Wydane w marcu zeszłego roku Outward było jedną z tych gier, które dotknięte zostały czymś, co osobiście nazywam "syndromem Gothica". A mianowicie była to naprawdę udana od strony rozgrywki produkcja, która szalenie ucierpiała z powodu braku technicznych umiejętności twórców i ich ograniczonego budżetu. Teraz po prawie półtora roku nieobecności, miałem okazję powrócić do bezlitosnego świata Aurai dzięki Outward: Soroborczycy.

Outward: Soroborczycy - Akademia dyscypliny

Tytułowymi bohaterami recenzowanego tu pierwszego dużego dodatku do Outward są tak zwani Soroborczycy, czyli mieszkańcy krainy przepełnionej magią, gdzie władzę sprawuje tajemnicza Akademia i jej mistrzowie. Niestety zanim jednak będziemy mogli wyruszyć w podróż do nowego regionu zaserwowanego nam przez twórców, musimy najpierw rozpocząć grę od nowa (lub jak ją ukończyliśmy w wariancie "plus") i po raz kolejny męczyć się ze zbieraniem srebra na spłacenie długu krwi.

Jakby tego było mało, gracze o słabszej woli zostaną dodatkowo zniechęceni kwotą 200 srebrników i 2 porcji żywnościowych, jakie musimy wyłożyć na podróż z karawaną. Niby nie jest to dużo i spełnienie tych formalności zajmie Wam z godzinkę, ale można było jednak tego uniknąć i pozwolić nam na szybsze wkroczenie do nowej krainy. Ale no co poradzić, w końcu Outward znane jest z tego, że pokazuje graczom gdzie jest ich miejsce.

Outward: Soroborczycy recenzja - lokacje

Wracając jednak do fabuły Outward: Soroborczycy, gdy już znajdziemy się w Akademii Soroborczyków, możemy do niej oczywiście dołączyć, co jednak nie będzie w naszym przypadku aż takie proste. Dlaczego? Przeklęty dług krwi ciągnie się za nami aż tutaj, więc musimy udowodnić, że jesteśmy godni zaufania, a co za tym idzie musi nas polecić jeden z trzech dziekanów Akademii. Osobiście wybrałem chyba najprostszą ścieżkę u dziekana Wiedzy tajemnej, co pozwoliło mi na zostanie członkiem w dosłownie 5 minut. Składając deklarację członkowską jesteśmy od razu informowani o bardzo restrykcyjnych zasadach jakie tu panują i obowiązującej nas dyscyplinie. 

Coś jest tu chyba nie tak...

Początkowo wchodząc do Harmattanu (głównego miasta w Starożytnym Płaskowyżu) nie zwracałem uwagi na istotne detale otoczenia jakie prezentuje magiczna osada. Jednak gdy lokalni mieszkańcy zaczęli mi opowiadać o historii stojącej za ich regionem zrozumiałem, że znalazłem się w miejscu, w którym normalnie chyba nie chciałbym się znaleźć. Elity w Outward: Soroborczycy siedzą w swoich domostwach i zachwycają się swoją potęgą, zaś na ulicach panuje swego rodzaju postrach i kultura strachu.

Biedacy siedzą pod melinami bez słowa, co rusz widzimy uzbrojonych po zęby strażników, a w centrum miasta obok rynku stoi szubienica z pewnym delikwentem, który wisi tam chyba jako ostrzeżenie dla niezdyscyplinowanych osób. Czy zatem panuje to jakiś dyktator, zamordystyczny reżim, albo sekta potężnych psycholi? Tego będziecie musieli dowiedzieć się już sami, ale warto przy tym pamiętać, że każda z poprzednich frakcji w Outward reprezentowała pewien socjologiczny schemat myślenia, który ma zarówno swoje wielkie wady jak i zalety. 

Outward: Soroborczycy recenzja - miasto

Nine Dots Studio wszem i wobec chwaliło się, że Outward: Soroborczycy dodaje aż 25% nowej zawartości względem oryginału i szczerze mówiąc, nie jest to pic na wodę. Nowy region jest rzeczywiście wielki, mnogość świeżych mechanik również potrafi zaskoczyć, zaś tony nowych przedmiotów otwierają masę możliwości. Coś dla siebie znajdą tu przede wszystkim magowie i alchemicy, ale cała Akademia oferuje specjalizację w aż 5 dziedzinach, więc nie macie się co obawiać, jeśli preferujecie na przykład walkę w zwarciu.

Magia dla wytrwałych

Z racji tego, że całość jest skupiona tutaj wokół magicznych przedmiotów będziecie mogli sporo poeksperymentować z nasycaniem broni różnymi efektami, z przygotowywaniem potężnych kryształów wzmacniających wasze czary, a także z tworzeniem różnego rodzaju mikstur przydatnych w walce i przetrwaniu w dziczy. Deweloperzy Outward: Soroborczycy postanowili docenić także powracających do gry starych wyjadaczy, którym niestraszne były już nawet najpotężniejsze stwory z podstawki. Tutaj moi drodzy dostaniecie taki wycisk, że zrewidujecie swoje poglądy o byciu "kozakami". Dość powiedzieć, że przeciwko nam jest tu absolutnie wszystko - od przeraźliwie zimnej pogody, przez grupki bandytów koczujących we wszystkich ruinach dawnego świata, aż po dzikie bestie mające nas na jeden cios. 

I tutaj naprawdę nie przesadzam. O ile w podstawce nawet na początku można było na spokojnie walczyć z 2-3 przeciwnikami na raz, jeśli było się oczywiście dostatecznie ostrożnym, tak tutaj "fiknięcie" dwóm golemom z krótkimi szpadami kończy się srogim łomotem. Polecam zatem podchodzenie do każdego starcia z odpowiednią rozwagą, szacunkiem dla rywala i przemyślaną taktyką - inaczej będziecie dostawać regularne lanie.

Outward: Soroborczycy recenzja - walka

Niestety nie ma jednak róży bez kolców i pomimo bardzo pozytywnego wrażenia jakie zrobiło na mnie to, co przygotowali tu deweloperzy, jestem również bardzo zawiedziony ich postawą. Dlaczego? Raczej żadną tajemnicą poliszynela nie jest fakt, że Outward: Soroborczycy jest graficznie zacofane o dobre 5-7 lat i momentami przypomina raczej średniego RPG-a z PlayStation 3, aniżeli tytuł wydany w 2019 roku. Po tych 15 miesiącach liczyłem na to, że coś w tej kwestii się poprawi - dojdą lepsze tekstury, wejdzie zaawansowana optymalizacja, czy chociażby poprawki dla licznych błędów jakie napotkałem recenzując podstawkę.

Z przykrością stwierdzam, że świat wciąż jest tu pusty jak ulice podczas pandemii koronawirusa, płynność siada nawet przy prostych czynnościach, a problemy znane mi sprzed roku, wciąż są obecne i nikt nie pokwapił się by je naprawić - no bo serio, ile czasu może zająć dodanie detekcji kolizji do miejskich dekoracji? Jeśli zatem takie wady nie odstraszyły Cię od podstawowej wersji Outward, spędzisz z Soroborczykami wiele pełnych emocji godzin i na bank będziesz zachwycony. W każdym innym przypadku odbijesz się od gry ponownie.