Serce zabiło szybciej, gdy tylko na jaw wyszły informacje, jakoby Ubisoft przygotowywał prezentację nowego Assasyna. Dokładnie 29 kwietnia bieżącego roku, o godzinie 14:00, BossLogic rozpoczął tworzenie dzieła, które miało nam powiedzieć, gdzie rozegra się nadchodząca odsłona marki. Plotki sugerujące, iż będzie to IX-wieczna Anglia się potwierdziły wraz z namalowaniem drakkaru, czyli wikińskich łodzi, które służyły im do odkrywania nowych lądów (m.in. zasiedlania regionów należących do Sasów), tudzież najeżdżania terenów przeciwników. Po trwającej aż osiem godzin prezentacji nie pozostało nic innego, jak tylko oczekiwać nowych konkretów i zapisów z rozgrywki z Assassin's Creed Valhalla.

Koniec końców, na nowego Assasyna najwierniejsi fani serii musieli czekać prawie 25 miesięcy. Dodatkowy rok dla Ubisoftu miał pomóc deweloperom zaoferować coś nowego, a jednocześnie wyeliminować trapiące na niemalże każdym kroku błędy i nieprzemyślane mechaniki w Assassin's Creed: Odyssey, a także poniekąd w Assassin's Creed: Origins. Z debiutującym już jutro tytułem Ubisoftu spędziłem prawie 40 godzin w jedyne sześć dni i chcę jeszcze więcej, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że twórcy wzięli sobie słowa graczy do serca. Zapraszam do przeczytania mojej recenzji wyżej wspomnianej pozycji!

Historia trzyma w napięciu, nie brakuje plot-twistów

Assassin' Creed Valhalla - Norwegia

Przygodę w Assassin's Creed Valhalla zaczynamy jako młody Eivor, które chce poczuć smak bycia dorosłym wikingiem. Rwie się do walki, picia wysokoprocentowego miodu i innych tego typu wrażeń, których poczuć na własnej skórze jeszcze nie może. W pewnym momencie rodzinna osada głównego bohatera zostaje zaatakowana, a on sam ledwo uchodzi z życiem. Jego dojrzewanie nie jest przedstawione, ale co nieco możemy dowiedzieć się w późniejszych dialogach z ważnymi postaciami (szczególnie z Sigurdem, dla którego protagonista jest przyrodnim bratem). Przejmując kontrolę nad dorosłym Eivorem już na wstępie można było z ogromną łatwością się domyślić, że pierwszym rozdziałem przygody będzie po prostu zemsta - przejedzony schemat, nieprawdaż? Wykonujemy wiele zadań, w których eliminujemy wojów Kjotvego, a także zmniejszamy jego wpływy w tamtejszych okolicach, aby pod koniec rozdziału w zaśnieżonej Norwegii (o której szerzej wypowiem się w dalszej części recenzji) rozliczyć się z nim.

Dopiero po przybyciu do Anglii zaczyna się świetna zabawa, która trzyma w napięciu od początku do końca. Zakładamy osadę i próbujemy zdobyć sojuszników, którzy pomogą nam w zdobyciu całej Anglii, a co za tym idzie, pozwolić Sigurdowi usiąść na tronie w Wessex. Brzmi to dosyć niewykonalnie, ale dzięki wielu intrygom politycznym - czyli przykładowo wyeliminowaniu wrogiego klanu pustoszącego ulice Londynu (w omawianej pozycji nazwanego Lunden), tudzież zabiciu sojusznika podlegającego rządom króla Aelfreda - który de facto jest świetnym antagonistą. To rozwydrzony bachor wyglądający na kogoś, kto w ogóle nie je posiłków - nie da się go polubić. Gdyby nie otaczające go wojska, żądni jego głowy wojownicy zabiliby go jednym paluszkiem - i wstawieniu na jego miejsce kogoś, kto chce współpracować z często nieprzewidywalnymi wikingami. Każdy z regionów IX-wiecznej Anglii może zostać w pewnym sensie przejęty przez Eivora stojącego na czele prężnie rozwijającego się klanu Kruka. Zgodnie z obietnicami, dla każdego oddzielonego na mapie terenu Sasów przygotowano dosyć obszerną historię opowiadającą o innych bohaterach, która najczęściej nie zahacza o wątki z innych regionów. Jest to świetne rozwiązanie, bowiem jeśli komuś przeje się w pewnym momencie rozgrywka w Assassin's Creed Valhalla, będzie mógł ukończyć trwający rozdział (jedna historia trwa od 1,5 do 2,5 godziny), a następnie powrócić do produkcji parę tygodni, a nawet i miesięcy później nie narażając się na niezrozumienie nadchodzących zadań wchodzących w skład kampanii fabularnej.

