Jedyny minus, który odczują wyłącznie osoby nabywające wersję na poprzednią generację konsol, to brak dostępnego dodatku bez podstawki za niższą cenę. Nawet jeśli posiadacie Diablo III kupione rok temu, to musicie kupić Ultimate Evil Edition, by cieszyć się piątym aktem i sporymi nowościami. Tego problemu nie mają osoby, które zdecydują się kupić tytuł na konsole tej generacji. Tutaj dostajemy wszystko w jednym pudełku z zapewnieniem dalszego wsparcia.

A samych nowości w grze jest tyle, że mamy do czynienia z kompletnie inną produkcją niż pierwsze wydanie Diablo III na konsolach, które przecież i tak różniło się od PC-towej edycji. To, na co stawia Ultimate Evil Edition, to jeszcze intensywniejsza rozgrywka i współpraca graczy. A jeśli ktoś nie chce grać z kimś innym, to i tak pewne aspekty systemu w bardzo dobry i, co ważniejsze, nieinwazyjny sposób wykorzystują możliwości społecznościowe PlayStation 4.

Chodzi tutaj głównie o system Nemesis i wysyłanie prezentów innym graczom. Podarki wysyłamy ręcznie, co przydatne jest, jeśli mamy mnóstwo unikalnych przedmiotów, ale słabszych w stosunku do tego, co posiadamy, a chcemy komuś pomóc w grze. Ułatwić to ma również składanie zestawów. Już nie trzeba wspólnie grać i inicjować wymiany, co – uwierzcie – było uciążliwe. Drugą opcją, tą ciekawszą, są automatyczne prezenty lecące z przeciwników – prawie zawsze są to albo przedmioty z zestawu, albo te unikalne. Dostajemy wtedy loot z adnotacją, że to prezent dla kogoś z naszej listy znajomych, wysyłamy i nasza paczka czeka w skrzynce kolegi. Z tym też związany jest system Nemesis. Gdy zabija nas jakiś przeciwnik, istnieje szansa, że u kogoś z naszej listy znajomych pojawi się ta kreatura. Jeśli komuś uda się ją zabić – dostaje przedmioty i przesyłkę dla nas. Jeśli zginie – potwór staje się silniejszy i atakuje kolejnego gracza. I czyni to tak długo, aż zostanie zabity. W trakcie gry spotkałem Nemesis mającego na koncie kilkanaście trupów i dlatego bardzo szybko dołączyłem do jego ofiar. W takich przypadkach podoła jedynie grupa czterech wprawionych w bojach wojowników.

Blizzard oddał nam możliwość importu postaci z wersji na PS3, z czego też błyskawicznie skorzystałem, przenosząc mojego Demon Huntera na PS4. Całość jest prosta do zrobienia i zajmuje kilka chwil. Po wykonaniu tej czynności, odpaliłem od razu piąty akt i na dzień dobry trafiłem na ścianę z poziomem trudności. To, co w podstawce wystarczyło, by przebiegać przez poziom trudności Torment, tutaj okazuje się zwyczajnie za słabe, a przecież to cały ekwipunek 60. poziomu. Tym samym szybko musimy wziąć się za zbieranie wartościowych przedmiotów, co idzie znacznie łatwiej niż w jakiejkolwiek innej wersji. W moim przypadku wypadały średnio cztery legendarne i jeden przedmiot z zestawu na dwie godziny gry, co jest wynikiem bardzo dobrym. Dopracowano na szczęście profilowanie statystyk przedmiotów. Szanse, że gra wyrzuci nam konkretny łuk z bonusem do inteligencji są bardzo małe, a nawet jeśli – jest nowa postać odpowiadająca za transmogryfikację i wymienianie właściwości przedmiotów. Oczywiście całość jest losowa, ale możemy to wykonać nieskończoną ilość razy, pod warunkiem posiadania odpowiednich zasobów.

