Blog użytkownika montana

montana

montana montana 24.12.2013, 13:01
Recenzja Onimusha 3: Demon Siege
732V

Recenzja Onimusha 3: Demon Siege

Paryż. Siedzisz sobie w kawiarni popijając filiżankę ulubionej kawy, rozmyślasz o miłości, czyhającej na ciebie za rogiem, może nawet zamówisz kasztany z żabami. Dzień jak co dzień, jest cudownie. 

Do czasu aż z nieba spadają ci na głowę setki potworów, które przecinają cię na pół przy akompaniamencie „Dies irae” niszcząc w mgnieniu oka budowaną od dziesięcioleci reputację najbardziej romantycznego zakątka świata.

O co chodzi? Potwory Genma przy wieży Eiffla?! Tak, to wciąż Onimusha, a odpowiedź na nurtujące pytania można zawrzeć w dwóch słowach: wehikuł czasu. Potwory nie gęsi i swojego naukowca mają, któremu udało się to, czego nie mogła dokonać ludzka rasa. Stworzył prototyp maszyny, która potrafi przetransportować istoty sprzed ponad 400 lat do czasów współczesnych. Lord Nobunaga jak rasowy przeciwnik nigdy nie ma dość i zgładzony kilka razy znowu wraca kierowany żądzą podbicia świata. Wraca Samonosuke, który po 20 letniej absencji wygląda dalej młodo i świeżo, a który wraz z francuskim policjantem Jacquesem zamienia się miejscami lądując w 2004 roku we francuskiej stolicy. Obaj chłopaki będą mieli wspólny cel – powstrzymać armię Nobunagi i przywrócić równowagę w czasie.

 

Nareszcie! Nie wypada inaczej zacząć rozważań na temat trzeciej części Onimushy od tego właśnie zwrotu. Capcom w końcu policzył, że mamy XXI wiek i umożliwił graczom sterowanie analogiem. Trochę głupia sprawa, że w produkcji z 2004 roku muszę to zaliczać w poczet zalet, ale moja radość nie miała końca. Różnica jest po prostu ogromna. W zasadzie dalej można używać krzyżaka do chodzenia i nawet tego spróbowałem, ale szybko pożałowałem przy okazji zachodząc w głowę jak do tej pory udawało mi się połączyć sterowanie postaci krzyżakiem z przyjemnością czerpaną z gry.

 

 

Do lamusa odchodzi także kolejny przeżytek, czyli prerenderowane tła, którym co prawda nie mogę odmówić uroku w 2 pierwszych częściach serii, ale które to uczciwie trzeba przyznać, że są raczej znakiem czasu poprzedniej generacji. Stworzenie nowego silnika zapewne zajęło Capcomowi sporo czasu, ale opłaciło się, bo końcowy efekt jest więcej niż zadowalający. Tło w końcu żyje pełnym 3D, choć kamera uparcie pozostaje w rękach komputera. W związku z tym czasami przyjdzie nam polegać jedynie na słuchu, który podpowie, że oto z przodu nadciąga przeciwnik gotowy do ataku. Jako, że akcja toczy się w dwóch różnych miejscach i czasach to i miejscówki są bardziej różnorodne i zrobione z większym rozmachem. Pobawimy się nie tylko w zoo, ale odwiedzimy Katedrę Notre Dame czy nawet Wieżę Eiffla.

 

Od początku na pełnych prawach będziemy kierować dwoma postaciami przeskakując między dwoma światami. W roli Jacquesa nie kto inny proszę państwa jak Jean „Leon Zawodowiec” Reno. Jeden z najwybitniejszych francuskich aktorów użyczył (chyba) całego ciała oraz rzecz jasna swojej barwy głosu. Z głosem sprawa jest jednak nieco bardziej zagmatwana, bo słyszymy go tylko na początku po francusku, a żeby za chwilę pojawił się dubler podkładający angielską ścieżkę, który już tyle ikry w sobie nie ma. Co ciekawe samuraj Samanosuke nie wypowiada nawet jednego słowa po japońsku. Wtłamszenie Reno to zabieg obliczony na pewny zysk i przekonanie do gry także zachodnich barbarzyńców w opozycji do japońskiego aktora, który zaklepał sobie spory rynek branży na wschodzie. Ten idealny przepis na sprzedażowy sukces nie do końca jednak wypalił aczkolwiek w czasie gry ani przez moment się tego nie odczuwa. Jean Reno z całą pewnością w grze się odnalazł serwując nam swój najbardziej popularny wizerunek chłodnego i stonowanego, a jednocześnie opiekuńczego faceta. Można powiedzieć, że powtórzył swoją rolę z jajcarskiej komedii „Goście, goście”, gdzie również eksperymentował z czasem.

