I na PlayStation 3, po kilku długich latach, w sumie niewiele się zmieniło. Szkopuł tylko w tym, by rozstrzygnąć czy jest to niezaprzeczalna zaleta czy raczej dyskwalifikująca wada najnowszej odsłony przygód Kazumy Kiryu.

Kazuma to kanoniczny madafaka z przeszłością. Tym bardziej nie dziwi więc fakt, iż postanowił on zerwać z fachem gangstera i założył własny sierociniec. Cukierkowy klimat ośrodka na Okinawie z pierwszych godzin gry wylewa się z ekranu hektolitrami. Protagonista rozwiązuje problemy młodzieży, otacza ją ciepłem domowego ogniska i pragnie uchronić przed tym, czego sam był świadkiem. Szczerze? Zaskoczenie utrzymuje się nie tylko za sprawą spokojnego i wyważonego tempa rozgrywki, ale też dzięki dojrzałości w próbie podjęcia tego nadzwyczaj trudnego tematu. Każdy z ośmiu podopiecznych ma swoją własną historię, która raz śmieszy, raz bawi, a jeszcze innym razem wzrusza i każe zastanowić się nad własnym postępowaniem. Jest emocjonalnie, dojrzale, w końcu pojawiają się też łzy kręcące się w kącikach oczu. Szkoda tylko, że jedynie w prologu do głównych wydarzeń stanowiącym pierwsze cztery rozdziały, bo cała reszta to naiwna bajeczka o niedorzecznej intrydze politycznej mającej na celu przejęcie terenu na którym stoi wybudowany przez głównego bohatera sierociniec. I o honorze, miłości, przyjaźni oraz braterstwie, bo jakże by inaczej. Nie jest to poziom przekazu Heavy Rain, jednak SEGA pojechała ostro po bandzie. Dla mnie na plus, bo opowieść wciąga i satysfakcjonuje mimo prostactwa i kilku zaiste karkołomnych powiązań fabularnych, których fantazyjność momentami przechodzi ludzkie pojęcie.

Historia jest naprawdę pokręcona, to już wiecie. W kilku miejscach twórcy wymagają od gracza znajomości poprzednich części serii, ale w żadnym wypadku nie powinniście się tym martwić. SEGA wyciąga bowiem pomocną dłoń do nowych fanów Kazumy, umieszczając na początku gry retrospekcję wydarzeń z poprzednich odsłon. Filmiki jasno tłumaczą co, gdzie, jak oraz dlaczego. Pokazują również postaci z pierwszych dwóch odsłon, które mają swoje pięć minut w najnowszej części gry. Bardzo miła niespodzianka. Kolejną jest fakt, że w zamian za 12 miesięczne oczekiwanie, Yakuza 3 wydana została w Europie w cenie edycji klasycznej, jednak z zawartością wersji kolekcjonerskiej. Plus dla SEGI.

W końcu zakładamy jednak kultowy biały garnitur i wracamy do miejsca, w którym historia Kiryu miała swój początek - do Kamurocho. Metropolia prezentuje się całkiem nieźle jedynie dla kogoś, kto nigdy nie miał do czynienia z Yakuzą. Jest tu wiele do zrobienia. Możemy porozmawiać z przypadkowo spotkanymi ulicznikami, jest klarownie przedstawiona społeczność Kraju Kwitnącej Wiśni, dookoła po oczach wali feeria barw z neonów i reklam przeróżnych firm, a salony pachinko i domy publiczne stoją przed nami otworem dzień i noc. Ogromu możliwości jakie daje nowa Yakuza nie można co prawda porównywać z GTA, ale i tak jest naprawdę dobrze. Po głowie biją niezwykła dbałość o przeróżne szczegóły i detale oraz ogrom zadań pobocznych nie związanych z głównym wątkiem fabularnym. Nie mam zamiaru zdradzać Wam co zdaniem Japończyków kryje się pod pojęciem "zadanie poboczne", bo nie chcę psuć nikomu zabawy z grą. Wspomnę jedynie o jazdach pokroju prośby o transport kilku gałek lodów w wafelku we wskazane miejsce lub możliwości ratowania nieznajomego przed popełnieniem samobójstwa. Ech, Japonia.

