Na sam początek powiedzmy sobie prosto z mostu, że Dead Rising 3 nie jest grą, którą odpalicie ziomkom, by popisać się możliwościami nabytego właśnie za ciężki hajs sprzętu. Zwłaszcza, gdy wśród nich są osobistości z konkurencyjnego obozu, gdzie zamaskowani jegomoście z AK-47 w łapach zawzięcie skandują "1080p/60fps", "8 Gb GDDR5" i inne wersety ze spisanej krzaczkami świętej specyfikacji. W przypadku DR3 jak na dłoni widać, że deweloping rozpoczął się jeszcze z myślą o wyciśniętej ze wszystkich soków 360-ce. Trzymając się technikaliów dodać wypada, że produkcja kanadyjskiego oddziału żółto-niebieskich śmiga w 720p i stara się trzymać stałe 30 klatek animacji na sekundę, w czym na szczęście przez większość czasu odwala naprawdę solidną robotę. Odrębną sprawą jest już ilość zgniłego mięsa na ekranie, która nierzadko przyprawia o zawrót głowy. Zombie dosłownie zapychają ulice przecinające okupowane przez nieumarłych Los Perdidos. A jak już rozpęta się młyn, to uwierzcie mi - centralnie gdzieś będziecie mieli rozdzielczość i tekstury, które nie zamienią ekranu Waszego telewizora w next-genowy ołtarz

Miasto umarłych

Akcja gry osadzona została dziesięć lat po wydarzeniach znanych z Dead Rising 2. W roli głównego bohatera osadzono speca od mechaniki, Nicka Ramosa, który wraz z grupką ocalałych próbuje wydostać się z odciętego przez wojsko Los Perdidos. Ekipa ma na to siedem dni, po czym miasto zostanie zrównane z ziemią, a zafascynowany ideą chipowania obywateli generał wprowadzi w życie swój niecny plan rodem z mokrych snów członków Illuminati. Fabułą na pewno się nie zachwycicie, ale przecież nie o jej rozkminianie w grze chodzi. Ot, kolejne wydarzenia spajają ze sobą całą serię bardzo lub jeszcze bardziej krwawych misji. Dead Rising 3 wciąż stawia na groteskowy klimat i czarny humor, choć twórcy pokusili się również o wrzucenie kilku scen wyrwanych prosto z rasowego horroru, kiedy to posępna miejscówka i klimatyczna muzyka kontrastują z zakładaniem truposzom masek zwiniętych ze sklepu z zabawkami lub okładaniem ich rozkładających się ciał dildosem, którego rozmiar przeraziłby najbardziej harde zawodniczki z branży porno.
 
Sama metropolia jest dużo większa niż centrum handlowe, które przemierzał w "jedynce" Frank West i kompleks kasyn, gdzie szaleliśmy jako Chuck Greene. Pod względem skali daleko jej do ogromu Los Santos i okalających go terenów w GTA V, ale Capcom Vancouver udało się znaleźć złoty środek pomiędzy rozległością oferowanego terenu a intensywnością akcji. Co to oznacza w praktyce? Dokłanie to, że naprawdę rzadko zdarza się spędzić więcej niż minutę bez okazji wjechania w kotłujący się tłum zombie, by przetestować jedną z cudownych zabawek Nicka. Na pochwałę zasługuje również przywiązanie do szczegółów i architektoniczne zróżnicowanie Los Perdidos. Już po kilku pierwszych godzinach gry naprawdę łatwo zorientować się w terenie bez konieczności ciągłego posiłkowania się mapą

Nie pokazuj się na tych ulicach bez sprzętu

Wzorem prequela ogromną rolę w rozgrywce odgrywa tworzenie wymyślnego uzbrojenia ze znalezionych przedmiotów/broni, tzw. Combo Weapons i mocarnych Super Combo Weapons. Nick to prawdziwy wirtuoz mechaniki, który tworzenie prowizorycznych narzędzi mordu wyniósł do rangi sztuki nowoczesnej. Tych w grze jest ponad sto sztuk (płonąca kosa, miecz świetlny, pozwalający na odpalanie "oryukenów" strój chińskiego smoka? Nie ma problemu). Wystarczy odszukać dany schemat, zebrać leżące zawsze koło niego komponenty i po chwili cieszyć się można z testowania wymyślnej zabawki. Ramos w odróżnieniu od bohatera Dead Rising 2 nie potrzebuje kącika majsterkowicza i wszystko lepi taśmą z miejsca, co wydatnie wpływa na tempo rozgrywki. Zupełną nowością jest możliwość składania specjalnych pojazdów, by zaoszczędzić sobie przemierzania Los Perdidos zwykłym samochodem. Wszak zawsze lepiej zrobić to zza kierownicy ziejącego ogniem miksu walca drogowego i motocyklu lub rozdającej na prawo i lewo elektrowstrząsy karetki, prawda? Podobnie jak w przypadku noszonego za pazuchą sprzętu należy jedynie być w posiadaniu stosownego schematu, ustawić koło siebie dwie maszyny, odczekać dosłownie 3 sekundy i voilà.
 
