Wszystkie podwórka puste, gdzieś tam w tle powiewa na wietrze huśtawka, nie słychać dzieciaków grających w podchody, dwa ognie czy chowanego... Scena niczym po apokalipsie? Tak to wyglądało kilkanaście lat temu, gdy na Polonii 1 prezentowano kolejne odcinki „Kapitana Tsubasy”. Byłem jednym z tych chłopaków, który z nosem przy ekranie małego telewizora ekscytował się kolejnymi fragmentami historii młodego piłkarza walczącego o spełnienie swoich największych marzeń. Teraz po latach miałem okazję spędzić kilka nocy z najnowszą produkcją Bandai Namco i wiecie co? Często z twarzy nie znikał mi uśmiech i nie będę ukrywał, że odczuwałem nostalgię. Recenzowany Captain Tsubasa: Rise of New Champions nie jest idealnym tytułem, jednak pozwala na chwilę powrócić do czasów, gdy największym problemem była niewiadoma: czy Tsubasa strzeli w tym odcinku?

Kapitan Tsubasa dla wszystkich? Nie do końca

Captain Tsubasa Rise of New Champions - recenzja gry - rodzice Tsubasy, początek fabuły

Twórcy Captain Tsubasa: Rise of New Champions mierzyli się z dużym wyzwaniem. Od lat czekaliśmy na pełnoprawną produkcję w tym uniwersum, choć studio jednocześnie wiedziało, że musi przedstawić pozycję szerokiej publice – także młodym wilkom, którzy wychowali się już na magii Messiego i Ronaldo, a o umiejętnościach Tsubasy jeszcze nigdy nie słyszeli. Dla takich właśnie osób powstały aż dwa fabularne tryby, dzięki którym zapewniono rozgrywkę na kilkadziesiąt godzin, by mieć pewność, że każdy gracz (fani oraz nowi wyznawcy serii) odnajdą się w uniwersum. Czy to się udało? Totalnie nie.

W pierwszym (łatwiejszym) trybie fabularnym mamy okazję wcielić się w Tsubasę Ozorę i obserwować jego historię – tutaj nie podejmujemy trudnych decyzji, nie mamy wpływu na opowieść, a po prostu bierzemy udział w wydarzeniach, które zostały już przedstawione w latach świetności animacji. Była to dla mnie prawdziwa kopalnia wzruszeń, przyjemnych chwil i ekscytujących momentów, gdyż w trakcie rozgrywki powrócili wszyscy ulubieńcy – Kojiro, Wakabayashi, Misaki, Misugi, bracia Tachibana, Ishida, Ishizaki czy też nawet Roberto Hongo. Mamy okazję odświeżyć sobie ich historie, obserwujemy rozmowy pomiędzy postaciami, by w ostateczności ustawić skład i stawić się na boisku. Twórcy rekomendują rozpoczęcie rozgrywki w Captain Tsubasa: Rise of New Champions właśnie od tego wariantu rozgrywki, ponieważ na początku otrzymujemy liczne porady, które pozwalają lepiej zrozumieć wydarzenia.

Kapitan Tsubasa? Od fanów dla fanów

Captain Tsubasa Rise of New Champions - recenzja gry - mecz biegnie Kojiro

Recenzowany Captain Tsubasa: Rise of New Champions to jednak typowa produkcja „od fanów dla fanów”: nie otrzymacie tutaj najmniejszego wstępu do wydarzeń, nie dowiecie się kim jest Kojiro Hyuga lub dlaczego Genzo Wakabayashi ma problemy. Jeśli jednak jesteście jednym z sympatyków uniwersum, to będziecie zachwyceni, przypominając sobie te wyjątkowe chwile. Twórcy zdecydowali się opowiedzieć akcję z trzeciego turnieju o puchar szkół średnich, dodatkowo dbając o bardzo ciekawy system stworzony dla największych entuzjastów tego IP. Podczas meczów możemy włączyć znane sceny i zobaczyć, jak Tsubasa przeżywa problemy, pierwszy raz ma okazję pokonać wrogów lub bracia Tachibana wykonują swój ikoniczny ruch. Te wszystkie akcje rozgrywają się automatycznie – musimy przykładowo strzelić odpowiednim zawodnikiem, znaleźć się innym piłkarzem obok obrońcy lub przepuścić jednego z napastników drużyny przeciwnej. Twórcy nie podają sposobu na uzyskanie przytoczonych wstawek, ale możecie mi wierzyć, że każda uruchomi tonę wspomnień – jeśli oczywiście mieliście okazję oglądać je lata temu na Polonii 1. Odblokowane sceny działają na silniku gry, co odrobinę psuję ich odbiór, jednak po zakończeniu meczu możemy włączyć je w specjalnej galerii, gdzie znajdziemy także odblokowane utwory czy też informacje o bohaterach.