Assassin's Creed Valhalla może poszczycić się ciekawymi charakterami

Assassin' Creed Valhalla - sala biesiadna

Podczas odysei poznajemy wielu ludzi - tych głównych, jak i pobocznych. Początkowo bałem się, jak obie grupy zostaną potraktowane przez twórców, bowiem każdy, kto grał w poprzednie dwie części marki wie, że pod tym względem nie stały one na zbyt wysokim poziomie. Tutaj jest na szczęście inaczej, ponieważ każdy z bohaterów jest sobą. Ivarr to psychol nie bojący się nowych wyzwań, zmuszający innych do mówienia rzucając mu pod nogi odciętą głowę wroga. Ubbe jest opanowany, chce dowodzić i zrobić wszystko, aby jego kompanom żyło się jak najlepiej, co widać przy każdym wykonywanym przez niego czynie. Pomiędzy synami Ragnara występują w niektórych momentach sprzeczki, ale nie możemy się temu dziwić - są oni swoim przeciwieństwem, więc kiedy Ivarr chce masakrować wrogów, przebijać ich tętnice, aby nasze ekrany zalała krew, Ubbe chce załatwić niemalże wszystko pokojowo. Mimo wszystko, widać w ich oczach braterską miłość i to, że gdyby tylko drugiemu stała się krzywda, ten pierwszy zrobiłby wszystko, aby jego rodzeństwo mogło spokojnie udać się do Valhalli. To tylko dwie postacie historyczne, o których wspomnę w tej recenzji ze względu na to, iż były one promowane przez Ubisoft. Jest ich znacznie więcej (chociażby Odyn mieszający w głowie odbiorcom), ale poznanie ich zostawiam już Wam.

Z kolei charaktery poboczne też mają swoje - można śmiało rzec - przebłyski, ale zdarza się to sporadycznie. Przez prawie 40 godzin obcowania z Valhallą wykonałem naprawdę wiele aktywności pobocznych, a w pamięci utkwiły mi może dwa/trzy zadania, w tym pewien artysta - Oktawian - który rywalizował z pewnym oponentem o rzeźbę oraz dzieci, które okradły mnie ze srebra - ich smutna historia chwyciła mnie za serce, więc pieniądze im zostawiłem. I w sumie to byłoby na tyle, choć trzeba jasno sobie powiedzieć, że nie mamy tutaj do czynienia z typowymi misjami pobocznymi rodem z generatora, co może mocno zdziwić wiele osób nielubiących produkcji Ubisoftu. Zamiast nich dostaliśmy rozwinięte wątki opcjonalne, w których główną rolę odgrywają postacie fabularne, dlatego też o NPC-ach nie ma sensu w ogóle wspominać.

Ukryci? A kim oni są?

