The New Order nie jest podobny ani do starusieńkiego klasyka RtcW, ani do Wolfenstein od Raven Software. Tworzy nową historię, zachowując po części ducha starszego brata, przy tym stawiając na większą widowiskowość przystosowaną do obecnego rynku, co stanowi naturalną kolej rzeczy. Na swojej drodze łączy klasyczne starcia, ciekawie opowiedzianą historię głównego bohatera i spółki, zróżnicowane miejsca batalii, przy tym z przejmującą powagą chwytając gracza za gardło i przysypując wszystko szczyptą kiczu i nazistowskiego humoru. Jest w sumie tym, czym pokocha nowe pokolenie, po części zadowalając oldscholowych pryków, którzy pamiętają premierową edycję w oszałamiającym 3D.      
Przygodę zaczynamy w skórze B.J Blazkowicza, amerykańskiego weterana wojennego, który jeszcze nie wie, ile niemieckich tyłków będzie musiał skopać po drodze do celu.   
Rok 1946, niemieckie siły opanowały większość terenu, wygrywając wojnę. Do akcji wkracza amerykańska jednostka o nazwie OSA, podążając w kierunku wybrzeży Bałtyku, niedaleko granicy z Polską i dokonując potężnego uderzenia na sztab generała Wilhelma Strasse, znanego pod pseudonimem ,,Trupia Główka''. Wraz z Frau Engel (drugorzędna antagonistka) jest jednym z twórców potężnej hitlerowskiej maszyny wojennej. Bezwzględni, brutalni w swych czynach, przez całą grę aż się proszą o wypatroszenie, spalenie, poćwiartowanie, jeszcze raz spalenie i podanie na przekąskę wygłodniałym psom, które dla pewności należałoby zabić i głęboko zakopać.  
Tytuł w swojej prostocie przedstawia wydarzenia w poważnym tonie i jest jednym z najmocniejszych punktów programu. Pomimo pewnej dozy groteskowości i humoru, wyzwala w graczu emocje i intergruje z bohaterami, kibicując im w najtrudniejszych sytuacjach.
W dalszej części opowieści trafiamy do sztabu ,,Kręgu z Krzyżowej'', ukrytej bazy w samym centrum Berlina. Mieści ona członków ruchu oporu, których ambicje nie kończą się na skrywaniu przed niemieckim ścierwem, niczym szczury w kanałach. Za sprawą Blazkowicza postanawiają wykraść cenne plany, ciężką broń masowego rażenia i pojazdy transportu. W większości solo, a czasami z pomocą przyjaciół, wykonamy szereg samobójczych misji, które wraz z kolejnym postępem zbliżają nas do pokonania obślizgłej Trupiej Główki, wiedźmy Frau i hitlerowkiej bandy klonów.

 


