Devil May Cry 5 rozpoczyna się z wielkim przytupem - autorzy nie silą się na dłuższy wstęp, opowiadanie o drzewkach i kwiatkach. Tutaj po kilku pierwszych minutach stajemy do walki z niezwykle potężnym przeciwnikiem, który nie mając specjalnego planu na życie postanowił zniszczyć naszą planetę. Bez podejmowania trudnych decyzji, bez głębszego zanurzania się w odmęty psychologiczne antagonisty – jest mocarny rywal i trzeba mu skopać cztery litery. Krótki prolog jednocześnie zapowiada całe wydarzenia, ponieważ tutaj od początku znamy przeciwnika, a przez następne 10 godzin dążymy do finalnego starcia.

Devil May Cry 5 recenzja 001

Devil May Cry 5 recenzja 002

Bez pitu-pitu. Akcja!

Historia jest mocno przewidywalna, a osoby zaznajomione z serią będą doskonale wiedziały, kto czeka na ostatnim zakręcie. Nie jest to jednak zła wiadomość, ponieważ akcja jest naprawdę dobrze prowadzona – tutaj nie ma czasu na nudę, każdy z 20 rozdziałów jest naszpikowany walką, choć w rezultacie brakuje jednego: dodatkowych pięciu godzin rozgrywki. To i tak jest bardzo dobry czas względem całej serii, ale japońscy magicy przygotowali gameplay, przez który można łyknąć produkcję przy jednym posiedzeniu. Od konsoli nie chce się odchodzić, bo każdy combos oferuje odpowiednią moc – ataki są odczuwalne sprawiając ogromną satysfakcję.

Zapewne nikt nie sięga po Devil May Cry dla fabuły, ale warto zaznaczyć, że scenarzyści oferują w tym wypadku bardzo prostą i przewidywalną opowiastkę, która może (choć nie musi!) zaskoczyć tylko w jednym momencie. Twórcy wielu kwestii nie tłumaczą, a nawet nie dbają o solidne wprowadzenie – co prawda przed rozpoczęciem rozgrywki pojawia się opcja spojrzenia na materiał streszczający fabułę, ale jest to raczej piguła przygotowana dla graczy-znawców serii, którzy w ten sposób odświeżą sobie pamięć. Studio nie traci nawet czasu na dokładne zaprezentowanie bohaterów, bo tak naprawdę nie ma na to czasu (ciągła akcja!), a nawet miałem wrażenie, że dla deweloperów nie miało to głębszego sensu. Capcom celuje w swoich oddanych fanów, ale do końca nie jest to dobre rozwiązanie, ponieważ na ekranie przewijają się postacie, które potrzebują odpowiedniego wprowadzenia – już nawet nie mówię o Dante, Nero (główni bohaterowie), ale Trish oraz Lady zasługują na kilka dodatkowych scen.

Pozytywnie natomiast wypada Nico, o której też zdecydowanie za długo nie wiemy zbyt wiele, ale w jednej scenie dziewczyna puszcza zalotne oczko w stronę gracza-fana i tym samym odkupuje swoje winy – lub raczej winy deweloperów. Kobieta dostarcza sprzęt naszej ekipie, jednak w głównej mierze współpracuje z Nero. Wśród nowych postaci nie da się zapomnieć o V –  trzeci grywalny bohater jest wielką tajemnicą, a jego szczątkowa geneza była dla mnie początkowo irytująca, jednak akurat w tym wypadku konkretne informacje zostają przedstawione w odpowiednim momencie. Świetnie jednocześnie wypada Urizen czyli główny antagonista. Kim jest demoniczny król? Szczerze mówiąc, także i w tym wypadku na początku nie posiadamy oczekiwanej wiedzy, ale informacje napływają z czasem. Atutem postaci jest jego wygląd oraz sama motywacja – to kolejny mocny uśmiech w stronę oddanych wyznawców Devil May Cry.

Devil May Cry 5 recenzja 003

DMC 5 review

Zachowane filary

Twórcy nie uciekają od podwalin serii oferując szereg misji, pomiędzy którymi oglądamy kapitalnie wyglądające przerywniki filmowe. Wyraźnie widać, że autorzy nie zmarnowali lat, korzystają z nowych technologii (RE Engine!), a szczególnie dobrze wypadają zbliżenia na twarz. Przygoda podobnie jak poprzednie części zaskakuje na każdym kroku, ponieważ ciągle stajemy naprzeciwko nowych przeciwników, do których trzeba podejść indywidualnie. Zespół odpowiedzialny za oręż również nie zapomniał o zabawkach, bo w zasadzie nawet na sam koniec Dante zbiera nowy sprzęt – niestety jego pełną moc poznacie dopiero przy maksowaniu produkcji. Standardowo po ukończeniu wydarzeń możemy podejść do tytułu jeszcze raz: w tym wypadku wybierzemy wyższy poziom trudności lub po prostu poprawimy swój wynik w wybranym etapie.