Assassin' Creed Valhalla - Basim

W przerwie od zachęcania mieszkańców Anglii do poglądów wikingów próbujemy uczynić z Eivora zakapturzonego zabójcę. Już w Norwegii otrzymujemy ukryte ostrze i dostęp do punktów synchronizacyjnych, ale każdy z fanów serii zauważy, że coś tutaj nie gra. Protagonista nie ma pojęcia o Ukrytych, z którymi spędza - chcąc nie chcąc - sporo czasu. Basim i Hytham, bowiem tak nazywają się zakapturzeni zabójcy, mają do wykonania bardzo wymagającą misję, której zakończenie zwali Was z nóg. Ten pierwszy sprawia wrażenie "ojca" Hythama, czyli ucznia próbującego dowieść swojej wartości. Eivor widząc tak niebezpieczne narzędzie, od razu zakłada je na swoje przedramię - robi to dosyć nieudolnie, bowiem przymocowuje je na zewnętrznej, a nie wewnętrznej stronie (w celu pochwalenia się), co zauważa młodszy członek Zakonu, który początkowo nie ufa głównemu charakterowi. Na jego szczęście, jest on uspokajany przez swojego mentora, który za każdym razem przypomina mu, po co tutaj tak naprawdę przyszli. Samo ukryte ostrze nie sprawiło, że główny bohater stał się Ukrytym, co pokazują twórcy podczas wykonywania skoków wiary, które wiking wykonuje niepoprawnie.

Gdy już Basim będzie zajmował się swoją misją, Hytham przedstawi nam Zakon Starożytnych, którym w wolnym czasie możemy się zajmować (podobnie jak w Odyssey, niektórych jego członków zabijemy podczas poznawania fabuły), aby dotrzeć do dowódców, a następnie Wielkiego Mistrza zarządzającego mroczną organizacją władającą Anglią. W tym miejscu mamy typową zrzynę z poprzednika, choć odniosłem wrażenie, że więcej razy jesteśmy zaskakiwani tym, kto jest wysoko położony w hierarchii (są to najczęściej znane postacie), co jest ogromnym plusem i uderzeniem w twarz wymierzonym w stronę Czcicieli Kosmosa, którym rządzili generyczni NPC-e. Dodatkowo, w recenzowanym Assassin's Creed Valhalla powrócili najemnicy. Gdy tylko zauważyłem ich w odpowiedniej zakładce, przestraszyłem się, bowiem każdy z nas wie, jak bardzo potrafili zirytować i popsuć zabawę odbiorcom w najmniej odpowiednich momentach w Odyssey. Na szczęście, znacząco ich przebudowano - Zeloci, bo tak ich nazwano, nie podążają za nami jak owieczki szukające swojego pasterza, a także nie pojawiają się na polu bitwy, na którym obecnie się znajdujemy, a konfrontować z nimi musimy się tylko wtedy, gdy chcemy poznać wszystkich członków Zakonu. Dzięki Ci Ubisoft.

Osada zdaje egzamin

Assassin' Creed Valhalla - Skok wiary

Powróćmy jeszcze na chwilę do osady, czyli domu klanu Kruka. Ubisoft zaoferował sześć poziomów rozgłosu wioski, a im jest wyższy, tym częściej będą ją odwiedzać inni bohaterowie, z którymi możemy zamienić parę słów i dowiedzieć się czegoś ciekawego np. na temat saskich dowódców. Wskaźnik odpowiadający za rozwinięcie zapełnia się wtedy, gdy będziemy wznosić budynki - mamy tutaj do czynienia z Siedzibą Ukrytych (kontynuowanie wątku z Zakonem Starożytnych), kuźnią, w której rozwiniemy swoje wyposażenie (warto zaznaczyć, że dzięki zbieraniu surowców i ulepszaniu swojego toporka, grę możemy ukończyć korzystając z jednej i tej samej broni, co nie zmusza nas do siedzenia i uporządkowywania ekwipunku), koszarami (korzystanie z usług innych wikingów), stocznią (modernizacja swojego drakkara), placówką handlową (kupowanie nowego wyposażenia i sprzedawanie pierdółek znalezionych podczas eksploracji), chatą rybaka (umożliwianie łowienia ryb i ich odsprzedawania), chatą łowiecką (odsprzedawanie trofeów z legendarnych zwierząt rozsianych po całej mapie), warsztatem tatuatora (zmienianie wyglądu protagonisty), muzeum (umożliwienie zdobywania rzymskich artefaktów), stajnią i ptaszarnią (zarządzenie swoimi wierzchowcami i ich rozwijanie), a także kartografem (zaznaczanie na naszej mapie ukrytych lokacji). 

