Ce sont les meilleures équipes…

 

Za oknem zimno, znacznie częściej pada niż pojawia się słońce, a dodatkowo skończyły się w kuchni ogórki. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią mi, że nadszedł czas piłkarskich wydarzeń okraszonych dwoma literkami - „L” oraz „F”. Pierwsza symbolizuje Ligę Mistrzów, która ponownie pozwoli mi jednoczyć się z toną chrupek, przekąsek i kanapek przed telewizorem. Druga spółgłoska to oczywiście znak nowej FIFY, czyli nowe składy, kilka innowacji i cała tona spotkań do rozegrania.

 

Wszystko rozpoczęło dokładnie 10 września, kiedy na mojej konsoli zagościła wersja demonstracyjna FIFY 14. Kilka składów, jeden stadion i wielkie zaskoczenie – czy ta piłka musi tak odskakiwać? Po pierwszym kontakcie z nową odsłoną  pomyślałem, że to pewnie błąd, który zostanie naprawiony po pierwszej łatce. Później zerknąłem na kampanię promocyjną FIFY i zrozumiałem, że programiści postanowili urozmaicić grę tworząc „realistyczną piłkę”. Każdy kolejny mecz i jednocześnie dość zaskakujące wydarzenia na boisku przekonały mnie, że twórcy tym razem wykonali kawał dobrej roboty.

 

 

Rozpoczynamy mecz!

 

To co na początku mi tak bardzo przeszkadzało już po kilku spotkaniach okazało się wielkim atutem. „Elektronicy” ożywili piłkę i sprawili, że jest teraz integralną częścią spotkania. Futbolówka nie jest już przyklejona do piłkarza i nawet Messi musi skupić się na dokładnym opanowaniu piłeczki. Nie można przedzierać się przez całe boisko, a jakikolwiek kontakt z obrońcą kończy się stratą. Już w poprzedniej FIFIE „atak na pałę” był trudny do wykonania, ale teraz – dzięki zmianom – jest już praktycznie niemożliwy. Trzeba kombinować i układać taktyki.

 

Ale zacznijmy od początku – nowa FIFA została przemodelowana w wielu miejscach. Na pierwszy rzut oka mamy nowe menu, które bez wątpienia podzieli graczy. Jedni lubią kafelki, innym przeszkadzają, ale możecie mi wierzyć – jeśli po kilku godzinach gry w „czternastkę” wrócicie na chwilę do poprzedniej odsłony, poczujecie, że zmiany nie są jednak takie złe. Wszystko zostało dobrze przygotowane, w odpowiedni sposób ułożone, a przechodzenie pomiędzy zakładkami odbywa się szybko i bezboleśnie. Zmiany na duży plus.

 

W zasadzie każdy tryb w grze doczekał się małych, kosmetycznych zmian – kariera została upiększona o „globalną sieć transferową”, czyli poszukiwaczy talentów, których możemy wysyłać w różne zakątki świata. Panowie poszukują dla nas piłkarskich skarbów i jeśli złowią jakąś "grubą rybę", możemy ją zwerbować do naszego klubu. W sezonach konsolowcy w końcu mogą zaznać pojedynków „dwa na dwa”. Do zabawy możemy zapraszać znajomych i wspólnie pokonywać inne drużyny. Rywalizacja zespołowa to nie tylko klikanie i wrzucanie piłki na wysokich napastników – niezwykle ważna jest taktyka i odpowiednie zgranie. By sięgnąć po najwyższe laury w grze zespołowej, spędzicie wiele godzin na mozolnym, ale na pewno ogromnie satysfakcjonującym, treningu.  

