Nie ma co ukrywać, WWE 2K15 jest po prostu słabe. Kompletnie nie spełnia pokładanych w nim nadziei i nie ma w sobie niczego, co potrafiłoby mnie przyciągnąć na dłużej. Ubiegłoroczna edycja, mimo bycia typowym średniakiem, potrafiła skraść mi czas dzięki wspaniałemu trybowi 30 Lat Wrestlemanii, w którym śledziliśmy od samego początku losy WWE, zagłębiając się w najważniejsze historie, pojedynki i wzajemne rywalizacje. W tej edycji tego nie ma. Wyrzucono to uznając, że skoro było rok temu, to teraz nikomu nie jest potrzebne. Zamiast tego jest tryb zwany Showcase, będący... niczym innym jak kompletnie pociętymi 30 Latami Wrestlemanii. Oddano nam w ręce historię pojedynków CM Punka z Johnem Ceną (czyli coś, co mnie nie ruszyło z racji mojego uwielbienia do „starego” WWE) oraz Triple H i Shawna Michaelsa. Reszta? Oczywiście kiedyś, w przyszłości, jako płatne DLC.

Yuke's musiało uznać, że nie można czegoś zabierać, nie dając nic w zamian. Jeszcze ktoś się połapie, że przenosząc serię na nową generację, postanowiono zostawić absolutny trzon, by później wszystko dodać na nowo. Tak oto w grze wylądował tryb kariery, którego ostatnio brakowało. I wszystko byłoby bezproblemowe, gdyby nie jeden fakt – kariera jest niesamowicie nudna. Toczymy kolejne pojedynki, które możemy wygrywać jednym, błyskawicznym sposobem. Rzadko kiedy ktoś sprawi nam większy problem, więc idziemy jak rozgrzany nóż przez masło. Najpierw tworzymy oczywiście swojego zapaśnika, a kreator postaci pozwala na całkiem ciekawe modyfikacje, więc można faktycznie spędzić w nim kilka godzin, próbując stworzyć kogoś ciekawego. Później odbywamy treningową walkę pełniącą rolę samouczka i to tyle - ruszamy na podwój świata wrestlingu. I tu zaczynają się największe nudy. Uwierzcie mi, próbowałem jakkolwiek zaangażować się w rozwój „mnie”, ale niestety. Krótkie komunikaty każdego witają nas każdego dnia. Wygramy? Ok, super. Przegramy? Pani manager jest zła i to tyle. Obojętnie czy schrzanimy pojedynek w PPV przez głupią dyskwalifikację, czy nie poradzimy sobie w jednym ze zwykłych sparingów. Każda walka daje nam wirtualną walutę, za którą można kupić trening z zawodowcem (czytaj – przejąć jego ruchy). Punktami SP płacimy za rozwój postaci – umiejętności specjalne oraz bazowe statystyki. Tyle dobrze, że ich rozwój ma faktyczny wpływ na naszego zawodnika, ale nawet jeśli stworzymy kogoś „dopakowanego” na maksa, to i tak jeśli nie opanujemy gry (zwłaszcza reversali), będziemy mieli problem.

Rozgrywka. W teorii tutaj nie powinno być żadnych zmian, przynajmniej tych na minus. Niestety, nie wiedzieć dlaczego, skopano sprawę także i w tym aspekcie. Gra ma jeszcze większy problem z odpowiednią detekcją kolizji zawodników, a i sędzia czasami zaplącze się nam pod nogami. Sędzia. Tak... największa zmora każdego pojedynku. Praca kamery w trakcie walki z reguły jest umiarkowanie dobra, niestety czasami przy walce w parterze głupieje, szurając tam i z powrotem po macie, co wykorzysta sędzia ustawiając się tyłkiem centralnie przed nią. Efekt? Nie widzimy kompletnie nic. Zapomnijcie o udanych reversalach, o ustawieniu się do ciosów. Zapomnijcie o czymkolwiek, jest tylko sędziowski kuper i chybocząca się kamera. Nie mam pojęcia jak to mogło przejść testy, bo to nie jest jednorazowy wybryk. Taka sytuacja zdarza się co drugą walkę i irytuje z każdą kolejną jeszcze bardziej, gdy na wyższych poziomach najmniejszy błąd powoduje przegraną. A wracając do detekcji kolizji. Czasami gra po prostu nie łapie naszych ruchów lub urywa animację, mimo że przeciwnik jest w naszym zasięgu. Ba, tenże przeciwnik, jeśli walczymy w tagowym pojedynku, jest w stanie biec w miejscu, bo pod nogami leży jego znokautowany partner. Większych głupot nie widziałem nawet w 2K14.

Jedyne, w czym faktycznie gra zaliczyła postęp, to grafika. Zabawne jest jednak to, że mimo tego faktu, zawodnicy nadal wyglądają jak plastelinowe postaci, którym brakuje każdego szczegółu. Tak, można ich rozróżnić, ale gdy zobaczymy wpierw jakieś wideo z pojedynku Triple H z HBK, a później wejdziemy do samej gry, to nic tylko załamać ręce. Żaden z nich nie jest do siebie podobny. A gdyby ktoś chciał porównać WWE 2K15 do UFC od EA, to niech tego nie robi, by nie dołować ekipy Yuke's.

Tryb sieciowy? Jeden, wielki lag. Więc na dłuższą metę całość jest niegrywalna. Pozwólcie więc, że w tym przypadku spuszczę na to zasłonę milczenia, bo musiałbym słówko „lag” odmienić przez wszystkie przypadki.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że dałoby się nawet grać w ten tytuł w krótkich sesjach. Może nawet w dłuższych, gdyby nie okropnie długie czasy wczytywania kolejnych ekranów menu. Grając w trybie kariery wchodzę jak najrzadziej do jakiegokolwiek innego ekranu niż następnego pojedynku. „Wczytywanie, wczytywanie, wczytywanie”. I tak co kilkanaście sekund na kilkanaście sekund. Dorzućmy do tego jeszcze wolniejszą walkę, która teraz przypomina wyprowadzane sekwencje ciosów bez jakiejkolwiek płynności.

Niestety, ale tegoroczna odsłona dobitnie pokazuje, że Yuke's powinno sobie dać spokój z serią, bo przestało sobie z nią radzić dawno temu. Rokroczna stagnacja zniechęca kolejne osoby, a perspektyw na poprawę nie ma żadnych. Nie w tym momencie. I w niedalekiej przyszłości chyba też nie. A szkoda, bo „stare ale jare” Smackdown vs Raw rozpaliło we mnie kiedyś uwielbienie do wrestlingu. WWE 2K je za to skutecznie gasi. W tym roku zrobiło to prawie że definitywnie.