 

 

Z przyjemnością stwierdzam, że pomysł dwóch głównych bohaterów, którzy dostają dla siebie po niemal tyle samo czasu, zdał egzamin. Obaj władają orężem o nieco innej specyfice, gdzie Jacques dzierży baty i tym podobne bronie wysięgnikowe, a Samanosuke niestrudzenie sieka innych mieczem, ale i krótkimi sztyletami czy zabójczo potężną siekierą. Osobiście wolałem konserwatywną rozwałkę ostrzami niż batami, które choć prezentują podobną siłę rażenia to nie czuć w nich aż takiego pałera. Na początku gra sama wyznacza nam kim w danej chwili sterujemy, a żeby potem nieco to upiększyć dając nam do dyspozycji przechodzenie między XVI-wieczną Japonią i współczesną Francją. Obaj protagoniści będą musieli ze sobą idealnie współgrać np. wymieniając między sobą przydatne przedmioty. W praktyce wygląda to w ten sposób, że kiedy jednym z nich natrafimy na ślepy zaułek typu brak zębatki to wiemy, że czas przełączyć się na drugiego, który dotrze w miejsce, gdzie ta zębatka leży. Nie otworzymy jednak nim wrót, więc przenosimy w czasie zębatkę przy użyciu specjalnego wehikułu, który stoi zawsze obok miejsca zapisu. Wszystko odbywa się raczej intuicyjnie. Wystrzelając się z dostępnych opcji i zaglądając w każde miejsce zdajemy sobie sprawę, że oto nadszedł czas zmiany postaci.

 

Dopakowywanie jednej z 3 broni dostępnej dla każdej z dwóch postaci (czyli w sumie 6) wciąż stanowi trzon rozgrywki. Wysypujące się z wrogów czerwone dusze będą najlepszą zapłatą za wejście naszego oręża na nowy poziom. Żółto-niebiescy poszli po rozum do głowy także z trybem demona, który już można, a nie trzeba włączać po 5 zebranych fioletowych duszach. W czasie kilku sekund stajemy się nietykalni i zadajemy dużo większe obrażenia. Uaktywniamy go wciśnięciem prawej gałki, więc nikt nie ma prawa przypadkowo go roztrwonić. Doczekał się on jeszcze ważniejszej opcji. Otóż, jeżeli mamy nazbieranych tych 5 fioletów i zginiemy to pozwoli on nam automatycznie powstać bez straty cennego czasu, jaki musielibyśmy przeznaczyć na ponowne przechodzenie fragmentu od ostatniego zapisu. Jest to naprawdę świetne rozwiązanie, które warto mieć cały czas w zanadrzu, bo pasek zdrowia zostaje szybko uszczyplany, a w momencie naszej nieuwagi czy po prostu niemocy (w czasie ataku wroga nie możemy wejść do menu i się podleczyć) wydaje się to wręcz zbawieniem. Wrogowie są bezlitośni i nie odpuszczają nawet, kiedy leżymy dając nam dosłownie sekundy na podniesienie się.

 

 

Znacznie uatrakcyjnia rozgrywkę całkowicie nowy element, a mianowicie specjalne kamizelki. Do zdobycia w różny sposób, poukrywane po skrzyniach czy jako nagroda za dobrze wykonaną robotę. Przywdzianie którejś z kolorowych kamizelek spowoduje, że np. będziemy w stanie szybciej wchłaniać dusze poległych czy stojąc w bezruchu nasze zdrowie zacznie się powoli regenerować. Stwarza to szereg interesujących możliwości i pozwala np. na oszczędzenie cennych medykamentów przydatnych w końcowej fazie tytułu, która jak zawsze będzie szalenie wymagająca. Nie przeszkadzało mi nawet, że można nosić w jednym czasie tylko jedną kamizelkę, więc będziemy dosyć częstym gościem w menu. To już standard, do którego powinni przyzwyczaić się fani gatunku, bo przełączamy się tam także między broniami czy wybierzemy klucz do drzwi, bo gra sama za nas tego nie zrobi.

