Wolfenstein: The Old Blood to nic innego, jak samodzielny dodatek do podstawowej wersji gry, wydanej rok wcześniej. Wydarzenia zaprezentowane w ,,starej krwi'' poprzedzają bezpośrednio te z The New Order, więc mamy do czynienia z prequelem. Akcja dzieje się w roku 1946, kiedy to naziści są o krok od wygrania II wojny światowej, a my w skórze B.J. Blazkowicza, musimy przekraść się do strzeżonego zamku Wolfenstein w celu zabrania ważnych danych dotyczących lokalizacji tzw. Trupiej Główki.
Kampania jest podzielona na dwa główne etapy. W pierwszym skradamy się w więzieniu, aby później przeczesywać tereny ogromnej fortecy Wolfenstein, drugi prezentuje miasteczko Wulfburg, gdzie archeologiczne wykopaliska pewnego szalonego jegomościa, doprowadzają do uwolnienia prastarych złych mocy, które oczywiście musimy pokonać.
Jak wspomniałem wcześniej, omawiana mini-kampania to KLASYKA przez duże K. Stanowi ukłon w stronę gier tworzonych w latach 90-tych, a także fanów staroszkolnej rozgrywki, która nakazywała zbieranie apteczek i amunicji w czasie dynamicznych potyczek.  
Zaczynając od porozrzucanych fantów, które należałoby podnieść, po niemalże 100% rozgrywkę, bez zbędnych cutscenek i akcji rodem z Hollywodzkiej wytwórni.
Przy tym produkcja od początku do końca trzyma poziom wysokobudżetowej, nawet na chwilę nie spuszczając z tonu i wymazując nam z pamięci, że to zwykłe DLC. Już nie chodzi mi o sam fakt, jak długo trzeba spędzić z pozycją, aby ujrzeć napisy końcowe (plus świetną piosenkę). W tle prostego aspektu fabularnego, trafimy na płynne przejścia między ciekawymi zadaniami, sceny rodem z koszmaru, emocjonujące starcia i klimatyczne sekcje skradankowe.
W zależności od kolejności przechodzenia, nowa krew z pewnością spełni oczekiwania przed podstawową wersją, lub uzupełni o świetne motywy, które nie funkcjonowały w hicie studia Machine Games.

 


W omawianej produkcji można zakochać się od pierwszego wejrzenia. Zaczynając od nazewnictwa wyboru poziomu trudności (mogę zagrać, tato? - jako najniższy z możliwych) i wysłuchania jak perfekcyjnym językiem niemieckim włada bohater ''ein hot dog'', po ucieczkę z więzienia za pomocą zwykłej rurki, a kończąc na licznych sekretach ,,straszącego'' zamku Wolfenstein.  
Twórcy świetnie wachlują między spokojnymi fragmentami, a rozwałką każdego delikwenta, który trafi nam na drodze, między gęstym klimatem, a autoironią wszystkiego, z czego można zażartować.
Ciężko mi zdecydować, w jakim kierunku szala przechyla się na korzyść jednego aspektu, kiedy wszystko miesza się w perfekcyjną całość.
Raz widzimy w psychiatryku obłąkanych ludzi, aby za chwilę przespać się...ogrywając we śnie klasycznego Wolfensteina 3D, a innym razem zakładamy kelnerski fartuch, by później przeżyć apokalipsę umarlaków...które spadają z nieba. Powaga, kicz, gęsta atmosfera, humor - cała gra w pigułce.    
W skórze B.J'a czeka na nas moc atrakcji, jednak głównym aktorem spektaklu jest strzelanie. Do naszej dyspozycji dostajemy śmiercionośne pukawki w postaci obrzyna, różnych odmian karabinów, maszynowe monstra i granaty. A że tempo nieraz spada, dochodzi nóż, czy pistolet z tłumikiem.
Często gęsto mamy wybór między starciami bezpośrednimi, a konfrontacjami w stylu ,,niewidzialnej pantery'', kiedy to zanurzamy ostrze w ciepłym gardle niemieckiego żołnierza będąc w ukryciu.
Celem priorytetowym większości potyczek jest zabicie dwóch łączników, którzy mogą zaalarmować zagrożenie i przywoływać wsparcie w hurtowej ilości. Nie muszę mówić, jakich wtedy rozgrywka nabiera rumieńców, zaś gra zamienia się w przetrwanie kolejno pojawiających się fal wściekłego bydła.
Dlatego najczęściej, jedyną słuszną taktyką jest przekradanie się do wyżej wymienionych osób, aby następnie wybić pozostałych w dowolnym stylu.
Gra tylko w kilku miejscach narzuca nam styl rozgrywki, więc nie ma mowy o rezygnacji z indywidualnej metody przejścia danego fragmentu - a to się ceni.

