Witamy w Thedas! W fantastycznym świecie, gdzie nie istnieją problemy rasowe między ludźmi, różnice między płciami zostały pokonane i wszyscy są sobie równi. Atawizmy nie istnieją i każdy może kochać się w każdy możliwy sposób. Podobno kiedyś były jakieś problemy z elfami, ale to stare dzieje i obecnie tylko udajemy, że coś takiego miało miejsce. Nasza cywilizacja XXI wieku, pomimo tysięcy lat historii, nie osiągnęła rozwoju społecznego, jaki możemy zaobserwować w świecie gry Thedas. Mam pełen podziw do tego, co zrobiło BioWare i jestem w 100% pewny, że gdyby deweloper tworzył dziś grę dziejącą się w Śródziemiu, to na pewno dowiedzielibyśmy się czegoś więcej o głębokiej relacji pomiędzy Gimlim a Legolasem.

Thedas ma jednak jeden problem. Średnio co parę lat doświadcza jakiegoś kataklizmu grożącego mu zniszczeniem. Ostatnim czasem była to plaga orkopodobnych istot, ale dzisiaj atak następuje z innego „wymiaru”. W świecie rzeczywistym tworzą się wyłomy, a wyskakujące potwory robią to, co każdy szanujący się potwór robić powinien, czyli próbują zniszczyć świat. Postanowiono więc odtworzyć tytułową Inkwizycję - organizację, której celem istnienia jest pokonanie zagrożenia. Tuż przed jej wskrzeszeniem pojawił się Thomas Anderson, znaczy wybraniec, znaczy… Herold Andrasty… w sensie, no… my. Z bardzo przekonującego powodu otrzymaliśmy tajemną moc, dzięki której będziemy mogli zamykać bramy do innego wymiaru, co jest zupełnie nowym podejściem do rozgrywki, którego nigdy do tej pory nie widzieliśmy w The Elder Scrolls IV: Oblivion.  Kierowany przez nas protagonista będzie miał oczywiście głęboką motywację, jaką jest uratowanie świata i swego kochanka, kochankę lub nawet obydwoje na raz. Jedyne, czego tak naprawdę zabrakło mi w wątku głównym, to wniknięcia trochę w historię bohatera. Kto wie, czy nie czają się tam jakieś traumatyczne przeżycia związane z wyrżniętą przez [tu wstaw potwora] wioską?

Tutaj jednak pozwolę sobie na chwilę przerwać ten ton, gdyż wierzę, że wszyscy już zrozumieli, jaki był jeden z moich dwóch największych problemów, które napotkałem przy tym tytule. Wątek główny całej opowieści nie sili się na oryginalność, powtarzając ograne i najbardziej stereotypowe motywy, a tytułowa Inkwizycja powstaje w 15 minut od rozpoczęcia gry, maksymalnie wszystko przyśpieszając. Wątek główny ma kilka lepszych momentów, jak chociażby odwoływanie się do poprzednich części, z którymi, o dziwo, nawet logicznie się łączy, ale przez dłuższy czas towarzyszyło mi uczucie, że deweloper najpierw wymyślił „zróbmy grę o kierowaniu organizacją”, a dopiero potem stwierdził, że potrzebna jest jakaś główna linia fabularna, której stworzenie zlecono stażystom pracującym za wpis do CV.

Dragon Age: Inkwizycja to jednak nie tylko główny wątek czy świat, ale też przede wszystkim sama mechanika rozgrywki. Ta zaś uległa znacznej przebudowie i robi za konia pociągowego produkcji. Poprzednie części serii nie mogło pochwalić się zbyt wygodnym sterowaniem, natomiast w wypadku najnowszej odsłony raczej nie mamy czym się martwić. Bohaterem sterujemy gałkami w sposób znany nam z większości gier trzecioosobowych, ale największą zmianą jest wyrzucenie walki automatycznej. Sami będziemy musieli trzymać twardo R2, aby postać wykonywała swoje animacje ataku. Od czasu do czasu będziemy mogli wykorzystać podpięte pod pozostałe guziki umiejętności specjalne. Tych zaś jest całkiem sporo. Każda z dostępnych klas, zamykające sięw zestawie ŁWC (łotrzyk, wojownik, czarodziej) ma po kilka drzewek umiejętności, dzięki którym możemy wykreować naszego protagonistę tak, jak naprawdę chcielibyśmy go widzieć. Zrezygnowano z tradycyjnego rozdzielania punktów pomiędzy statystykami, ale też nigdy nie byłem przesadnym zwolennikiem tego systemu. Obecny daje nam wystarczającą ilość kombinacji, abyśmy się dobrze bawili. Łotrzyk walczący dwoma ostrzami? Łucznik? Wszystko jest. Dalej mało? Każda z profesji ma możliwość wzięcia jednej z trzech klas prestiżowych.

