Seria Call of Duty od lat kierowane jest do szerokiego grona odbiorców i od lat wydawca nie może narzekać na brak zainteresowania. Oklepanym standardem dla serii jest kilkugodzinna historia, rozbudowany tryb sieciowy oraz dodatek w formie zombiaków – choć często jedni narzekają na tryby, kolejni na długość historii, a niektórzy na wariacje, to mimo to wciąż po serwerach biegają tłumy graczy, którzy chcą więcej, więcej i więcej. Skala projektu oraz problemy w produkcji spowodowały, że ubiegłoroczny shooter nie otrzymał kampanii, ale został rozbudowany o tryb Battle Royale. Decyzja potwierdziła obawy branży – doba trwa 24 godziny dla wszystkich firm na świecie, więc jeśli coś się nie uda, trudno ratować projekt. Ubiegłoroczne Call of Duty nie było złe, ale pokazało, że czasami lepiej zrezygnować z jednego elementu, by dopieścić kolejny.

Najpewniej z tego właśnie powodu tegoroczne Call of Duty: Modern Warfare nie jest promowane przez „Królewski Tryb”, nie znajdziecie w nim szablonowej walki z truposzami, ale zasmakujecie w siedmiogodzinnej kampanii, rozbudowanym trybie sieciowym oraz przystępnych misjach dla kooperacji. Twórcy grają w otwarte karty, mają duże plany na rozwój gry i już od premiery potrafią zaoferować kawał porządnej rozgrywki.

Call of Duty Modern Warfare recenzja 4

Call of Duty: Modern Warfare – fabularny powiew świeżości

Fabuła Call of Duty: Modern Warfare przenosi nas na początku do Werdańska, gdzie mamy okazję uczestniczyć w tajnej misji. Nikt nie może dowiedzieć się o działaniach specjalnego oddziału, który ma zbadać i przejąć broń chemiczną. Nie będzie dużym spoilerem, gdy powiem, że paczka zostaje przejęta przez terrorystów, by następnie rozpoczęła się trwająca siedem godzin i potrafiąca mocno zaskoczyć historia. Wydarzenia skupiają się w głównej mierze na odzyskaniu trującego gazu, ale także na rozbiciu grupy terrorystycznej przewodzonej przez niejakiego Wilka oraz jego bojowników z Al-Katali. Twórcy kapitalnie mieszają prawdziwe wydarzenia z fikcją tworząc swoją wersję wydarzeń i pokazując między innymi atak na obiekty rządowe Stanów Zjednoczonych w Bengazi oraz obrazując sytuację polityczną w Syrii. Choć w zespole Infinity Ward nie znajdziemy już całego oddziału odpowiedzialnego za serię Modern Warfare, to deweloperzy w kilku miejscach uśmiechają się do graczy pokazując znane sceny. Odwołania do rzeczywistości oraz swojej twórczości, a zarazem połączenie tego w nową fabułę sprawiają, że najnowsze Call of Duty oferuje zgrabnie napisaną i dobrze przedstawioną historię, która choć kończy się za szybko, to jednak raczy zadowalającą rozgrywką podczas ogrywania kampanii.

Sukcesem scenarzystów Infinity Ward jest bez wątpienia poruszanie aktualnych tematów. Jeszcze do niedawna żyliśmy atakami terrorystycznymi, w których szaleńcy potrafili wybiec na ulice dużych miast, by następnie realizować swoje chore, przesiąknięte złem i okrucieństwem plany. Teraz również mamy okazję uczestniczyć w tych wydarzeniach, próbując powstrzymać ogromną machinę. Świetna rola przypadła tym razem Kapitanowi Price'owi, który nie tylko jest łącznikiem pomiędzy starym a nowym Modern Warfare, lecz także bohaterem pokazującym, że nowe Call of Duty nie boi się pokazać mocniejszych scen. Podczas przynajmniej trzech scen to właśnie John balansuje na cienkiej linii dobra i zła, by w ostateczności pokazać, że wojna się zmieniła. W cały konflikt są mocno wmieszani Rosjanie, którzy nie mają problemów ze strzelaniem do cywilów, a broń chemiczną wykorzystują, by wybić całe miasto. Twórcy przedstawiają wydarzenia bez owijania w bawełnę, więc nie dziwią mnie problemy z dystrybucją gry w tym kraju. 

