Gdy dany deweloper wielokrotnie skopie swoje produkcje, dostarczając na rynek wybitnie wręcz złe gnioty, mało kto wierzy w jego kolejne projekty. Sam szczerze przyznam, że od najnowszego dzieła krakowskiego Teyonu nie oczekiwałem absolutnie niczego więcej niż "słabej gierki na licencji". Ku mojemu zaskoczeniu, Terminator: Resistance okazało się być naprawdę bardzo dobrą i przyjemną w odbiorze grą!

Pomocny Nieznajomy

Każdy kto choć raz obejrzał dwie pierwsze części Terminatora, doskonale jest świadom tego, że cała ta historia raczej do super ambitnych nie należy i stawia spory nacisk przede wszystkim na charyzmatycznych bohaterów oraz akcję. Polska produkcja świetnie wpisuje się w tę konwencję, skupiając się w dużej mierze na tytułowym Ruchu Oporu, o jakim w kinowej sadze słyszeliśmy już wielokrotnie.

Wcielamy się tu zatem w szeregowego Jacoba Riversa, jedynego ocalałego żołnierza z rozbitego na Linii frontu dywizjonu Południowego. Bez zbędnych ceregieli już na samym początku rzucani jesteśmy w wir akcji, gdzie korzystając z radiowych wskazówek tajemniczego Nieznajomego, musimy uciec przed goniącymi nas blaszakami - dość szybko trafiamy wtedy na pierwszych ludzi jacy staną się naszymi towarzyszami. Akcja gry dzieje się w 2029 roku, czyli ponad 30 lat po dramatycznym Dniu Sądu, w którym to Skynet postanowił przejąć władzę nad światem i jako samoświadomy system komputerowy, spuścił na USA kilkadziesiąt bomb atomowych. 

Jak już wspomniałem, nasz bohater jest aktywnym członkiem dowodzonego przez Johna Connora, Ruchu Oporu i jego głównym celem jest spotkanie się z niejaką "Baron", przywódczynią drugiej co do wielkości grupy bojowej buntowników. Trzeba przyznać, że pomimo dość drobnej postury jest to kobieta, z którą nie chciałby zadzierać nawet największy twardziel - jej rozkazy są święte, a wszyscy jej podwładni trzęsą portkami gdy muszą przekazać jej złe wieści. Dalej nie będę wam spoilerował niespodzianek jakie przygotował dla nas Teyon, lecz zdradzę tylko, że możecie się tu spodziewać motywu podróży w czasie, fajnych nawiązań do dwóch filmowych oryginałów, a także sporej gamy bohaterów, których naprawdę da się polubić. A, no i nie zapominajcie o "Nieznajomym".

"Przyniesiesz mi pudełko kredy?"

Pewnie powtórzę to stwierdzenie w tej recenzji jakieś milion razy, ale ponownym mega pozytywnym zaskoczeniem jakie przeżyłem przy Terminatorze, jest to jak pisarze z Teyonu byli w stanie fajnie nakreślić sylwetki i charaktery poszczególnych bohaterów. Wasze drogi skrzyżują się między innymi z takimi osobami jak młoda Jennifer, jej braciszek Patrick, staruszek Ryan, czy też pielęgniarka Erin. Zamiast pójść na łatwiznę i zarzucić nas bzdurnymi archetypami, pokuszono się o odrobinę fantazji i dodano każdej z nich ciekawą historię z przeszłości.

Moim ulubieńcem został niezwykle cwany jak na swój wiek Patrick - młodzik nawiązuje z bohaterem "braterską" relację i od czasu do czasu pokazuje pazur. Na przykład jednego dnia przynosi nam jeden nabój jaki znalazł na szabrach, by nieco później sypnąć tekstem "Ej, Jacob przyniesiesz mi z Pasadeny pudełko kredy? Wiesz, ja ci kiedyś przyniosłem nabój więc...". Co prawda nie jest to jakiś mistrzowski poziom, ale do tej akurat konwencji, pasuje to jak ulał. Jeśli miałbym w dosłownie paru słowach podsumować to jakich emocji dostarczyła mi cała fabuła rzekłbym, że poczułem się jak prawdziwy członek Ruchu Oporu, który musi zadbać nie tylko o siebie, ale i o swoich przyjaciół.

Moim zdaniem również wartym pochwały jest to, że deweloperzy wykorzystali niekiedy środowisko do przekazania nam kilku malutkich pobocznych historii, jakie nadały całemu światu odrobinę dodatkowej głębi - gdzieś tam pod mostem znajdziecie trzy mogiły, zobaczycie jakim nieszczęściem była dla kogoś utrata bliskich, czy też jak pewna kobieta doznała ze strachu paranoi. 

Wilk w owczej skórze

Teyon postanowił podejść do tematu dosyć ambitnie i za cel postawił sobie stworzenie strzelaniny z elementami RPG a'la The Outer Worlds czy też Fallout 4. Z początku nie wierzyłem w takie zapewnienia i spodziewałem się, że skończy się to co najwyżej na paru postaciach z dialogami, siecią korytarzy i mizernym rozwojem postaci. Na całe szczęście od bardzo dawna się tak nie pomyliłem! Projektanci zgrabnie wyważyli misje skupione na intensywnej akcji rodem z Call of Duty, z typowo RPG-owymi sekcjami w otwartych lokacjach. 