W świecie brutalnych rządów, traktowania ludzi jak szmaty i bezlitosnych egzekucji, w świecie, który nie jest usłany różami - wkraczamy z buta w roli egzekutora, niejako wykonawcy brudnej roboty. Twórcom udało się pokazać w idealny sposób wojenny klimat, ciężkie życie ludzi wziętych do niewoli, makabryczne eksperymenty i przeważającą siłę wroga, mieszając całość z pewną dozą humoru, odrobiną taniego kiczu i elementami fantastyki. Trafimy zatem do obozu Belica, w którym jeńcy skazani są na ciężką pracę i bezlitosne katusze, polskiego szpitala z zasadami podyktowanymi przez okupantów, ogromnej łodzi podwodnej U-Boota, a także pewnego odległego miejsca, rzekomo pokazującego potęgę zaawansowania technologicznego i rozwoju niemieckiej rzeszy.
Gra przy tym jest zdecydowanie skierowana dla dojrzałego odbiorcy. Nie dosyć, że sam Blazkowicz dokonuje bliskich egzekucji na oprawcach, wtapiając nóż w różne części ciała, to w przerywnikach filmowych widzimy jeszcze gorsze rzeczy. Niekiedy wszystko jest sprytnie zasłonięte groteską (jak egzekucja w strychu polskiej rodziny), co nie zmienia tego okrutnego obrazu świata z częstym rozlewem krwi. Przy tym szarym obrazie, na szczęście udało się pokazać również pozytywne aspekty, jak miłość Blazkowicza do pięknej Anny - polskiej pielęgniarki, czy parę motywów z czarnym humorem, wyśmiewając przy tym niemieckich żołnierzy.
Można odnieść wrażenie, że gra nie wie do końca, czym chce być. Z jednej strony tworzy się poważny konflikt z ludzkim cierpieniem w tle, z drugiej widzimy bohatera ubranego za kelnera lub topiącego opryszczka w toalecie, by na końcu spuścić po nim wodę.
Może to komuś przeszkadzać, niemniej jednak gra ma swój niepowtarzalny urok. Dodatkowo większość miejsc kipi wprost genialnym klimatem, który udziela się grającemu.
Co powiecie o nocnej infiltracji kolejno pokonywanych baz wroga w strugach deszczu, aby przeprowadzić bezpiecznie polską rodzinę? A może obóz więzienny z zapleczem kuchennym zapełnionym ludzkimi zwłokami i krajobrazem jesiennym przypominającym obrzeża City 17 z drugiej odsłony Half-Life? Ewentualnie nurkowanie kanałami w podziemiach Berlina za pomocą łazika i zabawa w podnoszenie wody lub przestawianie ogromnych turbin?
Jeżeli kochacie rozgrywkę singlową dla klimatycznych i zapadających momentów, omawiana gra to dostarczy. Zapewniam.

 

Gra ma dobry balast, jeśli chodzi o tempo. Kiedy ma być rozpierducha - to jest, kiedy twórcy mówią STOP! czas na klimatyczną podróż w nieznane - to jest. Produkcji swoją stylistyką i narracyjnym zróżnicowaniem najbliżej do klasyków w postaci drugiej części Half-Life, czy Call of Duty (nie mylić z Modern Warfare).

 

Rozpływając się do powyższej wymienionych aspektów, nie zapomniałem o najważniejszym - strzelanie. A te sprawia ogromną frajdę, niejako zrzucając wszystko co napisałem do miana mało znaczącej popierdółki. Tutaj nie ma sentymentów, tutaj albo wkracza się z buta wybijając wszystkich niczym kaczki, albo zarzyna gardła w skrytobójczym balecie. Nie ma alternatywnej drogi. Blazkowicz pomimo ukształtowanej osobowości, uczucia do bliskich i wspomnień z dzieciństwa wymawianych w myślach, nie okazuję skruchy stojąc naprzeciwko wroga. System strzelania ma bardziej otwartą strukturę, niejako wykorzystując możliwości wychylania się zza osłony, wraz z efektownymi wślizgami, czy szarżami z nożem, kiedy to ktoś podwinie się pod nogi. W zależności od sytuacji i własnego ,,widzimisię'', Blazko może przyjąć postawę bezpieczną, kiedy to głównym sprzymierzeńcem jest pistolet z tłumikiem i nóż, a my możemy przekradać się eliminując w pierwszej kolejności dowódców, którzy to potrafią zaalarmować wesołą brygadę wsparcia. Gra pod tym względem oferuję prostą niczym konstrukcja cepa mechanikę, bez ,,thief'owkiego'' chowania się w cieniu ,,hitmanowskich'' przebieranek i ,,splinterowkiego'' rzucania przedmiotami w kąt, aby odwrócić uwagę strażnika. Jedynie czym można rzucić to nożem lub granatem. Z tym ostatnim jednak ostrożnie w windzie, bo wiadomo jak to może się skończyć.
Akcji jest co nie miara, więc częściej od pozycji na kuckach, będziecie latać od apteczki, po naboje, od osłony po pancerze. Doom to nie jest, jednak gra ma dobry balast, jeśli chodzi o tempo. Kiedy ma być rozpierducha - to jest, kiedy twórcy mówią STOP! czas na klimatyczną podróż w nieznane - to jest. Produkcji swoją stylistyką i narracyjnym zróżnicowaniem najbliżej do klasyków w postaci drugiej części Half-Life, czy Call of Duty (nie mylić z Modern Warfare).
Spośród gąszczu wszelakich broni - półautomatycznych karabinów, maszynowych działek, strzelb i pistoletów, znalazło się miejsce na pewne novum. O jakże pięknej nazwie - Laserkraftwerk, który początkowo służy do prostych środowiskowych zagadek (m.in przecinanie łańcuchów i siatek), w późniejszej fazie gry staje się laserowym miażdżycielem przeciwko opancerzonym skurczybykom.    
Nie ukrywam, że wszystkie alternatywne działania pozostałych broni są niczym pistolety na wodę w zestawieniu z niszczycielską mocą Laserkraftwerka!. Odnośnie do dodatkowych części, wchodzących w skład rozbudowy ekwipunku, mamy m.in. lunetę snajperską i granatnik. Sami widzicie, dobra rzecz, jednak nie to samo co Laserk....