Oczywiście rozwój postaci będzie wymagał od nas trochę wysiłku, ale zapewniam Was, że jest on tego warty. Umiejętności, które będziemy wykorzystywali, są naprawdę efektowne nie tylko w postaci surowych obrażeń, ale też w aspekcie wizualnym. Naprawdę będziemy czuli wyjątkowość naszej klasy, przeskakując przez cień czy rzucając kolczatki. Walka jest czystą frajdą, tak samo jak rozbudowywanie postaci. Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz narzekałem na mechanikę w grach BioWare. To studio naprawdę wie, jak zadowolić graczy, którzy przychodzą tutaj tylko pozabijać potwory i nabić kolejne punkty doświadczenia, pozyskując w międzyczasie nowe przedmioty. Jedyny niewielki zarzut tyczy się widoku taktycznego. Naprawdę próbowałem go używać, chcąc się do niego przekonać, ale zwyczajnie nie miałem ani takiej potrzeby, ani nawet chęci. Ta gra nie jest aż tak skomplikowana, aby widok z góry przydał się więcej niż kilka razy.



Nowością w serii Dragon Age jest „stół wojenny”. Działa na podobnej zasadzie, co znana z Mass Effect mapa galaktyki. Cały koncept został jednak odświeżony o doradców i rozwiązywanie problemów na różne sposoby. Czasami wystarczy wysłać żołnierzy, ale niekiedy zręczny język naszej dyplomatki poradzi sobie znacznie lepiej. W międzyczasie będziemy także pozyskiwali zaopatrzenie dla naszych wojsk i w mniej lub bardziej bezpośredni sposób kierowali całą Inkwizycją. Pokochałem ten element rozgrywki, w szczególności że naprawdę czuć, iż zarządzamy ogromną organizacją, która ma wielki wpływ na to, co się dzieje w Thedas. W trakcie gry będziemy obserwowali jak dzięki naszym działaniom powoli zmienia się świat, a my stajemy się coraz bardziej wpływowi i zaczynamy oddziaływać na wielką politykę. W międzyczasie powracają starzy znajomi z poprzednich części, których historia wciąż trwa i jest przyjemnym smaczkiem. BioWare naprawdę dobrze zrobiło ten element.

Dlatego tak – Dragon Age: Inkwizycja pod względem rozwiązań czysto mechanicznych jest przyzwoity. Walka jest satysfakcjonująca, rozwój postaci rozbudowany, a zarządzanie Inkwizycją to zbiór bardzo klimatycznych pomysłów. Gdybym miał oceniać grę tylko pod tym względem, to spokojnie dałbym 9, a może nawet 9+. Niestety, przechodząc dalej, chociażby do budowy zadań, pochwały się kończą. Twórcy szczycą się, że produkcja zajmie nam nawet 100-120 godzin. Ja na to odpowiadam, że pasjans zajmie nam nawet całe życie, jeśli będziemy nieustannie rozgrywali nowe partie. Dragon Age: Inkwizycja jest bardzo „przepompowaną” czasowo grą. Realnej zawartości jest może na 30-40 godzin, co oczywiście jest i tak świetnym wynikiem. Problem w tym, że cała reszta to mechanika rodem z World of Warcraft. Idź – przynieś/zabij – oddaj zadanie. Powtórz 100 razy. Tak mniej więcej wygląda połowa gry. Duża część zadań jest naprawdę słaba i wrzucona tylko po to, aby zająć nam czas. Biegając po niektórych lokacjach od BN-a do BN-a czułem się, jakbym grał w jakąś grę MMORPG. W szczególności kiedy doda się do tego system rzemiosła i oczywiście zbieractwo, którego jest od groma. Boli mnie, że BioWare zniżyło się do Ubisoftu i zaczęło pompować swoje tytuły absolutnie nic nie wnoszącymi pożeraczami czasu. Sztuką nie jest zrobienie produkcji, która pozwoli robić cokolwiek przez 100 godzin, a stworzenie gry, gdzie te 100 godzin będzie wyjątkowe i ciekawe. Realnej fabuły i ciekawych zadań jest na maksymalnie 50 godzin. Cała reszta to bezsensowne czynności i uganianie się po całej mapie. Jeśli będę chciał zagrać w MMORPG, to odnowię sobie subskrypcję w jednej z gier tego typu.