Do rozwinięcia prosperującej wioski są potrzebne oczywiście surowce w ogromnej ilości. W tym momencie uśmiechają się do nas najazdy, których jest dosyć sporo na mapie. Wzywamy swój drakkar, a następnie, będąc już blisko celu, rozpoczynamy inwazję. Są one dosyć powtarzalne - zabij kilkudziesięciu Sasów, wyważ drzwi, tudzież rozbij szybę i wejdź przez nią do środka klasztoru, a następnie zainteresuj się łupami. Nie pomaga fakt, że na otworzenie skrzynki trzeba czekać na swoich wojów, którzy często po prostu się nie pojawiają. Musimy wyjść z budynku, zabić kilku Anglików, a dopiero potem ponownie wejść do oddalonej świątyni i wraz z kompanem otworzyć kufer. Takich błędów w recenzowanej grze Assassin's Creed Valhalla jest sporo, ale można je wybaczyć ze względu na rozmiar produkcji. 

Drugi dom Eivora z jednej strony tętni życiem, ale z drugiej niekoniecznie. Po każdym powrocie z danego terenu (ukończeniu rozdziału fabularnego) zauważymy sporo dymków informujących nas, że osadnicy chcą z nami porozmawiać. Czasami dowiemy się, że są niezadowoleni ze swojego miejsca pracy, a w innych przypadkach usłyszymy, iż mąż pewnej kobiety zmarł, gdy ona podbijała z nami nowe ziemie. Rozmowy te nie są obowiązkowe, ale w moim odczuciu warto się nimi zainteresować. 

Wybory nie są już jedynie chwytem marketingowym...

Assassin' Creed Valhalla - Ubbe i Ivarr

Zamykając już bardzo obszerny w recenzji wątek fabularny i jego najważniejsze elementy, muszę wspomnieć o decyzjach, które w Odyssey były jedynie chwytem marketingowym. Scenarzyści odpowiadający za Assassin's Creed Valhalla powinni otrzymać premię nie tylko ze względu na wciągający jak bagno scenariusz, ale również za wybory, które w końcu mają jakieś znaczenie. Niemalże każdy rozdział fabularny możemy zakończyć na parę sposobów, których konsekwencje odczujemy tuż za chwilę lub w dalszej fazie rozgrywki. Spróbujemy zniewolić zabójcę wielu saskich dowódców sprzymierzonych z klanem Kruka? Chwilę później zauważymy obok jego celi kilka zakrwawionych ciał strażników pilnujących więźnia. Zachowamy dla siebie ciężki sekret na temat przeszłości jednego z naszych przyjaciół? Módlmy się, aby ów bohater o tym się nie dowiedział, ponieważ przy pierwszej lepszej okazji wbije nam topór w głowę. Nawet i niektóre rozbudowane romanse mogą zmienić przebieg historii. Takich smaczków jest masa, a pikanterii dodaje fakt, że nie wiemy, które z nich będą rzutować na zakończeniu głównego wątku fabularnego, jak i tych paru pobocznych, trzymających w napięciu tak, jak ten najważniejszy. 