Mimo że największą nowością jest tryb Adventure, w który wrzucono zlecane nam misje oraz Szczeliny Nefalemów, to na początek postanowiłem sprawdzić piąty akt, w którym mierzymy się ostatecznie z Malthaelem. I tak jak narzekano na pastelowe kolory podstawki, tak tutaj wszystko jest skąpane w odcieniach szarości i czerwieni oraz wymieszane z mrokiem, gdyby komuś było go za mało. Mamy do czynienia z kompletną zmianą klimatu, co Blizzard uwielbia praktykować od dawna. W Diablo II dodatek o tytule Pan Zniszczenia zabierał nas na górę Arreat, która klimatem odróżniała się od gnuśnego Kurast czy pełnego czerwieni Piekła. Tutaj z kolorowej podstawki wróciliśmy do poważniejszej i bardziej stonowanej kolorystyki. Nowi przeciwnicy pasują do lokacji, w których biegamy, podobnie jak bossowie, których przyjdzie nam sklepać. Dodatkowo na co drugim kroku widać, że wzorowano się na Diablo II. Jako przykład mogę podać szukanie grobowca Tal Rashy w poprzedniej odsłonie i bieganie za wejściem do zrujnowanego, starożytnego miasta Nefalemów – Corvus – w obu przypadkach wygląda to identycznie. Wracając do samego piątego aktu – całość pękła dosyć szybko i jedynie Malthael sprawił mi drobny kłopot. Wbijanie dodatkowych poziomów poszło bardzo sprawnie – podniesiono maksymalny level postaci do 70., oferując jednocześnie wbijanie paragonów w nieskończoność, co przekłada się na znaczący rozwój naszego bohatera. Doszły także nowe przedmioty rzadkie i unikatowe, nowe zestawy do złożenia z recept oraz poszerzono backstory naszych towarzyszy poprzez kilka rozmów i zadań, które wykonujemy. Sama historia również została lekko poszerzona, głównie w postaci opowieści o Krzyżowcach. Dlaczego? Albowiem w grze zjawił się przedstawiciel tego zakonu. Klasa krzyżowca jest pewnym połączeniem defensywnie usposobionego paladyna z ofensywnie walczącym barbarzyńcą. Dla wielu – to idealnie wyważona w kwestii ofensywy i defensywy postać z interesującymi umiejętnościami. Jednak nadal najbardziej przesadzony pozostaje mnich. Oczywiście w dobrych rękach.

A co z trybem Przygodowym? Tutaj nie jesteśmy ograniczani postępami fabularnymi. Wybieramy od samego początku lokację, do której chcemy się udać i robimy to w dowolnej kolejności. By jednak nas nie wynudzić, dorzucono zlecenia, które polegają najczęściej na wybiciu określonej ilości potworów i jednego z elitarnych „złych”. Za wykonanie zadanie dostajemy złoto i punkty doświadczenia, a gdy zrobimy je wszystkie – w podzięce od Tyraela dostajemy specjalny kuferek z losowo generowanymi skarbami. Jedną z nagród są także kawałki szczeliny Nefalemów. Po zebraniu odpowiedniej ilości, możemy w obozie otworzyć tajemnicze przejście do losowo generowanych lokacji z wymieszanymi przeciwnikami, gdzie ilość rzadkich przedmiotów występuje równie często jak elitarni przeciwnicy. Celem jest tutaj wybicie określonej ilości wrogów, aby wywołać strażnika. Można to robić oczywiście samemu, ale w tym przypadku czteroosobowe rajdy są esencją rozgrywki. Za kończenie między innymi szczelin Nefalemów otrzymujemy krwawe odłamki, które możemy wymienić u nowego kupca, który generuje nam losowy przedmiot z danej kategorii. I właśnie te dodatki stanowią o sile Diablo III, które na PS4 wreszcie działa w 1080p i stałych 60 klatkach na sekundę, oferując grafikę identyczną z tym, co przedstawiały PC-ty w najmocniejszej konfiguracji. Oczywiście sama grafika nie robi wielkiego wrażenia, ale to nie o to chodzi w tej produkcji. Ważne, że na ekranie może znajdować się kilkadziesiąt jednostek jednocześnie, wokół latają efekty cząsteczkowe, a całość nie zwalnia nawet na sekundę.

I tak, mamy do czynienia z faktycznie ostateczną edycją, którą polecę każdemu fanowi gier hack 'n' slash. Nic lepszego nie dostaniecie na konsolach prawdopodobnie do czasu Diablo IV za kilkanaście lat.