 

Wiele innowacji pojawiło się w FIFA Ultimate Team – „Elektronicy” słuchają fanów i wprowadzają długo wyczekiwaną wyszukiwarkę po nazwiskach. Także dzięki reakcji sympatyków FUT-a, gracze dostali możliwość większej ingerencji w zespół – teraz między innymi możemy ustawić numer koszulki dla danego zawodnika, czy też wybrać jego rolę w spotkaniu. Gracze otrzymali dużo swobód w konstruowaniu akcji poprzez wyznaczanie zawodnikom różnych poleceń – poprzez „dodatki” możemy polepszyć grę głową Benzemie, a Robbenowi usprawnić atak skrzydłami. Całość sprawia, że uczymy zawodników reakcji, które skutkują odpowiednim zachowaniem w danej sytuacji na boisku.

 

 

Jeśli narzekaliście, że FUT miał małą liczbę lig, to szykujcie się na męczące wdzieranie się do „ekstraklasy”, ponieważ teraz rozpoczynamy zabawę w dziesiątej dywizji. Daleka droga po upragnione złoto jest urozmaicona przez chemię – teraz jeśli przykładowo zadbamy o dobre relacje na linii atak-pomoc, możemy liczyć na podnoszenie statystyk naszych kopaczy.

 

Ciekawe zmiany zostały wprowadzone również  w przerwie meczu. Teraz dostajemy nowe menu, które pozwala na szybkie dokonanie zmian w ustawieniu zespołu – patent ten przyda się w wielu sytuacjach, przykładowo, gdy odbijamy się od zaparkowanego autobusu, a musimy jak najszybciej skonstruować składaną i efektywną akcję. Istotną nowością pauzy jest ukazanie kondycji naszych grajków – możemy szybko sprawdzić, czy jeden z zawodników nie złapał zadyszki i jeśli jest taka potrzeba dokonujemy zmiany. Także w tym miejscu wszystko przedstawione jest na kafelkach, ale tak jak wcześniej wspomniałem, całość działa dobrze i co najważniejsze – bardzo płynnie.

 

Elektronicy postanowili zadbać odrobinę o nasze ego. W wielu miejscach - przykładowo w Ultimate Team, czy także po meczu – jesteśmy bombardowani dużą ilością ciekawych statystyk. Ilość dokładnych podań, posiadanie piłki, passa, a także przejrzysta historia rywalizacji. Twórcy świetnie dobrali szatę graficzną, a statystyki ułożyli tak, aby nie przeszkadzały, a dodatkowo sprawiały wiele frajdy.

 

Gracze preferujący zabawę z piłeczką na świeżym powietrzu nie będą narzekać – twórcy przygotowali wiele nowych mini-gierek, które sprawią, że szlifowanie wyników stanie się zdecydowanie ciekawsze. Trafianie do małych bramek, strzelanie w kartony, wrzucanie piłki w odpowiednie miejsca, a nawet gra w „dziadka” – konkurencji jest naprawdę wiele, a całość została korzystnie rozszerzona. Dlatego osoby lubiące rywalizować ze znajomymi spędzą wiele godzin na Skill Games.

 

To już druga połowa…

 

Jeśli pierwsza część recenzji nastawiła Was na huraoptymizm to muszę Was zmartwić – FIFA nie jest tytułem idealnym. W zasadzie nadal ma stare nawyki, z którymi musimy żyć. Wspomniałem o inteligentnej piłce i tak samo jak potrafi nas czasami pozytywnie zaskoczyć – gdy piłka odbije się od obrońcy i wpadnie w bramkę – tak czasami gubi się w natłoku piłkarzy i pojawia się w dość niespodziewanych miejscach. Nie jest to częsty problem, ale silnik gry potrafi zwariować, a następstwem tego są dość nienaturalne sytuacje. Nadal zdarzają się błędy ze spalonym, sędzia potrafi odgwizdać  karnego „z kapelusza”, ale w sumie porównując to do ostatnich perypetii w Lidze Mistrzów, czy też Primera Division – EA idzie w realizm. Jednak jestem pewien, że nie o taką autentyczność walczyli programiści. Błędy, które pojawiły się przy wprowadzeniu „impact engine” wciąż występują, ale jest już ich zdecydowanie mniej.

