Przy Enter the Gungeon spędziłem wiele przyjemnych nocy, a produkcja ma szczególne miejsce na mojej liście najmocniejszych dungeon crawlerów, ponieważ oferuje dobrą fuzję wyzwań z przyjemną rozgrywką. Chętnie wracam do tego tytułu, więc gdy usłyszałem, że Exit the Gungeon zostanie wydany na konsolach i opuści więzienie Apple Arcade (tytuł był pierwotnie dostępny tylko na platformie Apple), od razu wskoczyłem do eShopu i po kilku minutach rozpocząłem rozgrywkę. Bez czytania, oglądania materiałów i jakiegokolwiek przygotowania. Z perspektywy czasu wiem, że był to duży błąd.

Exit the Gungeon recenzja 1

Exit the Gungeon to zupełnie nowa koncepcja

Exit the Gungeon nie podąża wyznaczoną drogą swojego starszego i jak się okazuje bardziej rozbudowanego brata. Produkcja nie jest platformówką 2D, w której nie podążamy już po kolejnych pokojach walcząc z napotkanymi przeciwnikami, a zamiast tego mierzymy się z losowo generowanymi kreaturami, którzy pojawiają się na bardzo małej przestrzeni. Niemal cała rozgrywka opiera się na jednym schemacie walki w windzie, którą próbujemy wydostać głównego bohatera z tego koszmaru. Problem polega jednak na tym, że cały czas w lokacji pojawiają się wrogowie, których musimy eliminować za pomocą... Losowych broni. Deweloperzy postanowili zmienić najmocniejszy punkt poprzedniej przygody i oferują pełną „randomizację”. Teraz zamiast spokojnego dobierania broni i decydowania o kolejnych ruchach, stale w nasze łapy wpada nowa giwera, przy pomocy której musimy miażdżyć kolejnych rywali.

Gra nie oferuje już świetnej ekscytacji ze zdobytej chwilkę wcześniej spluwy, bo zamiast tego musimy się martwić, że za chwilę w naszych łapach pojawi się pistolet, którym lepiej strzelić sobie w głowę niż próbować ubić kilku nacierających z każdej strony przeciwników. Deweloperzy co prawda przygotowali system, według którego im celniej atakujemy, tym mamy po akcji otrzymać lepszy sprzęt, ale z doświadczenia wiem, że nigdy nie możemy mieć pewności, czy położona pod naszymi nogami broń będzie akurat adekwatna do sytuacji. Ta losowość sprawia, że bez problemu ubijemy potężnego bossa, podczas gdy wyłożymy się na zwykłych trzech przeciwnikach, bo niespodziewanie otrzymamy sprzęt strzelający granatami, a ta propozycja nie nada się do wyznaczonego zadania. Może i na papierze wszystko wyglądała dobrze, jednak ten zabieg nie sprawdza się podczas rozgrywki.

Trudno też w zasadzie nie odczuć, że Exit the Gungeon cierpi na brak odpowiedniego rozbudowania - tytuł w wielu miejscach korzysta z niemal wszystkich elementów swojego poprzednika. Wszystkie bronie, przeciwnicy czy też nawet cześć bossów została żywcem wyjęta z Enter the Gungeon, by ewentualnie minimalnie zmienione zostały skórki lub broń została dostosowana do realiów. Jeśli podejdziecie do gry tuż po zapoznaniu się z oryginałem, nie będziecie mogli mówić o dużym powiewie świeżości... Co prawda gameplay został zmieniony, jednak cała reszta to po prostu wykorzystanie wcześniej przygotowanych elementów.

Exit the Gungeon recenzja 2

Exit the Gungeon jest przeładowany chaosem

Podczas rozgrywki w Exit the Gungeon miałem cały czas w głowie jedną myśl: „chaos”. Chociaż twórcy przygotowali różnorodne warianty wind, od czasu do czasu pozwalają odetchnąć w innej scenerii, otrzymujemy możliwość skorzystania ze sklepu, a każdy z bohaterów posiada inny zestaw lokacji, to jednak wszystkie potyczki odbywają się w bardzo małych miejscówkach, w których potrafi pojawić się nawet kilku przeciwników. W ostateczności główny bohater niczym gazela przeskakuje obok nadlatujących pocisków, omija rywali, korzysta z kolejnych broni, a my mamy nadzieję, że otrzymany sprzęt nada się do pokonania kolejnych fal przeciwników. Gameplay jest niezwykle dynamiczny, co jest ogromnym atutem – choć poziom trudności może sprawić, że mniej wprawieni gracze odpuszczą zabawę po kilku próbach.

Odniosłem wrażenie, że Exit the Gungeon jest znacznie trudniejszy od Enter the Gungeon, ale powodem jest jedna sytuacja– gra jest dużo krótsza. Tylko mistrzowie opanowania będą mogli odnaleźć się w rozgrywce od samego początku, dzięki czemu bez problemu ukończą tytuł „za pierwszym razem”, jednak gdy już przyswoicie sobie realia, to napisy końcowe pojawiają się raptem po trzech godzinach. Choć pewnie znajdą się i tacy, którzy ostatniego bossa pokonają po godzinie. Twórcy rozbudowali projekt względem pierwotnych założeń z Apple Arcade, ale nie możecie tutaj liczyć na 10 godzinną zabawę przeładowaną akcją.

Mimo wszystko na pewno muszę dodać, że deweloperom udało się dobrze przenieść rozgrywkę na ekran konsoli – lewy Joy-Con odpowiada za poruszanie bohatera, prawy za celowanie, a dopracowany gameplay pozwala w spokoju operować postacią, unikać ataków za pomocą rollowania, jednocześnie cały czas napierając. Ponarzekałem na losowość, ale gdy akurat dostałem w łapy potężny laser i mogłem przez chwilę rządzić na rejonie, to rozgrywka dawała mi tonę frajdy. Twórcy gdzieś w tym całym chaosie potrafili przemycić gameplay, który został doceniony przez wielu graczy w „Enter”, więc pomimo wielu zaskakujących decyzji dotyczących projektowania gry – można się tutaj dobrze bawić. Niestety, zdecydowanie za dużo zależy od szczęścia, gdyż jeśli go nie mamy, trzeba „przeczekać” moment i mieć nadzieję, że los będzie za jakiś czas bardziej nam sprzyjał i otrzymamy potężniejszy sprzęt, który idealnie wkomponuje się w wymagający pojedynek.

Exit the Gungeon recenzja 3

Czy warto zainteresować się Exit the Gungeon?

Ja od Exit the Gungeon oczekiwałem czegoś zupełnie innego. Nie interesowałem się tytułem, gdy pojawił się w Apple Arcade, jednak bez jakiejkolwiek wiedzy na temat rozgrywki, sięgnąłem po niego po premierze na Nintendo Switcha. Nie była to najlepsza decyzja, bo „Exit” jest zupełnie innym projektem względem swojego poprzednika – gra jest mniejsza, niezwykle losowa, chociaż całość w wielu momentach potrafi zapewnić satysfakcjonującą zabawę. Twórcy doskonale wiedzą, że skala projektu została zmniejszona, więc produkcja kosztuje zaledwie 35,99 zł. Czy warto już teraz sięgnąć po tytuł? Wyłącznie w momencie, gdy poszukujecie właśnie takiego doświadczenia – zaskakującego, czasami irytującego, ale mimo wszystko gdzieś tam przepełnionego duchem kapitalnego „Enter”.