Akcję obserwujemy z kilku perspektyw, a każdy bohater odrobinę inaczej przeżywa wydarzenia. Zostało to dobitnie zarysowane pokazując historię Farahy, która już w najmłodszych latach doświadczyła największego okrucieństwa wojny i w zasadzie wciąż żyje konfliktem rozgrywanym na jej rodzinnych ziemiach. Twórcy pokazują jej dzieciństwo chcąc tym samym lepiej zobrazować psychikę kobiety walczącej od dosłownie najmłodszych lat, dlatego niektóre sceny pozostaną w pamięci bardziej wrażliwych graczy na długo. Nikt nie boi się pokazać momentu, gdy terrorysta zabija dzieci, kobiety są wywożone w wiadomym celu na pakach samochodów - często do bólu dokładnie widzimy najstraszniejsze, najbrutalniejsze i makabryczne oblicza wojny. Kampania nie posiada wyraźnie zaakcentowanych misji, ponieważ obraz płynnie przechodzi pomiędzy miejscami, nie widzimy większego podsumowania, ale nawet w tej sytuacji gra oferuje dobrą różnorodność rozgrywki. Kapitalnie sprawdzają się wszystkie zadania, podczas których musimy wykorzystać gogle noktowizyjne – bez nich nie widać dosłownie nic. Eksploracja kolejnych pomieszczeń i nasłuchiwanie skrzypiącej podłogi, by określić położenie przeciwnika, to czysta przyjemność. Twórcy oczywiście nie zapominają o typowych dla serii wybuchach, ale akcja jest dobrze zbalansowana – nie brakuje tutaj odpowiedniej misji dla snajperów, zadań dla biegaczy, infiltracji bazy, podkładania ładunków. Wszystko w dobrym sosie opowieści i z należytą intensywnością, bo choć w kilku miejscach aż trudno było mi złapać oddech, to jednak znaleziono czas na spokojniejsze momenty, które po prostu skłaniają do refleksji. Deweloperzy mimo to w pewnym momencie powiedzieli „dość”. To mój największy zarzut dla całej historii, bo choć na naszych oczach często rozgrywa się prawdziwy dramat, a nawet obserwujemy przerażające sceny, to gracz nie może w nich tak naprawdę uczestniczyć. Infinity Ward w kilku miejscach zachęca do pociągnięcia za spust, ale nie ma mowy o zdecydowanym przekroczeniu granicy. To mocno niewykorzystany potencjał, który mógłby nawet otworzyć zupełnie nowy wątek. W dodatku, pod koniec miałem wrażenie, że zespół nie był do końca pewien, w jaki sposób chce zakończyć wydarzenia – wybór osób odpowiedzialnych za fabułę niestety nie jest zaskakujący.

W grze mamy tak naprawdę trójkę głównych bohaterów, ale główna oś fabuły pozwala nam poznać wyłącznie Farahę. Kyle i Alex nie otrzymali odpowiedniego wprowadzenia i szczerze mówiąc - dałbym wiele za 3 dodatkowe godziny, które pokazałyby nam historię tych postaci. Każdy z nich jest wyraźnie połączony z główną osią fabuły, ale zabrakło tych dodatkowych chwil, by ujawnić szczegóły. 