Każda misja oferuje bardzo znane atrakcje – przemierzamy korytarzową lokację, po drodze napotykamy na potwory, a od czasu do czasu musimy znaleźć  przedmiot, który otworzy nam zamknięte przejście. Deweloperzy od początku do końca trzymają nas za łapę. Na szczęście studio nie podążyło drogą konkurencji decydując się wrzucić gracza w kolejny otwarty świat. W grze nie brakuje również pobocznych misji, podczas których teleportujemy się do małego poziomu, gdzie musimy wykazać się kocią zręcznością eliminując napotkanych rywali.

Wszystkie dzikie harce z kolejnymi demonami są podliczane, a na końcu otrzymujemy ocenę, więc standardowo najwięksi fani spędzą godziny na dokładnym masterowaniu lokacji, by ukończyć tytuł z najwyższą notą. Szczerze mówiąc, nie jest to łatwe nawet na wyższym poziomie trudności – niestety, w tytule na start mamy zaledwie dwa wyzwania (dla nowych graczy oraz znawców serii) i na tym drugim nie miałem większego problemu z jakąkolwiek hordą rywali. Tylko dwa razy zdarzyło mi się paść podczas zmagań z bossem –  twórcy wyraźnie spoglądają w stronę mniej doświadczonej publiczności, ponieważ bez problemu wracamy do walki korzystając z czerwonych orbów oraz specjalnego przedmiotu. To znacznie ułatwia starcia, możemy nawet kilkukrotnie wrócić na arenę, gdy przeciwnik ma wciąż ten sam pasek zdrowia… Niestety, Japończycy nie zrezygnowali z mikrotransakcji i potrzebne „kule” do wskrzeszenia kupicie w cyfrowym sklepie za prawdziwą gotówkę. Szkoda.

Devil May Cry 5 recenzja 005

Devil May Cry 5 recenzja 006

Co trzy miecze to nie jeden

Devil May Cry 5 nie jest tak naprawdę historią jednego bohatera. W grze znajdują się trzy grywalne postacie – Dante, Nero oraz V. Tych dwóch pierwszych dobrze znają sympatycy marki, a tego trzeciego… Będziecie chcieli poznać. Japońscy mistrzowie kodu ponownie nie zawiedli i zaprezentowali pasujące do świata charaktery, bo w zasadzie każdy napotkany protagonista został idealnie wkomponowany w realia oraz całe uniwersum.

Podzielenie akcji na misje pozwoliło wykorzystać zmianę herosów – zaczynamy historię w skórze Nero, później mamy okazję sprawdzić V, a dopiero w połowie do akcji wkracza Dante. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale dobrze wyjaśnione fabularnie. Akcja skacze pomiędzy postaciami, a nawet pojawiają się wydarzenia, w których to my możemy zadecydować kim następnie chcemy miażdżyć kolejne poczwary. Decyzja o postawieniu na trzech bohaterów była wyjątkowo celnym strzałem w dziesiątkę, ponieważ Capcom oddaje w nasze łapy nie tylko różnie wyglądających protagonistów, ale oferujących zupełnie inny styl rozgrywki. To właśnie z tego powodu najnowsze Devil May Cry można przejść przy nawet jednym posiedzeniu, bo gra nie nudzi nawet w mikrosekundzie – tutaj systematycznie otrzymujemy inną postać, sprawdzamy kolejne bronie, a jeszcze natrafiamy na świeżutkich i paskudnych rywali.

Nigdy nie sądziłem, że w Devil May Cry pojawi się postać, która dosłownie skradnie moje serce i będę się w nią wcielał chętniej niż w Dantego. Taki właśnie jest tajemniczy V – jego geneza jest mocno związana z głównym wątkiem, a ze względu na rozgrywkę to pełne przeciwieństwo głównego bohatera serii. V nie biega z mieczem za demonami, nie korzysta z ogromnego gnata, a jest kimś w rodzaju maga, który przywołuje na arenę jastrzębia, panterę oraz przerośniętego golema i to oni wykonują czarną robotę. To oczywiście my wydajemy polecenia (ptak i kotek mają swoje przyciski na padzie), ale tak naprawdę V cały czas stoi z boku i dopiero w kluczowym momencie dochodzi do głosu – jego bestie nie mogą zabić demona, więc gdy pasek zdrowia przeciwnika spadnie to nowa postać kończy zabawę za pomocą swojej laski. Wygląda to efektownie i sprawia tonę radości. W zasadzie sam V został szczególnie dobrze przedstawiony, bo nie jest to pewny swego łowca demonów, a raczej zagubione w świecie chucherko, które nie może unieść potężniejszego miecza i w ekstremalnych sytuacjach wyciąga swoją księgę… Za jej pomocą doładowujemy pasek odpowiedzialny za ostateczny atak czyli przywołanie na arenę giganta. 