...a pytajniki jakimś cudem zniknęły

Assassin' Creed Valhalla - rynek

Pamiętacie zalane mapy w Origins i Odyssey setką pytajników tuż po wejściu na dane terytorium? W najnowszym tytule Ubisoftu tego nie doświadczycie... wróć, doświadczycie, ale w zmodyfikowanej formie, która skradła moje serce. Teraz zamiast generycznych aktywności typu: "Mój mąż umarł, więc potrzebuję dziesięć kwiatków, aby się ogarnąć, proszę przynieś mi je", mamy do czynienia z bardziej rozbudowanymi zadaniami, w których nie jesteśmy prowadzeni za rączkę. Są one oznaczone trzema promykami. Kolor niebieski to tajemnice - spotkamy tutaj ludzi i wysłuchamy trapiących ich problemów. Wykonałem już dziesiątki takowych misji i chyba przy żadnej z nich nie ziewnąłem. Ubisoft za sprawą Assassin's Creed Valhalla zrobił coś, co jeszcze kilkanaście dni temu uważałem za niemożliwe. Wieśniak ma problem z myszami? Gra nie mówi nam w jaki sposób mamy sobie z nimi poradzić, ponieważ to my musimy dojść do rozwiązania. W tym przypadku wystarczyło jedynie zachęcić koty rozsiane po całej wiosce do podążania za nami, a gdy tylko znajdą się w pobliżu gryzoni, zaatakują je. Bracia kłócą się o to, kto ma otrzymywać więcej pieniędzy za sprzedaż plonów? Przed podjęciem decyzji warto wejść do domów obu Panów, przeczytać leżące na stole notatki, porozmawiać z rodziną, a gdy widzimy, że tutaj nie ma dobrego wyboru, możemy po prostu spalić im silos i sprawić, że znów będą żyć w zgodzie. Tak jak nie chciało mi się wykonywać zadań pobocznych w Odyssey, tak tutaj już w tym momencie chce wrócić do poprzedniego regionu, aby go wyczyścić.

W skład "niebieskich" aktywności wchodzą jeszcze kopce, w których Eivor wspomina czasy z dzieciństwa (coś na wzór haiku z Ghost of Tsushima, dobrze ukryte skarby Brytanii, ołtarze ofiarne (zbieranie danej ilości surowców i dostarczanie ich we wskazane miejsce), pyskówki zwiększające charyzmę, a co za tym idzie, odblokowujące dodatkowe opcje dialogowe w trudnych sytuacjach, legendarne zwierzęta oraz drengrowie (wyszkoleni wojownicy, którzy służyli Ragnarowi), Córy Leriona (najtrudniejsze przeciwniczki do pokonania), głazy, dzięki którym - po odpowiednim ustawieniu - otrzymujemy dodatkowy punkt umiejętności, zagadkowe muchomory wprowadzające w stan halucynacji, a także anomalie animusa, które są największym zaskoczeniem. Na papierze rzeczone zadania brzmią świetnie (śmiem twierdzić, że lepiej niż chociażby gniazda potworów w Wiedźminie 3), ale zapewniam Was, że w praktyce prezentuje się to jeszcze lepiej - fani eksploracji z pewnością wyczyszczą mapę składającą się z 2 regionów w Norwegii i 14 z Anglii. Do tego dochodzi także Asgard i Jotunhaim, mityczne krainy, przy których zwiedzaniu odpada przysłowiowa "kopara". 

Z kolei "bogactwo" to nic innego, jak skrzynki z materiałami służącymi do ulepszania broni, tudzież wyposażeniem oraz uczone księgi pozwalające nabyć nowe zdolności, których użyjemy podczas starć z wrogami. Ich zdobywanie może w pewnym momencie znudzić, gdy już zauważymy, że surowców mamy aż nadto, a skille zapełniły nasze kółko wyboru. A co do broni i zbroi, - tak jak wspomniałem w powyższej części recenzji - nie musimy zmieniać wyposażenia przez całą rozgrywkę, bowiem wystarczy, że będziemy je ulepszać u kowala. Na deser zostawiłem artefakty, które wynagradzają sporą zręczność. 3/4 z nich to latające notatki, które po zebraniu umożliwiają stworzenie nowego tatuażu. Ich zagarnięcie sprawia sporą satysfakcję, ponieważ droga, którą obiera rzeczony papier jest zawsze wymagająca i przypomina stare, dobre czasy, kiedy to głównym elementem rozgrywki było skakanie po dachach.