 

     Kessler: Bądź ostrożny. Zabijaj tylko w ostateczności.
  Blazkowicz: Słucham? Mam zabić jak nawięcej nazistów?
  Kessler: Nie, mówiłem...
  Blazkowicz: Nie słyszę, Kessler (kszzt). Spore zakłócenia. (kszzsiuuu)


Ceni się także przywiązanie w dopracowaniu mechaniki rozgrywki, różnych detali i częstych sekretów. Czuć ciężar i moc broni, siłę wypluwanych pocisków. Możemy automatycznie wychylać się zza osłony, potrafimy wspinać się po ścianach, nurkować pod wodą i rozbijać łby przeciwników na różne sposoby.  
Projekty pokonywanego terenu są jednopoziomowe, jednak zaskakują zawartością. Pełno tutaj tajemnych przejść, interaktywnych przedmiotów (rozbijane skrzynie z zawartością) i smaczków w postaci np: maskotki Cacodemona z gry Doom.
Jest to klasyczny styl korytarzowego FPS'a, broniący się zróżnicowanym level designem i ciekawą architekturą. Już widok olbrzymiego zamku sprawił, że miałem mokro w gaciach, na samą myśl o tej ekscytującej podróży w nieznane. I taką podróż dostałem.
Pomimo, że Wolfenstein jest w gruncie rzeczy dynamiczną strzelaniną, pokazuje pazur w spokojniejszych fragmentach, a już w zupełności, kiedy klimat gęstnieje.
Przemierzając stare kamienne korytarze, pokoje otulone rozpalonym kominkiem, błędnie oddające ciepło w tym zimnym i ponurym miejscu, czuć unoszący się niepokój.
Musicie wiedzieć jedno - udała się tu sztuka niebywała. Poprzez sprawne wprowadzenie od starych zapisków króla Ottona, listów osób, które przeczuwały wydobywające się zło w podziemiach miasta, narastająca tajemnica udziela się grającemu.
Mało tego, dźwiękowcy odwalili kawał dobrej roboty, zapodając muzykę rodem z horroru, czy wstawiając podłe dźwięki z kolekcji ,,ktoś się czai za rogiem'', przez które nie raz miałem ciarki. Od momentu przedarcia się przez straż obronną zamku, w otoczeniu surowych murów ze sztywno stojącymi zbrojami rycerzy, po kolejno katakumby, będziecie wiedzieć o czym mówię.
Zachwyca również wyszukany humor. Niemiecki żołnierz walczący o poprawność językową słowa 'wziąłem - nie wzięłem' z kolegą, czy użycie skrzyni na broń przez Blazkowicza, który zapełnia ją po brzegi. Gra ma momenty, kiedy można odczuć niepokój, jak i pewną dozę rozluźnienia.


Podczas przygody starano się o względne zróżnicowanie. Raz musimy omijać opancerzonych strażników ze śpiącymi psami, a raz odpierać zmasowany atak przeciwników, a innym razem czeka nas szalona jazda kolejką linową. A przecież w końcowej fazie gry, gościnny występ zaliczają zombie-naziole, idealnie trafiając w moment, kiedy to już wybijanie ludzi zaczynało nużyć.
Wizualnie dodatek nie ma czego się wstydzić. Pomieszczenia cieszą oko zawartością, otwarte przestrzenie zachwycają widokami, a zabawa światłem w półmroku nadaje wszystkiemu należytego kolorytu. Stare automaty rodem z PRL'u, plakaty prezentujące potęgę niemieckiej siły, świetny design pod względem panujących czasów i architektury.
Tak wychwalam, to dlaczego taka ,,niska'' ocena. Zapytacie?
Nie zagrało kilka kwestii, które nie pozwalają mi wystawić pełnej ósemki. Skradankowy początek przygody nie każdemu może ,,leżeć'' i po godzinie gra zostanie rzucona w kąt bo ,,ja chciałem strzelankę!''. Druga sprawa to powtarzające się mięso armatnie, urozmaicone dopiero w ostatnich dwóch godzinach rozgrywki przez gwiazdy programu, umarlaki. Trzeci punkt, jest mocno powiązany z drugim, i odnosi się do ślepoty wroga, który często nie widzi bezczelnie czmychającego protagonisty. Ogólnie znany problem.
Postacie poboczne nie wyróżniają się niczym szczególnym, oprócz Rudi Jagera ze swoim czteronożnym pupilem Gretą. Co jeszcze? Dostajemy taki sam fragment mapy w wersji zniszczonej,  a nie wspomniany przeze mnie w tekście rozwój umiejętności, to kosmetyka. Ot, możemy m.in. zwiększyć tarczę lub szybciej przeładowywać broń.   
W ostatecznym rozrachunku wahałem się z oceną tego tytułu do samego końca. Z jednej strony mamy przecież naładowaną po brzegi kampanię w samodzielnym dodatku, która może zawstydzić nie jedną wersję podstawową. Z drugiej mało zróżnicowany i spostrzegawczy przeciwnik, z pakietem bezbarwnych postaci. A trzeba jeszcze brać pod uwagę fakt, że to tylko dodatek i ocena nie powinna być przesadnie wysoka. Bardzo mocne 7.5.  

 

 

 


Wolfenstein: The Old Blood okazał się sporym zaskoczeniem. To nie jest dodatek na kilka godzin. Kampania obładowana jest ciekawymi sytuacjami, wartką akcją z momentami postoju na bezszelestne omijanie strażników i wisienką na torcie - klimatyczną fortecą Wolfenstein, ukrytymi misjami klasycznej wersji Wolfa 3D i strasznymi zombie-nazistami.
Masa smaczków i atrakcji, gęsty klimat wymieszany z trafnym humorem i gameplay przypominający o czasach, kiedy to w gry się grało, a nie zaliczało widowiskowe samograje.
No i to 80% Return to Castle Wolfenstein w nowym wydaniu. Jeżeli przeszedłeś podstawkę, zagraj koniecznie!

                                                                                

                                                                                                                                    Tomasz Woźniak

 


P.S. Screeny są mojego autorstwa.