Mięso armatnie to głównie niemieckie żółdaki i oficerowie. Od czasu do czasu natrafimy na opancerzone ,,pieski'', drony latające, uzbrojonych niczym czołg wielkoludów, czy przeróżnych wersji robotów bojowych. Gra próbuję urozmaicić nam pokonywane przeszkody z połowicznym skutkiem, bowiem niemal zawsze musimy zlikwidować tych zwykłych, aby pojawili się ci niezwykli.
Co po za tym? Duże wrażenie robi walka z bossem, o wdzięcznej nazwie London Monitor, a ostateczna potyczka może zachwycić rozbudowaniem.
Cieszą oko obszerne miejsca potyczek. Mowa o stylu architektonicznym i oświetleniu, nadającymi odpowiedniego klimatu. Pierwsza misja przypominająca dawne hity pokroju Medal of Honor z odstrzeliwaniem samolotów z działka i lądowaniem awaryjnym na plaży, nieopodal bunkrów, lekko zamglona stacja metra z opuszczonymi wagonami towarowymi, czy wielopiętrowa kopuła księżycowa otoczona mosiądzowymi pomnikami salutujących astronautów i wystrojeniem hali motywem tapety z programu ,,1 z 10''. A to wszystko jest tylko ułamkiem znakomitej całości, której nie chce zdradzać, aby nie popsuć zabawy.
Levele są zróżnicowane, czasami wielopoziomowe i pomimo zawartej tunelowości, próbują o sporadyczne rozgałęzienia. Mają w sobie ukryte pomieszczenia, skrywające szyfry Enigmy, czy złote przedmioty (znajdźki), ewentualnie smaczki dla wiebicieli lizania każdej ściany. Niech za przykład posłuży pewna zawartość biurka z interaktywnym hantelkiem, którego podnosi bohater i gazety Mój Szop, z rankingiem top 10 uroczych nosków. Do tego dorzućmy ukrytą misję Wolfenstein 3D i parę innych smaczków, a dostaniemy całkiem ciekawy zbiór dla gracza-szperacza.  
A wspomniałem o rozbijanych skrzynkach, które ukrywają ciekawe kosztowności? Wszystko przypomina wspomnianego przeze mnie wiele razy Half-Life'a 2.  
Niestety odbiór całości psuje ukryta baza Kręgu z Krzyżowej, w której kilkukrotna wizytacja trąci powtarzalnością. Co z tego, że odkrywamy krótkie lokacje, jak wszystko sprowadza się do odnalezienia kluczowych przedmiotów fabularnych i tyle. Szkoda, pierwsze wrażenie jest świetne, a później czar pryska!

