Rayman Legends to tytuł doskonały. Idealny przykład zarówno prawidłowo przygotowanej kontynuacji, jak i gry niesamowicie wciągającej, ale dostępnej zarówno dla dzieci, jak i doświadczonych dorosłych graczy. Konstrukcja poziomów sprawia, że przez większość z nich da się przebiec w ciągu kilku chwil, ale zebranie wszystkich sekretów wymaga zręcznych palców i poświęcenia dodatkowego czasu na kolejne próby.

Już wersjom na PlayStation 3 i PS Vita, które miałem wcześniej przyjemność ogrywać, trudno było cokolwiek zarzucić. Gra, jak na platformówkę 2D, była długa, oferowała szeroki wachlarz różnych światów i poziomów, a także setki znajdziek. Sterowanie było bardzo precyzyjne, grafika ostra jak brzytwa, a animacja płynna. Dodatkowo autorzy zaskoczyli sporą liczbą innowacji w stosunku do bardzo udanego Rayman Origins (z którego niektóre poziomy powracają w zremiksowanych wersjach). Do najciekawszych spośród nich zdecydowanie należało zaliczyć poziomy muzyczne, w których tle słychać bardzo kreatywne aranżacje znanych melodii, a akrobacje wykonywane przez Raymana muszą idealnie zgrywać się z rytmem piosenki.

Do już świetnej gry edycja na nową generację konsol dokłada kilka usprawnień. Najpierw należy wypunktować poprawki w warstwie technicznej Rayman Legends. Animacja teraz cały czas trzyma stałe 60 klatek na sekundę, a rozdzielczość to „mityczne” 1080p. Dodatkowo autorzy zmienili odrobinę paletę kolorów, dzięki czemu są one żywsze i całość prezentuje się jeszcze lepiej. Obraz sprawia też wrażenie ostrzejszego.

Warstwie technicznej właściwie nie da się nic zarzucić, szczególnie, że poprawiono jedną z największych wad oryginału, czyli czasy ładowania poziomów. Nie były może one jakieś wyjątkowo długie, ale bieganie sylwetką Raymana w oczekiwaniu na prawdziwą zabawę potrafiło przy dłuższych sesjach irytować. W przypadku edycji na PS4 możemy o tej niedogodności zapomnieć. Wskakujemy naszym bohaterem do obrazu, mijają dwie, może trzy sekundy i już jesteśmy w wybranym świecie.

Kolejną nowością, którą chwalili się przedstawiciele Ubisoftu w marketingowych komunikatach, jest camera mode. Tryb ten działa w ten sposób, że w każdym momencie możemy kliknąć panel dotykowy na padzie unieruchamiając akcję na ekranie. Następnie, za pomocą ruchów palców, przybliżamy i oddalamy obraz, aby uzyskać najciekawsze ujęcie. Tym możemy się standardowo za pomocą opcji share pochwalić na Facebooku czy Twitterze. Trudno mi określić całą tę opcję inaczej niż jako pierdołkę.

Innym drobiazgiem, który nie może wpłynąć znacząco na ocenę całej produkcji, ale dającym odrobinę frajdy, jest możliwość „zdrapywania” kuponów, otrzymywanych za zebranie odpowiedniej liczby Lumów na danym poziomie. Robimy to poprzez przesuwanie palca po panelu dotykowym (to już akurat było na Vicie), a z głośniczka wewnątrz kontrolera słyszymy sugestywny dźwięk. Podobnie zbyt wielu punktów nie można przyznać za obecność dodatkowego kostiumu dla Raymana, inspirowanego postacią Edwarda Kenwaya z Assassin’s Creed IV: Black Flag. Niby fajnie, że jest, ale nic by się nie stało, gdyby go nie było.

Zawodzi natomiast na całej linii opcja Remote Play. Jest ona oczywiście zaimplementowana, ale obniżona jakość grafiki oraz częstotliwość odświeżania obrazu znacząco zmniejszają przyjemność czerpaną z zabawy. Jeśli chcecie grać na Vicie, po prostu zakupcie wersję dedykowaną tej konsoli. Jeszcze większym zawodem jest brak możliwości wykorzystania PS Vita, jako drugiego kontrolera, w ten sposób, w jaki Padlet był używany w edycji na WiiU. Tam jedna osoba mogła sterować przemierzającym na piechotę poziom Murphy’m, natomiast druga za pomocą kontrolera dotykowego ułatwiała mu wędrówkę, uruchamiała przełączniki, przesuwała platformy.

Niestety, w edycji na PS4 możemy te poziomy pokonywać wyłącznie w tradycyjny sposób, uruchamiając funkcje dostępne na innych platformach jako dotykowe za pomocą kółka. Zmienia to czasem ich poziom trudności (raz na ciut wyższy, raz - ciut niższy), ale zdecydowanie negatywnie wpływa na radość czerpaną z zabawy. Programiści z Ubisoftu nie zdecydowali się też na implementację opcji Cross-Save, umożliwiającej przenoszenie stanu gry między różnymi wersjami, tłumacząc to różnicami w ich konstrukcji.

Przez większość tego tekstu narzekałem na Rayman Legends na PS4, wytykałem grze błędy i brak nowości. No i faktycznie w żadnym momencie nie napisałem nieprawdy. Z drugiej strony warto jeszcze raz mocno podkreślić, najnowsze przygody stworka bez rąk i nóg (jedynie z lewitującymi dłońmi i stopami) są platformówką prawie idealną, a żadna z wymienionych wad nie wpłynęła specjalnie negatywnie na przyjemność z obcowania z nią.

Grę da się skończyć zależnie od skłonności do maksowania poziomów w 8-12 godzin. Do tego dochodzą codzienne i cotygodniowe wyzwania serwowane graczom przez Ubisoft oraz emocjonująca kooperacja lokalna do 4 osób. Jeśli nie mieliście jeszcze przyjemności zapoznać się z tym tytułem to edycja PS4 jest pod względem technicznym najlepszym wyborem. Gdyby nie rozczarowujący brak możliwości wykorzystania PS Vita w roli wspierającego kontrolera, byłaby to bez wątpienia wersją najbardziej rajcowną (ten tytuł zostaje niestety cały czas przy wersji na WiiU). Warto się na nią wykosztować, szczególnie patrząc na zupełny brak nowych tytułów na next geny. Te dopiero w najbliższych tygodniach powinny zacząć się pojawiać i oby nie rozczarowały. Graczom oszczędnym polecam natomiast zwrócenie uwagi na edycje PS3 i PS Vita, bo pewnie niedługo znajdą się w koszach z przecenami. Takie gry się przecież w obecnych czasach specjalnie dobrze nie sprzedają…