Delikatnie zasugerowałem wcześniej, że wątek główny czy pewne rozwiązania nie są najwyższych lotów. Dragon Age: Inkwizycja zalicza niestety podobną wpadkę w wypadku drużyny. Kilka postaci, jak chociażby Solas, są naprawdę dobrze napisane śledzimy ich historie z ogromną przyjemnością. Inne jednak… ugh. Czasami zastanawiałem się, czy w BioWare nie ma jakiegoś agenta konkurencji, który sabotował pracę, bo tak źle napisanych postaci nie widziałem w grach RPG od dawna. Prym oczywiście wiedzie Sera, będąca drużynowym Jar Jar Binksem. Czy naprawdę gry wideo potrzebują Jar Jar Binksa? Jeśli postać wyrywa swoim istnieniem gracza ze świata, serwując mu w świecie fantasy wyrażenia ze współczesnej telewizji, to coś jest naprawdę nie tak.

Większość z Was, jeśli rozważaliście kupno Dragon Age: Inkwizycja, z pewnością oglądała materiały wideo z rozgrywki. Świat jest naprawdę ładny, choć miejscami czuć, że to nie jest jednak grafika godna nowej generacji. Tytuł rekompensuje nam to jednak ogromnymi i wypełnionymi po brzegi lokacjami. Będąc jednak przy silniku graficznym, nie można nie wspomnieć o drugim poważnym mankamencie - są nimi bugi. Naprawdę nie mogę pojąć, dlaczego wszyscy śmiali się z Assassin’s Creed Unity, a na temat Dragon Age: Inkwizycja zapadła kurtyna milczenia. Spadku klatek na sekundę może nie ma, ale z błędów, które spotkamy w trakcie gry, można zrobić całe kompilacje. Rwące się dialogi czy nie wyłączanie się trybu rozmowy dzieje się średnio raz na godzinę, a jeśli będziemy mieli pecha, to utkniemy w połowie wymiany zdań i pomoże nam tylko restart konsoli. Pamiętacie filmik z Napoleonem z AC: U, gdzie w tle poważnego dialogu rozmawiali BN-i? Identyczne sytuacje zobaczymy w Dragon Age: Inkwizycja w wykonaniu naszej własnej drużyny. W paru momentach było zabawnym widzieć rozbieganą i „zawieszoną” na ścianie drużynę, ale w momencie, gdy zaczęło się to powtarzać, to do śmiechu mi już naprawdę nie było. Utykanie w teksturach również nie jest obce tej produkcji i nie raz, nie dwa wczytamy grę, bo wpadniemy w ścianę lub jakaś postać nas przyblokuje. 9/10? 10/10? Gra roku? Naprawdę?

I tutaj dochodzę do konkluzji. Nie będę Wam wmawiał, że Dragon Age: Inkwizycja to gra tragiczna, bo to nieprawda. Z tytułem miałem dwa problemy, z czego jednym były wspomniane wyżej błędy (nienaprawione do dnia dzisiejszego). Drugim jednak jest wątek główny i sam świat. Inkwizycja nie jest złym tytułem, ale to sztandarowy przykład wszystkiego, co w grach wideo jest po prostu złe. Apolityczna seria stała się nośnikiem idei, które są wpychane na siłę. Cały płynący z telewizora szlam, którego raczej staram się unikać, uderzył we mnie jak fala, zmieniając znane mi z Dragon Age: Origins uniwersum w coś, co określiłbym politycznie poprawnym, ale najmniej wiarygodnym tworem fantasy, jaki widziałem w życiu. Tu już nie chodzi o to, żeby przeżyć przygodę czy zanurzyć się w fantastyczny świat. Nie chodzi też o elfy, krasnoludy, czy pradawne zło, tylko o próbę wpłynięcia na gracza poprzez serwowanie mu idei politycznych, jakich ten do tej pory mógł unikać, odwracając się od telewizji i ogólnego „mainstreamu”. Dorzucając do tego coraz częściej spotykane „pompowanie” tytułu na siłę oraz kolejny raz pojawiające się liczne błędy, czuję, że seria zmierza w nie najlepszym kierunku.

To dość smutne, bo sama produkcja, poza swym zabugowaniem, jest względnie przyzwoita. Mechanika jest na wysokim poziomie i towarzyszą jej dobrze zrealizowane pomysły. Pomijając może wątek główny i niektóre postacie, wciąż dostajemy solidne 40-50 godzin rozgrywki wypełnione niekiedy ciekawymi zadaniami, intrygami politycznymi oraz całym systemem zarządzania organizacją. Obok tego jednak stoją liczne, wciąż niepoprawione błędy, WoW-owa struktura całej reszty, Jar Jar Binks i momentami świat przypominający jakąś groteskę czy nawet karykaturę rzeczywistości. Od gier fantasy oczekuję świata fantastycznego, a jeśli chce się poruszyć jakieś poważniejsze tematy, to należy to zrobićw sposób dorosły i dojrzały. Nie jest to na szczęście poziom Dragon Age 2, ale wobec Inkwizycji miałem oczekiwania nieco wyższe. Na razie niestety pozostaje poczekać na trzecią odsłonę Wiedźmina.