Call of Duty Modern Warfare recenzja 2

Nie byłem przekonany o słuszności odświeżenia serii Modern Warfare, ale po zobaczeniu napisów końcowych z historii wiem jedno – chcę więcej. To dobrze napisana, efektowna historia, która choć ma swoje wady, to wyróżnia się na tle swoich poprzedników. Twórcy z wyczuciem łączą wydarzenia, pokazują trzy strony konfliktu, by w ostateczności nie pozwolić nam „pociągnąć za spust”, ale nakarmić wszystkie zmysły kilkoma efektownymi scenami. Nie można tutaj oczywiście mówić o rewolucji – to nadal liniowy shooter z serii Call of Duty – ale Infinity Ward wyraźnie zaakcentowało reboot i wrzuciło do gry spory powiew świeżości. Podczas pisania tych słów cały czas się zastanawiam, jak uporządkować wydarzenia pod względem jakości i nowy Modern Warfare zdecydowanie oferuje jedną z najlepszych kampanii w swojej historii. Do złota brakuje naprawdę niewiele. 

Call of Duty: Modern Warfare – sieciowe pojedynki na znanych zasadach

Jeśli fabularny tryb nowego Modern Warfare potrafi zaskoczyć, to już sieciowe mecze to staroszkolne Call of Duty z pewnymi wyraźnymi dodatkami. Bohaterowie wydają się teraz odrobinę bardziej ociężali, niektóre bronie jeszcze przed ulepszeniem są ślamazarne, ale każdy strzał jest wyjątkowo zaakcentowany i odczuwalny. Rozgrywka jest oczywiście dynamiczna – choć mam wrażenie, że w końcu deweloperzy odnaleźli złoty środek pomiędzy intensywnością starć, to różnica w pojedynkach jest dobrze zaakcentowana nie tylko przez akcję. Dużą różnicę oferują teraz tryby, których różnorodność sprawi, że Call of Duty trafi w gust szerszego grona odbiorców.

Twórcy ponownie pozwalają korzystać z dynamicznego ślizgu, ale teraz bez problemu ustawicie giwerę przykładowo na murku i następnie rozpoczniecie ostrzał. Zmieniono także system przeładowania, który jest podobno bardziej realistyczny, ale i tak największą modyfikację dostrzeżecie w momencie, gdy zgasną światła i rozpoczniecie walkę z goglami na głowie. Sprzęt wpływa na trzymanie broni, więc musicie inaczej podchodzić do akcji – jest to naprawdę mocne odświeżenie zmagań. Nie ma mowy o bieganiu po nocy bez noktowizji, ponieważ deweloperzy zadbali, by noc była naprawdę nieprzenikniona i gdy nie mamy obok źródła światła, to jesteśmy dosłownie spisani na wykorzystywanie dodatkowego sprzętu. Sytuacja jest jednak o tyle ciekawa, że zezwolono na ingerowanie w lokację – w niektórych miejscach znajdziecie włączniki światła, które mogą wpłynąć na przeciwników oraz umożliwiają dostrzeżenie oponentów. (aktualnie nocne mapy są wyłączone z mappolu, ale udało mi się je przetestować jeszcze przed premierą).

W grze znajdziecie klasykę pokroju Team Deathmatch, Każdy na Każdego, Dominację, Znajdź i Zniszcz, Zabójstwo potwierdzone, ale jednocześnie przekazano zupełnie nowe warianty, które znacząco odświeżają rozgrywkę. Strzelanina (fatalna nazwa!) to intensywne, szybkie i przeładowane akcją pojedynki dwóch na dwóch, podczas których każdy z zawodników otrzymuje wcześniej wylosowaną broń – wyśmienicie sprawdza się ten wariant, gdy mamy obok siebie ogarniętego gracza, na którym możemy polegać. Czasami wybierzemy szybki atak, innym razem lepiej zaczekać, ale jest to zdecydowanie bardzo dobry wariant dla graczy, którzy mają przysłowiowy kwadrans, a chcą jeszcze ustrzelić kilka fragów. Znacznie bardziej rozbudowaną opcją zmagań jest Wojna Naziemna, która czerpie garściami z serii Battlefield. To wojna na duża skalę (do 64 graczy) i szczerze mówiąc – wypada to bardzo różnie. Na wielkiej mapie nie brakuje pojazdów, całość jest napędzana walką o przejmowanie celów oraz punkty i pewnie znajdą się chętni na taką rozgrywkę. Pewnym problemem okazuje się tutaj samo nauczenie strzelania, bo teraz znacznie częściej możemy dostrzec rywala z oddali, więc musimy wziąć pod uwagę różne zmienne i celowanie w odpowiednie miejsca.

