Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że odpalając WWE '13, włączając tryb w którym przeżywamy początki sukcesu ery Attitude czułem się jak parolatek ślęczący przed TV i oglądający popisy Stone Colda, Triple H i mojego ulubieńca – The Undertakera. Jeśli w ten sposób Yuke's chciało przypodobać się graczom, to częściowo to się udało bez wątpienia.

Jednak w przypadku tego tytułu, graczy trzeba rozdzielić na dwie grupy – osoby, które grały w poprzednie części, oraz ludzi, którzy pierwszy raz dorwali się do WWE, w tym przypadku '13, lub wrócili do serii po przerwie. Pierwsza grupa nie znajdzie w grze aż tyle nowości, które mogłyby usprawiedliwiać wydawanie 200 złotych na ten tytuł. Poprawiony tryb WWE Universe, poprawiony online, który i tak sprawia problemy to jednak jest za mało. Jeśli ktoś jest nowicjusze, lub osobą po dłuższej przerwie jak ja – znajdzie w WWE '13 dużo więcej świeżego mięska. Zacznijmy jednak od tego, co dla mnie i podejrzewam dla wielu będzie głównym gwoździem programu – kampanii Attitude dzięki której poznajemy historię sukcesu rozkręconego przez promotora Vince'a McMahona, którego „konflikt” ze Stevem Austinem był motorem napędowym, który pozwolił wyszarpać rynek z rąk WCW, które niebezpiecznie zaczęło zagrażać WWF (aktualnie WWE z powodu procesu wytoczonego przez firmą posługującą się podobnym akronimem).

Dlaczego ta lekcja historii? Bowiem to samo otrzymujemy razem z wyborem tej kampanii. Wszystko ładnie omówione, z oryginalnymi wstawkami z walk, opisem wydarzeń i zawodników. Całość podzielona jest na kilka segmentów w których mamy najważniejsze walki z wybranych gal. Każda z nich ma główny cel, a także inne – dodatkowe, które są identyczne jak prawdziwe wydarzenia. A to komuś obić łeb koszem na śmieci, a to odpowiednio zmiękczyć zawodników ewentualnie zakończyć walkę przy pomocy KO. Wykonywanie dodatkowych zadań pozwala nam odblokować nowe areny, nowych zawodników lub skórki dla aktualnie dostępnych. Tryb Attitude jest najmocniejszym punktem tej gry i jest zrobiony wręcz fantastycznie i całość przy nim gdzieś schodzi na dalszy plan.

Pozostałe tryby nie różnią się od tego co mieliśmy już rok temu. WWE Universe pozwala na rozgrywanie poszczególnych gali z możliwością edycji różnych zasad czy dostępnych i ustalonych z góry zawodników w danej karcie walki. Tak jak w prawdziwym świecie, jest parę zwykłych walk i walka wieczoru. Im większy kaliber gali, tym więcej później specjalnych wydarzeń jest. Na pochwałę zdecydowanie zasługuje edytor w którym stworzyć możemy swojego wrestlera. Dostępnych opcji edycji mamy od groma i dzięki opcji udostępnieniu naszych tworów i pobrania ich z sieci, dostępni są już zawodnicy, którzy nie pojawili się w grze jak na przykład Goldberg. Tak stworzonym zawodnikiem możemy sobie grać w każdym wybranym przez nas trybie, oprócz Ery Attitude, co jest logiczne. Kuleje nadal tryb online, który mimo lepszej funkcjonalności, nadal ma mnóstwo problemów z połączeniem i wieszaniem nie tylko gry, ale i całej konsoli. Tyle dobrze, że gdy oczekujemy na przeciwników, nie musimy siedzieć i się nudzić, bo gra przydziela nam boty byśmy mogli sobie powalczyć.

Sam system walki nie odbiega znacznie od tego co znamy z wielu gier o wrestlingu. Łącząc ciosy z odpowiednim wychyłem gałki analogowej wykonujemy odpowiednie ciosy przypisane danym zawodnikom. Tak, każdy z nich ma takie same ruchy jak w rzeczywistości ma lub miał, zależy od tego kim walczymy. Oprócz tego standardowo – chwyty i rzucenia przeciwnika o liny/w narożnik, a także możliwość posadzenia w narożniku i wykonania ciosu specjalnego. Ci, którzy znają zasady wiedzą, że i za ring możemy wyjść, ale tylko do maksymalnego 9 w liczeniu. Oczywiście każdą opcję możemy sobie zmienić, włączyć nieograniczoną ilość specjalni i finisherów, brak liczenia za ringiem czy zależne od rodzaju walki – dodatkowe narzędzia przemocy fizycznej. Walczyć można bowiem nie tylko na zwykłym ringu, ale w i klatce, są walki z zasadą „I quit”, TLC, Inferno czy pojedynki w trójkę. No i zawsze możemy „przylutować” sędziemu jak nam się znudzi. Ot taki smaczek. Całość gameplayu wypada bardzo pozytywnie i choć często kamera swoim nierozgarnięciem psuje nam uciechę, to otoczka, klimat i komentatorzy nadrabiają całość. Chociaż jeśli kamera pokaże wam widok spod ringu – to nic dziwnego. To niestety zdarza się zbyt często i jest upierdliwe najbardziej gdy biegamy poza ringiem.

Jedyne czego mógłbym się konkretnie doczepić to grafiki, która jest po prostu średnia. Już pal licho kibiców i wszystko poza ringiem, bo wygląda to tak jak trybuny w dowolnej serii piłkarskiej – bardzo słabo. Pal licho jednak mało płynną animację niektórych ruchów – to wrestling, tu pewne rzeczy są robione specyficznie. Wybaczyć nie mogę jednak przenikania zawodników, gdyż co jak co, ale w takim tytule nie powinno tego być. Nie jest to nagminne, ale czasami nienaturalnie przełożymy rękę przez nogę przeciwnika i cały czar pryska gdzieś nad ringiem. A gdy gra nie wychwyci nam wykonywanego chwytu, lub nasz zawodnik przeturla się z teleportacją – wesołu już nie jest. Bolą także słabe modele wrestlerów. Niektórzy wyglądają dobrze, ale w większości jest kolejny regres. Nie szukając daleko – w TNA Impact modele wyglądały znacznie lepiej, a gra jest dużo, dużo starsza niż WWE '13. Z dźwiękiem jest wszystko w porządku i pasuje do całości, ale to jest akurat oczywiste, w kwestii licencji THQ nie dało ciała w żadnym aspekcie.

Całość jest bardzo podobna do WWE '12. Owszem, naprawiono niektóre błędy, głównie z online, ale pojawiły się nowe jeśli wierzyć znajomym, którzy mieli do czynienia z poprzedniczką dłużej niż chwilę na imprezie jak w moim przypadku. Ogromnym plusem jest era Attitude, a jeśli ktoś nie jedzie na sentymencie, to pozostała ilość (ogromna) zawodników, a kolejni poprzez DLC w drodze – zadowoli każdego wybrednego. Niektóre błędy zostaną pewno poprawione, ale to jednak melodia przyszłości i na ten moment WWE '13 jest solidnym tytułem. Bez iskry bożej, ale idealnym dla fanów wrestlingu. I to tyle, wam polecam się zapoznanie jeszcze z materiałami dodatkowymi gdybyście nie byli zdecydowani, a ja idę walczyć Triple H i The Undertakerem w rytm jego klasycznej wejściówki na ring.