Trudno tutaj szukać elementów charakteryzujących pierwsze części marki

Assassin' Creed Valhalla - stadnina koni

Recenzowaną produkcję można przejść w ogóle się nie skradając, o ile nie wymaga tego od gracza zadanie. Tak jak wspomniałem w metryczce, którą za chwilę zauważycie (lub już ją widzieliście, jeśli najpierw patrzycie na ocenę, a potem zabieracie się za lekturę), to już nie jest Assassin's Creed, tylko nowa seria zahaczająca tematyką o Ukrytych. Gdyby nie Zakon Starożytnych i wątek Basima pomyślałbym, że gram w zupełnie inny tytuł. Podobnie zresztą sytuacja wyglądała z Mass Effect: Andromeda, które mimo swoich bolączek było bardzo udaną pozycją, ale słabym Mass Effectem. Valhalla to niesamowicie dobra gra, ale według mnie dosyć średni Assassin's Creed, którego ratują dwa wyżej wymienione elementy oraz zabójstwa z ukrytego ostrza, narzędzia, dzięki któremu nawet największego przeciwnika możemy zabić za pomocą jednego uderzenia, o ile tylko naciśniemy LPM w odpowiednim momencie.

Walka jest bardzo prosta i nie wymaga zbyt dużego skupienia, nawet przy walkach z mocarnymi przeciwnikami. Wykonujemy lekkie ataki za pomocą LPM, silne zużywające wytrzymałość (LPM + LShift), a także uderzenie bronią boczną dzięki literce Q - to ona odpowiada przede wszystkim za ogłuszanie. Przy tym musimy pamiętać o wykonywaniu uników, a także używaniu zdolności znacznie ułatwiających bijatykę i voilà - starcie wygrane. Jakąkolwiek trudność sprawiły mi jedynie Córy Leriona, czyli najtrudniejsi oponenci w recenzowanej pozycji, przy których zalecane jest strzelanie z łuku w czułe miejsca przeciwniczek, co wyrządzi im spore szkody. Mimo wszystko, do używania topora ciągnie na każdym kroku, do czego przyczyniają się świetne "finiszery", w których miażdżymy łeb wroga za pomocą dwóch młotów, czy przebijamy ich serce za pomocą włóczni. Boli od patrzenia, ale o to tutaj chodziło - miało być brutalnie i jest! 

Podczas konfrontacji z wrogimi wojskami nie pomaga głupia SI przeciwników. Często zdarza się, że przebiegają oni koło nas nie widząc Eivora. Jeszcze lepsi są łucznicy, którzy często celują we wrogów oddalonych kilkadziesiąt metrów od nich, kiedy to my stoimy tuż przy nich. Natomiast poprawiono zachowanie sojuszników, a dla tych najważniejszych przygotowano nawet specjalne zdolności, których używają na naszych oczach. Trzeba również zaznaczyć, że nie są oni jedynie manekinami na polu bitwy, bowiem w końcu pomagają. Po ich ciosach wymierzonych w nieprzyjaciół widać, jak umieszczony nad głowami Sasów pasek zdrowia diametralnie się zmniejsza. 

Główni bohaterowie w Assassin's Creed Valhalla w końcu nie zachowują się jak drewno

Assassin' Creed Valhalla - ślub

A jak Assassin's Creed Valhalla współpracuje z warstwą techniczną? I dobrze i źle. Na ogromne wyróżnienie na pewno zasługują filmiki przerywnikowe i dopracowane animacje bohaterów, których ruchy musimy śledzić, aby zrozumieć, co dokładnie chcą nam przekazać w niektórych momentach. Czasami, bawiąc się w podstęp, możemy zauważyć, że ktoś puszcza do nas oczko w celu poinformowania nas, iż za moment będzie blefował, gdy ktoś się zezłości, złapie się za głowę, a następnie uderzy w stół łamiąc go. Przede wszystkim zapamiętałem zachowanie Ivarra i Ubbe - ten pierwszy potrafił zbliżyć się do kogoś na milimetry, szeptać mu do ucha, powodując tym samym gęsią skórkę na ciele NPC-a, który wiedział już, co go czeka, jeśli się nie zgodzi na postawione warunki przez syna Ragnara. Z kolei Ubbe myśląc, jak dojść do porozumienia, drapał się po brodzie, zwijał mapy kładąc na stole kolejne, czy również przewracał oczami gdy tylko jego brat podsunął mu idiotyczny pomysł. Postacie w końcu nie są sztywni (nie licząc tych trzeciorzędnych, którzy stoją na baczność), co bardzo cieszy. 