W takowych czekać na was będzie po kilka ciekawych zadań pobocznych, posterunki Skynetu do zlikwidowania oraz ukryte zakamarki z poukrywanymi skrzyniami z wyposażeniem. Arsenał broni jaką przygotowali dla nas deweloperzy obfituje w kilka zwykłych pukawek pokroju pistolet, strzelba, karabin maszynowy, ale także całkiem sporo broni plazmowych - a te będą wam iście niezbędne do przetrwania, albowiem Terminatorzy są odporni na tradycyjne pociski.

Oczywiście jak na porządnego RPG-a przystało w grę wchodzi także system rozwoju zarówno naszej postaci jak i rzeczonego oręża plazmowego. Jacob zyskuje doświadczenie za każdą istotną czynność jaką wykonuje, dzięki czemu może maksymalnie osiągnąć 28 poziom i polepszać kilka wybranych atrybutów - możemy zwiększyć sobie wytrzymałość, pojemność plecaka, umiejętność skradania, rozbrajanie min, rzemiosło, a także otwieranie zamków i hackowanie.

Szczerze przyznam, że dawno nie widziałem tak dobrze przygotowanej mini-gierki związanej z wykorzystywaniem wytrychów - czynność ta wymaga od nas prawdziwego wyczucia zamka, jest przyjemna i co najważniejsze, nie jest irytująca. Wspomniane hackowanie również zostało fajnie przemyślane, albowiem aby złamać zabezpieczenia Skynetu musimy zabawić się w cybernetyczną wariację "Froggera".

Niespodziewana łamigłówka

Jeśli zaś chodzi o rozwój broni, tutaj Teyon wykazał się niezwykłą pomysłowością i to nawet odrobinę lepszą niż niejedni weterani gatunku w stylu Diablo czy innych Borderlandsów. Zamiast po raz biliardowy dawać nam po prostu większe magazynki, jakieś magiczne kamyczki czy inne cuda na kiju, postanowiono wprowadzić system tak zwanych "czipów". Są to malutkie i wymienne części tworzone przez Skynet dla swoich jednostek, dzięki którym ich spluwy mogą na przykład zadawać więcej obrażeń czy też strzelać szybciej.

Z pozoru nie brzmi to w żaden sposób wyjątkowo, ale tym co sprawia, że ten system taki właśnie jest, staje się jeden banalnie prosty wymóg. Czipy muszą mieć kompatybilne "końcówki" i wspólnie stworzyć zamknięty obieg. Dajmy na to, że chcecie wykorzystać chip dodający 40% obrażeń, więc wsadzacie go na pierwszy z trzech slotów. Dalej marzy wam się szybkostrzelność i lepsza stabilność chłodzenia, więc bierzecie to co wygląda najlepiej i bach... nie działa. Cały haczyk polega właśnie na tym, że układ ich złączy często blokuje stworzenie najlepszej możliwej konfiguracji, więc musimy się chwilę zastanowić, przyjrzeć się co do czego pasuje.

Ale głupie te roboty

Niestety Terminator: Resistance ma też kilka znaczących, choć nierujnujących doświadczenie błędów. Największym z nich jest to, że absolutnie wszyscy przeciwnicy to skończeni kretyni - ale nie tacy zwyczajni, to są najgłupsi z najgłupszych! Wyobraźcie sobie, że staniecie metr przed takim T-800, strzelicie go z pukawki w japę i schowacie się za murkiem znajdującym się jakieś 5 centymetrów od was - niestety ten blaszany geniusz prawdopodobnie was zgubi i pójdzie sobie w siną dal. Jeśli będzie miał dobrze połączone styki to, być może, zrobi ze 2 kroki do przodu i znowu was zauważy. 

Przez to przejście gry nie stanowi praktycznie żadnego wyzwania, a jedyny mój zgon jaki zaliczyłem przez te kilkanaście godzin, spowodowany był bożym dotknięciem podczas wejścia na nierówną kupkę gruzu. Naprawdę. Całości trochę goryczy może dodać jeszcze fakt, że pod sam koniec zabawy, podczas ostatecznego starcia, miałem w zapasie jakieś 120 apteczek. Żadnych poważnych wad ta produkcja raczej nie posiada - jeśli nie przeszkadzają wam od czasu do czasu niewidzialne ściany, czy generyczna mimika twarzy postaci, nawet tego nie zauważycie.

Gdy zobaczyłem opinie recenzentów oraz graczy na temat dzieła krakowskiego Teyonu byłem w niemałym szoku. Średnia 49/100 robi z tej gry jeden z największych crapów tego roku, zaś 88% pozytywnych ocen na Steam stawia tytuł pomiędzy najlepszymi hitami. Dlatego postanowiłem jeszcze dokładniej przejrzeć się grze - do tego stopnia, że udało mi się wbić platynę - a mój werdykt jest następujący.

Terminator: Resistance to zdecydowanie najlepsza pozycja jaką zrobił Teyon i najlepsza gra osadzona w tym kultowym uniwersum. Znajdziecie tu sporo bardzo ciekawych pomysłów na rozgrywkę, różnorodne i rozbudowane misje, świetne sekwencje akcji (choć walki z bossami są "meh"), a przede wszystkim klimat wręcz wylewający się z ekranu! Brać i grać - w końcu Connor sam blaszaków nie pokona, co nie?