Skoro tutaj wszedłeś, nie obawiasz się spoilerów. No dobrze, czas przedstawić moje przemyślenia odnośnie tego, dlaczego tak, jak to wygląda i co sprawia, że miałem kaca po zakończeniu przygody z Ryujim, Ann i resztą ekipy. 

 

Dla tych, którzy mieszkali w jaskini- Persona 5 to JRPG, w którym prowadzimy podwójne życie. W jednej części jesteśmy uczniami zwykłego liceum, w drugiej, działamy jako złodzieje serc. Musimy równocześnie się uczyć, dbać o relacje z przyjaciółmi oraz pracować by mieć pieniążki, a także infiltrować kolejne pałace i Mementos. Czas jest skończony, a dodatkowym problemem jest fakt, że konkretne segmenty gry mają swoje "deadline'y", przed datą których musimy ukraść skarb. 

Man… you guys are the best, stupidest group I could ask for!

Rozgrywka za czasów szkolnych, obserwowana z boku, wydaje się nudna. Ot, nasza postać po prostu sobie łazi i klikamy (często nieudźwiękowione) dialogi. Ale to właśnie te dialogi sprawiają, że chcemy w to grać. To historie, które kryją się za osobami. 

To na przykład historia Ryujiego, który wini siebie za rozwiązanie drużyny sprinterskiej przez trenera. To historia Yusuke'a, który jako twórca ma problemy z weną i szukając natchnienia, odkrywa fakt, że sztuka to głównie pieniądze. To historia Takemi, która chce odkryć lek dla ciężko chorej pacjentki, więc testuje lekarstwa na nas. 

To w końcu wątek główny. O sprzeciwianiu się systemowi. O relacjach łączących drużynę i jak wiele jest w stanie grupa młodych ludzi, którzy nie godzą się na to, co tworzy aktualny system (Hej, ostatni boss nazywa sam siebie "Bogiem kontroli"!). 

To historia o buncie.

Take your heart

Każdy pałac, który infiltrujemy, należy do złego człowieka (Wyjątkiem jest pałac Futaby, który jednak został "stworzony" przez złych ludzi). Nauczyciela molestującego uczennice, artystę który okrada swoich uczniów z dzieł, szefa korporacji który dosłownie przepracowuje swoich pracowników... Lista ich win jest spora. Ukradnięcie jego skarbu sprawi, że ofiara uświadomi sobie ogrom swoich win i zdecyduje się je ujawnić. Jednak jak wiadomo- jest skarb, są i strażnicy, pułapki i sposoby powstrzymania nas. 

Infiltrowanie pałaców jest naprawdę wspaniałe, prawdopodobnie dlatego, że wykonali je ludzie, a nie algorytm (Patrzę na ciebie, Tartarusie!). Jest zamek, jest i muzeum. Jest bank, grobowiec... Nie popsuję wam zabawy, ale odkrywanie "jaki pałac ma ta osoba" jest naprawdę fascynujące. A samo ich zwiedzanie, jak wspomniałem wyżej, jest świetne.

Ponadto, każdy pałac ma swoją unikalną zabawkę, która go wyróżnia. Wyjątkiem jest jedynie pierwszy pałac, bowiem w nim odkrywamy dopiero grę, ale już w drugim, musimy przemieszczać się w... obrazach. W innym nagle pojawiają się kamery bezpieczeństwa, w kolejnym zmieniamy się w myszy... jest to na tyle ciekawe, że zagadki rozwiązuje się z przyjemnością. 

For real?!?

Nad wyraz ciekawy jest sposób prowadzenia narracji. Zaczynamy od środka fabuły- dosłownie. Nie od końca, a od środka- jak główny bohater, Joker, zostaje złapany przez policję. I zaczyna się odkrywanie "jak do tego doszło...". Sama fabuła obfituje w zwroty akcji i zaskoczenia, a także gwałtowne huśtawki emocjonalne. 

Za przykład podam tu Akechiego

I UWAGA, BOWIEM TUTAJ NASTĘPUJE MOCNY SPOILER. 

Akechi bowiem okazuje się być tym, który działał na naszą szkodę, zdrajcą przez którego Joker wpadł. Gdy się ujawnia, towarzyszyły mi emocje "Ty chuju... Nakopię ci za zdradę". Później jednak, gdy spotykamy go ponownie, z antagonisty zmienia się on w postać tragiczną- poszukującego akceptacji i poczucia "bycia potrzebnym" chłopakiem, który był porzucony przez ojca. W chwili, gdy się poświęca żeby nas ocalić, przestaje być "tym chujem zdrajcą". Współczujemy mu, żałujemy, że źle go oceniliśmy. No, a przynajmniej ja tak miałem.