Natomiast wersja na PC lekko kuleje przede wszystkim przez Denuvo, zabezpieczenie, przez które procesor czasami zaczyna cierpieć. Często zdarzała mi się sytuacja, że podczas 3-4 godzinnej sesji pozycja zaczęła się zacinać, a jedyną opcją był restart programu. Z równowagi wyprowadziła mnie również aktualizacja oznaczona numerkiem 1.0.2, przez którą nie chciały wczytać mi się zapisy (pomogło usunięcie folderu związanego z grą w dokumentach i ustawienie opcji graficznych od nowa). Jeśli miałbym ponownie wybierać, na czym chciałbym zagrać w Valhallę, na pewno wybrałbym PS5 lub XSX. Pochwalić muszę natomiast optymalizację, która stoi jeden schodek wyżej od Watch Dogs Legion. W rozdzielczości 1440p (sprzęt: GTX 1080, i5 8600K, 16 GB RAM-u) spokojnie mogłem bawić się na wysokich ustawieniach graficznych ciesząc oko 55-65 klatkami na sekundę, podziwiając przy tym przepiękne tereny, które zauroczyły mnie już od pierwszego przejęcia kontroli nad protagonistą. Spadki do 50 klatek na sekundę występowały jedynie w przepełnionych detalami miastach (York, Jorvik).

Kupić czy odpuścić?

Assassin's Creed Valhalla - jaskinia

Kończąc recenzję i odpowiadając na pytanie: „Czy warto zainteresować się Assassin's Creed Valhalla?” odpowiem jedynie: TAK. To bardzo dobra gra, która dodaje wiele świetnych rozwiązań, przez których brak tak wielu z nas znienawidziło dwie poprzednie części marki. Nasz wierzchowiec potrafi od teraz pływać, jego wytrzymałość jest pokazana w lewym dolnym rogu, a pytajniki oraz generyczne zadania nas opuściły na rzecz przemyślanych, naprawdę interesujących tajemnic, przy których nie jesteśmy prowadzeni za rączkę. Jestem wręcz pewny, że osoby, które rzeczony tytuł Ubisoftu zakupiły w zestawie z Xboksem Series X, a szczególnie Ci kochający eksplorować tętniące życiem otwarte światy, nie będą żałować wydanych pieniędzy.

Chciałbym, aby kolejny Assassin's Creed zadebiutował za dwa lata, bo jak zauważyłem, dodatkowy rok pozwala twórcom odpowiedzialnym za rzeczoną serię stworzyć coś ciekawszego, bardziej dopracowanego, czego dowodem jest Origins na tle Odyssey zrobionej - według mnie - trochę po macoszemu. Mam nadzieję, że Valhalla pokaże Francuzom, że warto wsłuchać się w opinie graczy i zaoferować im rozwiązania, o które tak bardzo się prosili. Zgodnie z obietnicą dostaliśmy interesujące aktywności poboczne, świetny scenariusz przepełniony decyzjami mającymi znaczenie w rozdziałach, bohaterów z krwi i kości, wyposażenie, którego używać możemy od początku do końca rozgrywki, a co najważniejsze - nie doświadczymy tym razem okropnego grindu! Najemnicy zostali przebudowani i już nie irytują, członkowie Zakonu Starożytnych bardziej zaskakują, aniżeli w przypadku Czcicieli Kosmosa, a nowe drzewko umiejętności pozwala jeszcze bardziej odczuć rozwój protagonisty. Gdyby nie błędy z wersją na PC, a także lekko nijakie najazdy, na których najbardziej się zawiodłem (pomimo tak kolorowych promocji tejże funkcji) wystawiłbym produkcji śmiało ocenę 9.5/10. 


Jeśli macie jakiekolwiek pytania nt. elementów, których być może nie poruszyłem w recenzji albo jesteście ciekawi, czy funkcja X jest w grze lub czy mechanikę Y usunięto, śmiało zadawajcie je w sekcji komentarzy. Postaram się na nie odpowiedzieć! Dodatkowo, zachęcam do zerknięcia zrzutów ekranu z recenzowanego tytułu, które zobaczycie poniżej.