Call of Duty Modern Warfare recenzja 3

Kapitalnie natomiast sprawdza się Cyberatak – w tym wariancie dwa zespoły muszą na początku zebrać bombę, a następnie podłożyć ją w wyznaczonym miejscu. Rozgrywka jest bardziej taktyczna, ponieważ zawodnicy nie mogą liczyć na łatwe odrodzenie – dopiero nasz współtowarzysz broni może nam pomóc wstać. Twórcy oferują intensywne, przesiąknięte taktyką pojedynki, których szczerze brakowało mi w tej serii. To zdecydowanie jeden z najciekawszych trybów – nie bez powodu jest porównywany z CS:GO, ponieważ podczas rozgrywki pojawia się bardzo zbliżone uczucie. Trudno też nie odnieść wrażenia, że ten tryb najlepiej pasuje do realiów aktualnej odsłony Call of Duty i sprawnie wpisuje się w gameplay. Dobre doświadczenie oferuje także tryb zatytułowany wymownie „Realizm”, w którym są wyłączone wszystkie elementy interfejsu – biegasz bez mapy, nie dostajesz komunikatu o zabójstwie, a mapa pojawia się wyłącznie w momencie wykorzystania odpowiedniego killstreaka. To naprawdę zadowalająca zabawa, która pozwala poczuć rywalizację z odrobinę innej strony – nie skupiamy się tak bardzo na ekranie, a bardziej trzeba się przyglądać lokacjom. Należy tutaj też wspomnieć, że Realizm to nie typowy Hardcore, ponieważ w nowym wariancie nasze zdrowie normalnie się regeneruje.

Wspominając o lokacjach na pewno warto podkreślić, że od dnia premiery możemy sprawdzać 21 lokacji. Trzy to warianty nocne, a większość lokacji to typowe „trzy drogi”. Mimo to świetnie sprawdza się zróżnicowanie miejsc – autorzy ponownie wykorzystują tereny odwiedzone w kampanii, której akcja jest rozrzucona w kilku punktach na świecie, więc mamy okazję odwiedzić doki, opuszczoną fabrykę, małe miasteczko, bazę wojskową lub (mój faworyt!) Londyn. Już teraz wiem, że nie wszystkie tereny mi „leżą”, ale nie jest to raczej nic nadzwyczajnego. Tak jak już wspomniałem – sporo frajdy dają zmagania w nocy, ale w tym niezbędne jest przestawienie się na odrobinę nową rozgrywkę.

Nie do końca jestem przekonany do misji Spec Ops, którym aktualnie potrzeba odpowiedniego balansu... Lub ja potrzebuję lepszych drużyn. Sam tryb to typowa kooperacja oparta na mini-hordach, podczas których musimy wykonać powierzone cele, jednocześnie walcząc z kolejnymi falami przeciwników. Problemem jest jednak sam poziom trudności, który (przynajmniej aktualnie) nie wybacza najmniejszych błędów. Przeciwników jest dużo, celują wybornie i mam wrażenie, że twórcy muszą odrobinę popuścić pasa wymagań. Oczywiście sama rozgrywka jest bardzo standardowa – to typowy do bólu wariant zabawy oparty na współpracy... Choć jednocześnie muszę przyznać, że chętniej do niego wrócę niż do ostatnich trybów z zombiakami w roli głównej, które mnie już od pewnego czasu nudziły. Tutaj czuję odpowiednie wyzwanie.