Twój ojciec był w małpce Michaela Jacksona, a twoja siostra miała słaby wynik na maturze!” – Oh… Sir! The Hollywood Roast kontynuuje pomysł na „symulator rzucania mięchem”, gdzie starcia polegają na dobieraniu słów i układaniu ich w jak najbardziej wymyślne obelgi. Oryginał, Oh...Sir! The Insult Simulator, zdobył moje serce i dostał w zeszłorocznej recenzji 8/10. Jak poradziła sobie kontynuacja? Niestety, nie jest już tak różowo.

Oh… Sir! The Hollywood Roast #1

Oryginalne The Insult Simulator odniosło sukces, bo było czymś oryginalnym, niespodziewanym i tematycznym (całość oparto na scenach i humorze Monty Pythona). Pewnie, nie są to żarty, które trafią do wszystkich, ale za kilkanaście złotych dostaliśmy przezabawną minigrę z absurdalnymi wyzwiskami. Co prawda punktacja za wiązanki nie była zbyt jasna, ale któż wymagał idealnie zbalansowanego systemu „walki”? Miało bawić i bawiło. Ale dwa razy zaskoczyć tym samym nie można.

The Hollywood Roast jest dokładnie tym, co znamy już z poprzedniczki, tyle że skupia się wokół kinematografii. Zamiast stereotypowych babć, grubasów i Rosjan, dostajemy bohaterów kina jak Deadpool, Harry Potter czy żeńska wersja Jamesa Bonda, a zamiast dowcipów o martwej papudze – odniesienia do znanych filmów oraz hollywoodzkiego życia. Słuchamy więc, że nasza operacja plastyczna nie była nic warta, żeby za chwilę odpłacić się pięknym za nadobne i rzucić, że widzieliśmy terapeutę naszego oponenta na festiwalu dla wegan. Nieśmieszne? Otóż to. Z hermetycznego humoru Pythona przeszliśmy w dość rozmyte żarty.

Oh… Sir! The Hollywood Roast #2

Oczywiście części składowe wiązanek za każdym razem dostajemy inne i czasem uda się sklecić prawdziwą perełkę, rozbrajającą wszystkich przed ekranem telewizora – w tych momentach The Hollywood Roast urzeka. Do tego rozmaitych fraz jest tu ponad dwa razy więcej niż poprzednio. Problem w tym, że na „Dwa małe hobbity sensualnie masują cię moją wielką magiczną laską!” przypada masa zdań typu „Twój pies jest gorszy od twojej siostry” czy „Twoja ex korzysta z komunikacji miejskiej”. Taki absurd sprawdzał się i pasował lepiej w świecie Monty Pythona.

Mimo mojego marudzenia, to wciąż wciągająca gra imprezowa, która dorobiła się kilku nowych pomysłów. Pojawił się system comebacków, czyli trzystopniowy pasek ładujący się wraz z przyjmowanymi obrażeniami, pozwalający dodać jeden z wielu wyjątkowych dla każdej postaci „finisherów” na koniec zdania. Widać też w końcu punktację za poszczególne związki obelg, także punktacja stała się nieco bardziej zrozumiała.

Oh… Sir! The Hollywood Roast #3

Jest też nowość w trybie dla jednego gracza. Każdy z ośmiu „wojowników” może zaliczyć karierę, w której czeka go pięć walk z dodatkowymi wyzwaniami, a te odblokowują nowe comebacki. Szkoda tylko, że wyzwania te są identyczne dla wszystkich postaci, a poziom trudności jest dość niski, ale w pewnym stopniu urozmaica to granie samemu. Głównym daniem jest jednak multiplayer – oczywiście ten lokalny. Jest opcja grania przez Sieć i to nawet cross-platformowo, ale w dniu premiery nie mogłem znaleźć nikogo, niezależnie od pory. Tak czy inaczej, bezosobowe wyzywanie się przez Internet nigdy nie będzie tak zabawne jak ze znajomym na jednej kanapie.

Choć polskie studio Vile Monarch stworzyło prawdziwą perełkę, nie jest to pomysł na rozgrywkę, który uciągnie całą serię gier. Cieszę się, że The Hollywood Roast powstało, bo podstawkę ograłem ze znajomymi na wszelkie sposoby i chciałem więcej, lecz dostaliśmy tu raczej rozszerzenie niż pełnoprawny sequel. Wciąż bawi, ale na własnych nogach nie ustoi. Tyle dobrze, że Plusowcy zakupią grę za 16,80 zł w PS Store, a Steam oferuje pakiet obu gier w promocyjnej cenie 9,59 zł.

Kod do recenzji otrzymaliśmy od dewelopera.