System walki opiera się na wyprowadzaniu słabych i mocnych ataków, które wypada, a nawet trzeba łączyć w jak najdłuższe combosy. Raz, że daje to masę radochy, dwa - skutecznie nabija punktami PP pasek doświadczenia. Bohater łyka kolejne poziomy, my rozdajemy przyznawane z awansem punkty pomiędzy poszczególne atrybuty. Przyznać trzeba, że rąbanina w Dead Rising 3 nie ma zbyt dużo wspólnego z finezją, ale w przebijaniu się przez falujące morze nadgniłych koleżków sprawdza się nad wyraz dobrze. Czasem truposzy jednak jest tak dużo, że salwować trzeba się ucieczką lub sprytnie odwrócić ich uwagę poprzez odpalenie racy lub krzyknięcie "over here", co w mig wyłapie Kinect. Przynajmniej w teorii. Zawsze do pomocy zwerbować można też kilku ocalonych lub - co jest, było i będzie najlepszą opcją - połączyć siły z graczem siedzącym po drugiej stronie internetowego łącza. Żywy towarzysz o jakże pięknym imieniu Dick to skarb.
 
Oprócz zmagania się z hordami nieumarłych, od czasu do czasu natkniemy się na jednego psychopatycznych bossów. Odniosłem wrażenie, że walki ikonicznymi dla serii popaprańcami nie sprawiają tyle trudności co w poprzednich częściach, czego nie zamierzam jednak poczytywać na minus. Cała gra wydaje się być bardziej przystępna poprzez ustalenia naprawdę dużych limitów czasowych tak dla misji pobocznych, jak i wątku głównego oraz gęste rozlokowanie schematów coraz to mocniejszych broni. Zaledwie kilka razy zdarzyło mi się gdzieś nie zdążyć albo zginąć i to głównie przez własną niefrasobliwość albo nadpobudliwość Kinecta, ale o tym za chwilę.

Czas ponarzekać

Pomimo całego miodu, który w trakcie ogrywania Dead Rising 3 wylewa się z ekranu telewizora, nie sposób nie wspomnieć o uchybieniach, a raczej problemach ze słuchem. Zostawiając już temat niezbyt next-genowej prezencji, szczególnie denerwuje hiperaktywny Kinect, który "słysząc" byle szum potrafi odpauzować grę, pozostając głuchym na wydawane komendy, kiedy akurat wypadałoby ich posłuchać. Kilka razy Nick zaliczył zgon, gdyż podczas mojej nieobecności sensor postanowił nagle wrócić do rozgrywki. Z drugiej strony skubany za Chiny ludowe nie chciał przekazać pierwszemu psycholowi, by ten się uspokoił, gdy na wszelkie sposoby próbowałem wyartykułować z siebie "calm down". Z tego co można wyczytać w Sieci nie jest to odosobniony problem, na który cierpi redakcyjna konsola. Na szczęście kamerka nie ma już kłopotów z interpretowaniem "wstrząśnięcia" padem, aby wyrwać się z gorącego uścisku zimnego wielbiciela (kontroler nie ma wbudowanego żyroskopu).

8/10. Dziękuję, dobranoc

Nie wyobrażam sobie kupić nowej konsoli Microsoftu i nie sięgnąć po Dead Rising 3. Nawet najbardziej znudzeni tematem zombie gracze powinni choćby spróbować dostępnej na Xbox LIVE wersji demonstracyjnej. Jak dla mnie gra Capcom Vancouver to startowy must-have i przy okazji najlepsza odsłona zapoczątkowanej na 360-ce serii. Przez dobrze ponad 20 godzin, które zajął mi wątek główny i misje poboczne (nie wszystkie rzecz jasna) bawiłem się naprawdę świetnie.