 

 

Pan Blazkowicz za każdą wykonywaną czynność może odblokować umiejętność specjalną. Jeżeli często strzelamy z dwóch broni jednocześnie, zdołamy uzyskać więcej amunicji, znów zabicie oficerów za pomocą granatów, może odblokować dodatkowy slot na kolejny. Specjalnych zdolności i rozszerzeń ekwipunku jest kilkanaście, i w zależności od tego jakim stylem gramy - możemy odkryć połowę z nich, albo większość. Wszystko zależy od sposobu unicestwienia nacierającego wroga.
Wizualnie tytuł może zachwycić, jednak nie spodziewajmy się wodotrysków. Pomieszczenia są naszpikowane detalami, pokoje mają dziesiątki gramotów, większe hale posiadają rozsypujące się słupy, czy szyby. Pełno tu niemieckich plakatów, czerwonych płacht ze swastykami i betonowych/ metalowych surowych konstrukcji. Cieszą różnorakie efekty, jak morze iskier podczas cięcia blachy, specyficzne odbicie tafli wody w kanałach, czy szczegółowe cieniowanie w ciasnych korytarzach łodzi podwodnej. Do tego dochodzi świetna paleta barw, która co rusz zmienia się z ciepłej na zimną, elementy zniszczalne, jak dykty, barierki i słupy betonowe, z dopracowanym dalszym otoczeniem (zaśnieżony Londyn!), a otrzymamy tytuł wystarczająco dobrze prezentujący się w otoczce zwykłej strzelaniny.
Aby być sprawiedliwym, niekiedy zdołamy wypatrzeć brzydką teksturę (rzeczy na stole, płaskie rury na ścianie) lub brak zadowalającej interakcji w postaci np: braku animacji wchodzenia do ślizgacza.
Warstwa muzyczna jest poprawna i tyle. Kawałki nie wpadają w ucho, może poza kilkoma. Większe wrażenie robi udźwiękowienie wszelakich broni, czy wytłumienia dźwięku np: podczas nurkowania. Nastrojowe brzmienia w kanałach, czy podczas wizyty w kamiennej fortecy może lekko zjeżyć włosy i nic poza tym.
Słowem zakończenia dodam, że kampania jest wystarczająco długa (ok.12 godz.), posiada w sobie dwie odmienne ścieżki przygody Fergusa/ Wyatta (marginalne, ale jednak) w zależności od naszego wyboru, a polska wersja z napisami jest poprawna. Z ciekawostek warto wspomnieć o polskim akcencie w postaci pewnej lokalizacji, jak i Alicji Bachledy-Curuś, która użycza strun głosowych Annie Oliwie.  

 

 

 


Wolfenstein: The New Order jest grą niemal kompletną. Posiada w sobie magnes tytułów z najlepszego okresu, kiedy to wychodziły takie perełki jak Call of Duty 4: Modern Warfare, czy Half-Life 2. Ma w sobie moc zróżnicowania, widowiskowości, jak również odrobinę klimatycznej podróży w nieznane, ma w sobie wszystko, co potrzebuje dobra strzelanina z widoku pierwszej osoby. Całym sercem chciałem zawyżyć finalną ocenę do okrągłej dziewiątki, jednak głupkowata inteligencja przeciwników, wraz z powtarzającą się miejscówką i sporadycznymi, brzydkimi teksturami, nie dawały mi powodów do takiego werdyktu.
Jeżeli kochacie Wolfa, namawiam do kupna dodatku (prequel) o nazwie 'The Old Blood', który to powraca niejako do korzeni starego jak świat Return to Castle Wolfenstein. Wiecie...więzienie, zamek, katakumby, jaskinie, zombiaki i te sprawy.
W komplecie z satysfakcjonującym dodatkiem, całość można wtedy podciągnąć do czystej dziewiątki!

 

                                                                                                                                 Tomasz Woźniak
 

 

P.S. Screeny są mojego autorstwa

P.S.2. Zapraszam do mojej recenzji dodatku Wolfenstein: The Old Blood

wolfenstein the old blood recenzja