KONIEC SPOILERA

Persona bowiem nie jest grą, gdzie postaci to jeden wymiar, jak głupi osiłek (Przysięgam na boga Ryuji, jeśli jeszcze raz krzykniesz "We are the phantom thieves"...), dziwaczny artysta... Nie. Jeśli tego szukasz, trafiłeś pod zły adres. 

Ale może o tym, nad czym spędzamy naszą "złodziejską" część życia. Spędzamy to trochę złe słowo, ale walki są znaczącą częścią gry. Jeżeli uda nam się zasadzka, mamy inicjatywę- a to oznacza, że to my mamy pierwsze ataki, co diametralnie zmienia nieraz sytuację (Uwierzcie mi, ciśnienie skacze, gdy jakiś cień was zauważy i nagle dopadnie.). System walki, pomimo bycia turowym, jest dynamiczny przez jeden prosty trick. Konkretne akcje przypisano do konkretnych guzików, stąd X zawsze jest atakiem wręcz. Nie wybieramy z nudnej "listy" odpowiedniego celu. Sam wygląd interfejsu jest świetny, przypominając niby wybuch granatu. Poza tym, to jak porusza się kamera, gdy wykonujemy konkretne akcje (przykładowo po wybraniu opcji "strzału" kamera zawsze przybliża się do postaci.)

Ponadto, same walki z bossami to nie "Sklepujemy pasek życia bossa jak silniejszemu minionowi". Jeden z bossów zmusza nas do grania z nim w ruletkę. Inny... jest słaby, ale by z nim zawalczyć, musimy się przebić przez hordę jego minionów, które są coraz silniejsze. Jeszcze inny to 4 oddzielnych przeciwników, których musimy pokonać w czasie, gdy inicjatywa jest po naszej stronie- inaczej się wskrzeszają nawzajem.

Welcome to the Velvet Room.

Same persony, czyli takie "pokemony" które łapiemy (Po powaleniu przeciwnika możemy wynegocjować dołączenie do nas... Jest to trochę słabe według mnie. Dlaczego? Bo ciężko przewidzieć właściwą odpowiedź. Rozumiem zamiary twórców, ale jednak uważam, że dawali za mało wskazówek co mamy wybrać), dają nam specjalne moce. Każda persona naszych towarzyszy to inny "sławny" popkulturowo złodziej, oszust lub matacz. W skrócie, trickster, którym także jest określany główny bohater (Sam trickster odkrywa ważną rolę w fabule). Jest Kapitan Kidd, jest Goemon (Taki japoński Robin Hood), jest sam Robin Hood, Arsene Lupin... Ostateczna Persona także jest świetnie rozegrana- polecam przejść choćby dla tego, jak operuje się "zbuntowanym aniołem".

Persony możemy także łączyć (I jest to nasze ich główne źródło). Dokonujemy tego w Velvet Room, zamieszkałego prze niejakiego Igora oraz dwie bliźniaczki- Caroline i Justine. 

Wszystkich, których odrzuci Dubbing Igora, polecam zacisnąć zęby. Mnie samego strasznie odrzucił, ale jednak się przełamałem i uznałem "no trudno, w trójce był lepszy". Ludzie, jak świetny zabieg został wykonany z Igorem, z tą zagrywką... No i dostałem miodu na moje uszy, gdy usłyszałem prawdziwy głos Igora

I am Thou... Thou art I

Sama gra jest warta polecenia także ze względu audiowizualną. Jasne, postaci mają jakieś takie kanciaste twarze, jasne, dzielnice są małe... Ale sam styl audiowizualny- powala. Animacje? Koszą. A muzyka... Kradnie serce. Dość powiedzieć, że utwory jak "WIll Power" i "Life Will Change" są stałym elementem mojej playlisty. 

Rysuje się tu obraz gry idealnej, ale ten diament ma wady. Mementos, czyli lochy które możemy eksplorować i wykonywać zadania poboczne, zmieniają się w "odpukać i mieć z głowy". Wszystko przez generowanie losowe (No i upośledzone jest w nich skradanie się). 

Ponadto, pytania na testach nieraz są pod Japonię i chcąc nie chcąc, musiałem sięgać po internet, żeby zrozumieć, dlaczego "Kanji Kruka różni się jedną kreseczką od Kanji ptaka". To dwie skazy, jakie wypatrzyłem.

Zmierzając jednak do końca- zagrajcie. Bo warto. Choćby dla muzyki. Choćby dla audio.

Choćby dla samej gry.