 

 

Dość istotnym problem jest balans rozgrywki – już w dniu premiery „Elektronicy” zapowiedzieli, że w najbliższym czasie wydadzą stosowne łatki, które sprawią, że niektóre zagrania będą mniej skuteczne, a inni zawodnicy odrobinę słabsi. Są to oczywiście problemy do naprawienia, ale odrobinę irytuje fakt, że w „finalnym” kodzie pojawiają się takie błędy. Aktualnie prawie każde dośrodkowanie, gdy mamy odpowiednio rosłego napastnika, ląduje w siatce.

 

Gra wygląda bardzo podobnie do zeszłorocznej edycji, ale nie możemy wymagać zbyt wiele od sprzętów, które są na rynku ponad 7 lat. Zapewne listopadowe premiery  zaskoczą, ale na prawdziwy „skok” musimy zaczekać przynajmniej do przyszłej jesieni. Z głośników nadal wydobywają się sympatyczne kawałki, jednak pisząc te słowa usilnie próbuję sobie przypomnieć przynajmniej jedną piosenkę – niestety, nie jest tak jak choćby w zeszłym roku, że soundtrack leciał w moim odtwarzaczu przez kilka miesięcy. Jest dobrze, ale stadionów nie porywa.

 

Problemem jest polski komentarz, który chyba w żaden sposób nie zmienia się od kilku lat. Jeśli śmieszyły Was gafy Szpakowskeigo trzy sezony temu, to teraz mogą już po prostu nużyć i męczyć. Dodatkowo pojawiły się nowe niedopatrzenia, dla przykładu – często podczas spotkania usłyszycie tekst odnoszący się do gry drużyny, jednak jest to tylko zmieniona linijka tekstu, którą w zeszłym roku pojawiała się w opowieści o jednym zawodniku. Gdzie tutaj problem? W odmianie słów, albo raczej braku owej odmiany. Takich błędów jest coraz to więcej, nie wspominając już, że historię o Allianz Arenie słyszę od 3 lat, ciągle to samo zdanie, ciągle gdy odbywa się mecz na stadionie Bawarczyków. Na szczęście zawsze możemy przełączyć komentarz. 

 

 

Doliczony czas…. I karne!

 

Nowy tytuł od Electronic Arts wnosi ogrom nowości i świeżości. W zasadzie gdy pierwszy raz dotknięcie pada możecie mieć podobne uczucie jak dwa lata temu i pomyślicie - „muszę na nowo uczyć się grać”. Tak właśnie jest – dostajemy tutaj przebudowany silnik, który wymaga od nas nowych taktyk, nauczenia się troszkę innego stylu gry. Ale gdy już to wszystko podłapiemy i zagramy kolejne spotkanie… Radość i uśmiech na twarzy nie znika! A gdy Muller strzeli z 25 metra bombę w samo okienko – euforia gwarantowana. Tytuł pomimo swoich wad daje ogrom satysfakcji. Mamy tutaj mnóstwo innowacji, które pokazują, że autorzy cały czas starają się coś zmieniać, ciągle polepszać i pewnie będzie tak przez kolejne 50 lat.

 

Dlaczego zatem FIFA sprzedaje się o 24% gorzej w Wielkiej Brytanii od poprzedniej serii? Sprawa jest banalnie prosta – tuż za rogiem patrzy na nas nowa generacja i ogromna część sympatyków piłki po prostu nie chce inwestować w stare maszynki. Także pojawia się ”problem” z grafiką, który sprawia, że część graczy kręci nosem i woli po prostu zaczekać.

 

Jeśli jednak lubicie dobrą piłkę i nie zamierzacie aktualnie inwestować w next-gena, biegnijcie do sklepu! Ta gra da Wam ogrom satysfakcji i śmiem twierdzić, że gdyby nie tegoroczna premiera PlayStation 4 oraz Xboksa One i gdyby twórcy spędzili troszkę więcej czasu na wyeliminowaniu podstawowych błędów, to FIFA 14 zyskałby miano „jeden z najlepszy gier serii”.