Nero jest już dobrze znany szerokiej publiczności, ale przez wydarzenia już na samym początku, bohater zostaje ograbiony z jednej ręki. Na szczęście Nico konstruuje dla niego protezę, która pozwala kontynuować fach i eliminować demony. Uzdolniona inżynier nie stworzyła zaledwie jednej łapy, a podczas opowieści otrzymujemy dostęp do kolejnych „rączek”, które posiadają różnorodne zastosowania. Standardowo skorzystamy z linki i niczym Scorpion przywołamy do siebie oblecha, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by dla przykładu z tego sprzętu skorzystać niczym z elektrycznej giwery, wysłać pocisk-laser w kierunku rywali, wysyłać fale uderzeniowe, spowalniać wrogów, korzystać z metalowego bicza lub po prostu wystrzelić broń. Nero może nawet pozbyć się całego arsenału – wszystko zależy od naszego stylu rozgrywki oraz sposobu wykorzystania tego dodatku do miecza i giwery. Nową amunicję uzupełniamy w sklepie-kamperze, a przygotowana mechanika jest prawdziwym ubarwieniem rozgrywki, ponieważ zabawka otwiera ogromne możliwości w kreowaniu kolejnych combosów. Jednocześnie – co będę cały czas powtarzał – ruchy bohatera tak mocno różnią się od dwóch pozostałych.

Devil May Cry 5 recenzja 007

Devil May Cry 5 recenzja 008

Nie mogę oczywiście zapomnieć o szefie. Dante powraca w swoim najlepszym wdzianku, by następnie korzystać z kilku znanych i nowych zabawek – mamy miecz Rebellion, Króla Cerbera, bez problemu śmigamy z Cavalierem lub korzystamy z Barloga, a jednocześnie w drugiej ręce leżą Ebony & Ivory (bliźniacze pistolety), Kojot-A (strzelba), Dr. Faust (zabawny kapelusz) i Kalina Ann II... A to nie wszystkie przyjemności. Twórcy nie męczą nas jakimikolwiek ograniczeniami, ponieważ heros może płynnie w trakcie walki przeskakiwać pomiędzy ośmioma broniami, a zarazem korzysta z czterech stylów atakowania – w tych wszystkich igraszkach pomagają „stylowe akcje”, dzięki którym Dante zamienia się w rewolwerowca (lepiej strzelamy), psotnika (płynniejsze poruszanie), mistrza miecza (walka wręcz) lub gwardzistę (ważniejsza obrona). Wygląda to zdecydowanie lepiej niż brzmi, bo standardowo podbijamy do ziomeczka z mieczem, wybijamy go w powietrze, bierzemy w łapy Ebony & Ivory, później zmieniamy na Rebellion, by doskoczyć do oponenta i zakończyć jego marny żywot strzałem z Kojota. Mało? Nikt nie może zapomnieć o specjalnej umiejętności, dzięki której Dante zamienia się w prawdziwego łowcę demonów i potrafi dosłownie zmiażdżyć napotkanych przeciwników.

W Devil May Cry 5 nie brakuje zwariowanych, efektownych i efektywnych combosów – jest to najmocniejsza strona produkcji, bo nie tylko otrzymaliśmy trzech zróżnicowanych bohaterów, ale każdy posiada swój styl i te różnice czuć. Od czasu do czasu trzeba zapanować nad kamerzystą, jednak akcja rozkręca się od pierwszej misji. Tytuł pokazuje największą moc szczególnie gdzieś w okolicy 13-14 zadania, gdy trójka bohaterów ma już odpowiednie umiejętności, a każda kolejna walka to czysta radość. Japończycy jednocześnie nie zapomnieli o mocnych brzmieniach, które podkręcają zabawę, zachęcają do siekania i są prawdziwym ukoronowaniem dobrze wykonanych ataków.

Twórcy potrafili jeszcze zaakcentować rozwój postaci, bo choć na początku każdy z bohaterów nie jest specjalnie mobilny i nie posiada wyjątkowych ciosów, to jednak wystarczy zainwestować odrobinę czerwonych orbów by móc biegać, lepiej unikać ataków czy po prostu skorzystać z ciekawszych ruchów. Dante, Nero i V posiadają mnóstwo skilli do odblokowania, a przy normalnej rozgrywce nie ma szans na zdobycie całej zawartości przy pierwszym podejściu. Opcji rozwoju jest naprawdę mnóstwo, choć co najważniejsze – każda wykupiona zdolność faktycznie wpływa na możliwości herosa.

Pochwalić muszę jeszcze jedno – Devil May Cry 5 to kolejny pokaz umiejętności Capcomu. Gra dosłownie błyszczy na Xboksie One X, a podczas pojedynków trudno nie chwalić efektów wizualnych, rozcinanych demonów czy też płynnych 60 klatek na sekundę. Japończycy odrobili zadanie domowe, wykorzystali moc amerykańskiej konsoli i bez wątpienia najnowsza część tej uznanej serii jest produkcją, na którą patrzy się z przyjemnością.

Devil May Cry 5 recenzja 009