Można jedynie ubolewać nad samą realizacją, gdyż deweloperzy postawili na mnóstwo tekstu – akcja pomiędzy meczami przypomina powieść wizualną, a na ekranie pojawiają się kolejne postacie, rozmawiają ze sobą, następnie akcja przeskakuje na kolejnych dyskutantów, co nawet u największych sympatyków serii może wywołać mieszane uczucia. Biorąc pod uwagę, że to właśnie ten tryb powinien zachęcić do kolejnej rozgrywki i nauczyć podstaw – obawiam się, że duża część graczy będzie miała ogromne problemy z przedstawieniem wydarzeń.

Kapitan Tsubasa to przeszłość. Teraz czas na Kapitana Gruchę

Captain Tsubasa Rise of New Champions - recenzja gry - strzał bliźniaków

Znacznie trudniejszy okazuje się drugi fabularny tryb z Captain Tsubasa: Rise of New Champions. W New Hero na początku mamy okazję stworzyć głównego bohatera, który następnie dołącza do jednej ze szkół – nie bez powodu nie możemy wybrać Nankatsu. Tutaj otrzymujemy już większą swobodę w prowadzeniu akcji oraz rozwoju samej postaci – nasz protagonista poznaje nowych przyjaciół, następnie uczy się ruchów, tym samym budując relacje z innymi, co jest ożywione dialogami wypełnionymi licznymi wyborami. Interesująco prezentuje się możliwość ulepszenia swojego zespołu i zdobywania kolejnych piłkarzy – wszystko odbywa się przez system związany z kartami. Nie jest to może i najlepsze rozwiązanie, ale podczas rozgrywki miałem wrażenie, że deweloperzy próbowali w ciekawy sposób ubarwić rozgrywkę, dodając jej taktyczny element.

Nasz gwiazdor posiada pięć statystyk (ofensywa, defensywa, moc, szybkość, technika), a po zakończeniu meczu otrzymujemy punkty. System nagradza również zespół, więc systematycznie nie tylko bohater podnosi swoje umiejętności, ale mamy też okazję dostrzec rozwój poszczególnych piłkarzy. Standardowo, im lepiej radzimy sobie na wirtualnym boisku, tym zgarniamy okazalszą pulę punktów i mamy szansę w kolejnych spotkaniach prezentować się z lepszej strony – twórcy pozwalają graczowi swobodnie decydować i rozwijać postać według własnych upodobań. Pomiędzy meczami wybieramy się na treningi, zajmujemy się opracowaniem taktyk, cały czas mając okazję uczestniczyć w fabularnym wątku, w którym ponownie pojawiają się znani z anime bohaterowie.

Kapitan Tsubasa nie wybacza błędów

Captain Tsubasa Rise of New Champions - recenzja gry - Kojiro

Przed rozpoczęciem rozgrywki obawiałem się jednego: zbyt łatwego poziomu trudności. Na szczęście deweloperzy odrabiają zadanie domowe, ponieważ recenzowany Captain Tsubasa: Rise of New Champions potrafi pozytywnie zaskoczyć wyzwaniami. Już pierwszy tryb (Tsubasa) zdumiewa niektórymi starciami, ale już New Hero nie wybacza błędów, co szczerze mówiąc, właśnie tak powinno wyglądać. Często gry na licencjach są zbyt łatwe, ponieważ deweloperzy chcą zachęcić do uniwersum młodych graczy, ale Tamsoft postawiło na odpowiednie wyzwania.

Ma to oczywiście związek z samą rozgrywką, ponieważ Captain Tsubasa: Rise of New Champions oferuje bardzo zręcznościową, lekką odmianę piłki nożnej. Gra w najmniejszym stopniu nie jest rywalem najnowszej pozycji od Electronic Arts czy Konami – w przypadku Tsubasy wszystko opiera się na pasku Spirit Gauge, który odpowiada za nasze możliwości. To właśnie ten miernik odpowiedzialny jest za zdolności naszych grajków – dzięki sprawnemu zarządzaniu, podczas ataku unikniemy obrońców lub wykonamy efektowny strzał, a w trakcie obrony możemy poczęstować rywala z bara lub wybrać bezpardonowy wślizg. Przemyślane rozplanowywanie tej w zasadzie kondycji jest kluczowe, bo choć piłkarze regenerują swoje siły, to podczas jednej akcji musimy w odpowiedni sposób zarządzać ich możliwościami. Jest to ciekawa i angażująca mechanika, która ubarwia zabawę.

