największy atut tej gry i jej „dzika karta”.