 

 

Przez niemal cały czas przy każdym z bohaterów trzyma się blisko malutka latająca wróżka. Jej rola sprowadza się do otwierania za nas specjalnych skrzynek, do których my nie mamy dostępu, bo są poza naszym zasięgiem. Jak wierny szczeniaczek przynosi nam również każdy znaleziony na polu bitwy przedmiot i jest pewnego rodzaju łącznikiem między dwoma światami wprowadzając do historii nieco komediowego tonu. Ciekawym rozwiązaniem jest tryb treningu dostępny w menu zapisu gry. W praktyce i bez żadnych konsekwencji możemy nauczyć się klawiszologii, a nawet więcej. Za poprawne wykonanie określonej akcji na trzech poziomach trudności zostaniemy nagrodzeni medykamentem do wykorzystania potem w rozgrywce. Co prawda podstawy się nie zmieniły, dalej ciachamy, to specjalny atak magią, a R1 blok, ale doszło kilka interesujących kombinacji ciosów. Nadal wszystko rozchodzi się o wyczucie czasu i perfekcyjny timing, którego wisienką na torcie jest Issen, czyli uderzenie przeciwnika ułamek sekundy przed tym jak on zrobi to samo nam. Ekran wtedy mignie, a przeciwnicy rozłożą się po tym jednym strzale nigdy już nie podnosząc. Jest to bardzo ryzykowne zagranie i jak już wyjdzie to w zasadzie więcej w nim przypadku niż naszej zasługi, ale mimo to sprawia ogrom frajdy i tyle samo dodatkowych orbów za wykonanie popisowego numeru.

 

 

Onimusha to nie jest jednak bezmyślna naparzanka i oprócz wycinki potworów w kilku miejscach trafimy na umysłowe igraszki. Trudno je nazwać inaczej, bo nikt w trakcie ich rozwiązywania nie powinien zapłakać nad stanem swojej inteligencji. Większym wyzwaniem są skrzynie z przesuwanymi mozaikami, za których ułożenie w kilku ruchach otrzymamy kamienie powiększające paski zdrowia czy magii. Nieco ambitniej niż dotychczas twórcy podeszli do tematu opowiadanej historii. Nie jest to spory krok naprzód, dalej rozbija się ona o wytarte schematy i tendencyjne dialogi, ale gołym okiem widać, że postarano się w nich o większy rozmach. W dużo większym stopniu czuć filmowość cut-scenek, których jest więcej i są dłuższe. Nie wypada nie wspomnieć o kapitalnym intrze, które w obu poprzednich częściach było wizytówką serii, ale w Onimusha 3: Demon Siege twórcy przeszli samych siebie. 6 minut napakowanego efektowną akcją filmiku, nad którym pracowała ponad setka osób przez prawie 2 lata. To musi robić wrażenie i rzeczywiście tak jest.

 

Trzecią część Onimushy mającą w zamierzeniu zamknąć samurajską serię, mogę z przekonaniem określić jako część jak na razie najlepszą. Nareszcie seria zerwała z rozwiązaniami charakterystycznymi dla poprzedniej epoki dorzucając od siebie same dobre zmiany i Jeana Reno, który szlachtuje potwory z właściwą sobie gracją, do jakiej przyzwyczaił nas z ekranu monitora.

Tagi: Onimusha 3 Demon Siege recenzja onimusha 3 demon siege recenzje gier ps2

Werdykt
  • + Leon Zawodowiec
  • + upragnione sterowanie analogiem
  • + kamizelki
  • + powalające intro
  • + przemyślany tryb Onimushy
  • - leniwa kamera
9.0
montana
montana Nareszcie seria zerwała z rozwiązaniami charakterystycznymi dla poprzedniej epoki dorzucając od siebie same dobre zmiany i Jeana Reno, który szlachtuje potwory z właściwą sobie gracją, do jakiej przyzwyczaił nas z ekranu monitora.
Oceń notkę
+ +8 -

Go ahead, make my day!
Oceń profil
+ +146 -
montana
Ranking: 18 Poziom: 81
PD: 66828
REPUTACJA: 42106