Kapitan Tsubasa stawia na efektowne akcje

Captain Tsubasa Rise of New Champions - recenzja gry - Tsubasa strzela pierwszego gola

Nie bez powodu wspomniałem wcześniej, że Captain Tsubasa: Rise of New Champions nie powinniśmy porównywać do Fify czyPES-a, bo produkcja na licencji legendarnego anime stawia na bardzo efektowne akcje. Tutaj sędzia zazwyczaj zapomina o gwizdku, więc nawet w polu karnym wbijamy w przeciwnika, a strzał niemal ze środka może zakończyć się pokonaniem bramkarza. Samo strzelenie do siatki wiąże się z interesującą mechaniką – golkiper również posiada swój pasek kondycji, który musimy zmniejszyć przez liczne strzały. Postawieniena bardziej widowiskowe próby szybciej obniży jego miernik, a naszym piłkarzom da szansę zdobycia gola. Nie jest to łatwe, ale daje mnóstwo satysfakcji. Na początku obawiałem się, że akcje pozbawione efektownej animacji nie mogą zakończyć się trafieniem do siatki, ale wszystko zależy od sytuacji na boisku i tego w tej produkcji trzeba się nauczyć.

W recenzji muszę jeszcze podkreślić, że w Captain Tsubasa: Rise of New Champions nie możemy liczyć na pełną płynność, którą dobrze znamy przykładowo z Fify. Piłkarze gubią się w akcji, potrafią dosłownie kręcić się w kółko, czasami źle reagują podczas próby odebrania piłki, a bywają sytuacje, gdy dwóch graczy przebiega obok czterech obrońców i nikt nie interesuje się wyrzuconą na dobieg piłką. Na boisku można dostrzec kilka takich dziwnych sytuacji, które wpływają na doświadczenie, w dodatku nie brakuje sytuacji, podczas których najbardziej efektowna akcja nie zakończy się golem, bo bramkarz potrafi niczym pantera doskoczyć przez połowę pola karnego i zniszczyć misterny plan strzelenia do pustej bramki.

Kapitan Tsubasa podbija sieć

Captain Tsubasa Rise of New Champions - recenzja gry - bracia Masao i Kazuo Tachibana

Trochę ponarzekałem na Captain Tsubasa: Rise of New Champions, bo zdaję sobie sprawę, że wielu graczy dostrzeże te błędy, które faktycznie wpływają na doświadczenie. A ja? Z gwiazdkami w oczach cieszyłem się każdym fragmentem historii, by później rozwijać swojego bohatera. Tytuł wygląda niczym kultowa animacja, a wszelkie dzikie i widowiskowe strzały przypominają lata dzieciństwa. To wszystko wygląda świetnie podczas zbliżeń, ale muszę dodać, że sama gra w trakcie biegania po arenie nie jest specjalnie urodziwa – na szczęście japoński komentarz wynagradza wiele. W Tsubasę po prostu przyjemnie się gra i jest to świetna propozycja na spotkania ze znajomymi lub chwilę relaksu czyoddechu.

Istotnym wątkiem w takich produkcjach jest regrywalność. Episode Tsubasa (pierwsza fabuła) skończycie w około 5 godzin i jeśli pamiętacie anime to doskonale wiecie, z kim spotkacie się w wielkim finale. Znacznie dłuższy jest Episode New Hero (druga fabuła), której wydarzenia poznacie po około 12 godzinach – tutaj akcja kończy się już na pucharze Mistrzostw Świata, więc będziecie mieć jeszcze okazję zawalczyć na arenie międzynarodowej. Twórcy dodatkowo przygotowali tryb szybkiej rozgrywki (z SI lub znajomym) oraz pozwalają stworzyć własną ligę lub turniej. W dodatku Captain Tsubasa: Rise of New Champions oferuje także prosty tryb sieciowym, w którym również zarządzamy swoim zespołem (wybieramy nawet koszulki i tworzymy herb), a zdobyte punkty pozwalają awansować do lepszych dywizji. Aktualnie bez najmniejszego problemu znajdziecie chętnych do gry, ale jak będzie za kilka miesięcy? Mam nadzieję, że zespół Tamsoft ma pomysł na rozwój produkcji, bo chętnie będę do niej wracał.

Czy warto zainteresować się Captain Tsubasa: Rise of New Champions? Jeśli jesteście fanami Tsubasy...

Captain Tsubasa Rise of New Champions - recenzja gry - Ishizaki zbiega piłkę na twarz

Jeśli lata temu po zakończonym odcinku Tsubasy wybiegaliście na dwór i do zachodu słońca próbowaliście nauczyć się kolejnych strzałów – będziecie zachwyceni. Jeśli w trakcie obrony skakaliście od słupków – będziecie zachwyceni. Jeśli ćwiczyliście odbijanie od nóg znajomego, by następnie doskoczyć do wyrzuconej w powietrze piłki – będziecie zachwyceni. To właśnie dla Was został przygotowany Captain Tsubasa: Rise of New Champions, gdyż gra jest jednym z najlepszych przykładów produkcji stworzonej dla oddanych fanów IP. Reszta? Może sprawdzić, ale oni będą znacznie bardziej cierpieć, widząc niektóre niedoróbki lub odbiją się od przegadanej fabuły. Ja jednak należę do tych, którzy na taki tytuł czekali od dzieciństwa.

PS Jeśli nie należycie do największych fanów Tsubasy – odejmijcie od ostatecznej oceny „oczko”.