Trudno dopatrzeć się większej ilości zmian w systemie walki, który od lat jest wizytówką serii. Kazuma bije wszystkim co ma pod ręką. Wali "z baśki", z kopa, z baseballa i z... roweru (!). Bijąc ładujemy specjalny pasek, który po napełnieniu daje nam zdecydowanie więcej możliwości skończenia marnego żywota oponentów. Specjalne ataki jak zawsze są dynamiczne i widowiskowe, okazjonalnie towarzyszą też im śmiesznie wyglądające wyładowania energetyczne. Możemy rzucać delikwentów na przeróżne elementy otoczenia, łamać im kości, walić piąchą w twarz lub zastosować rzut rodem z Tekkena. System wciąż jest naprawdę rajcujący, to fakt. Ale faktem jest też, że przydałyby mu się jakiekolwiek nowości, bowiem zaznajomiony z klimatami Yakuzy gracz może poczuć, że gdzieś już to wszystko widział. Mnie co rusz dopadało uczucie deja vu. Podobnie jest z systemem rozwoju postaci, który przeszedł jedną tylko kosmetyczną zmianę. Obijając mordy oprychów napełniamy pasek doświadczenia, który po czasie pozwala nam na zainwestowanie w jeden z czterech atrybutów (ciało, esencja, technika oraz duch). Atrybuty łączą się nieodzownie z combosami i nowymi technikami walki, także miłośnicy wyciskania z gry ostatnich soków będą wniebowzięci. Podobnie jak i fani zbierania przeróżnych dupereli zniszczenia, bowiem potencjalnych rodzajów broni nawet nie próbowałem zliczyć.

Umówimy się także na randki, co jest jednak zdecydowanie płycej rozwiązane niż w poprzednich odsłonach serii. Zagramy w golfa, rzutki, ruletkę, zajmiemy się wędkowaniem, pójdziemy do baru karaoke lub restauracji i posmakujemy kilkunastu innych form miłego spędzania wolnego czasu tylko po to, by na chwilę odetchnąć i nie myśleć o głównym wątku. Yakuza 3 to gra pozwalająca się zatrzymać, wziąć głęboki oddech i pomyśleć: "mam gdzieś całego Kazumę, idę na miasto". Produkcja SEGI pozwala zająć się ogromem zupełnie nieistotnych dla rozwoju fabuły rzeczy, dzięki czemu starczy na dłużej. Pozwoli naszemu sumieniu pozostać krystalicznie czystym, bowiem nie mamy tutaj do czynienia z kolejnych tytułem na marne 8 godzin rozgrywki. Dość powiedzieć, że doprowadzenie do końca historii Kiryu zajmie Wam około 15-18 godzin (nie licząc zadań pobocznych), z czego około 4-5 to fenomenalnie zrealizowane przerywniki filmowe. Momentami przeradzają się one w najlepszej klasy kino sztuk walki Dalekiego Wschodu. Poza tym, występującym w filmach postaciom wszystko dopięto na ostatni guzik, w czym przodują wręcz mistrzowsko wykonane modele twarzy. Nie jestem pewien, czy nie biją one na głowę tych z Heavy Rain.

Oprawa graficzna nie robi piorunującego wrażenia. Animacje postaci są archaiczne, Kazuma biega jakby miał niskopodłogowe narzędzie czyszczące w tyłku. Animacji co prawda bardzo rzadko zdarza się przyciąć, a samo miasto wygląda naprawdę okazale, jednak po wejściu do pomieszczenia lub bliższym przyjrzeniu się różnym partiom metropolii zdajemy sobie sprawę, że tekstury nie są zbyt wysokiej jakości. I że wtapianie się obiektów lub postaci w ściany/słupy/chodniki to tutaj norma. Technicznie nie ma szału, fakt, jednak artystycznie Yakuza 3 to pierwsza międzynarodowa liga. Dziwnie wygląda także to, iż ulice Kamurocho zazwyczaj zdają się być niemiłosiernie zapchanymi, by po wejściu do jakiegokolwiek budynku zastać wszechogarniającą pustkę. Widać, że SEGA nie przyłożyła się do swojego zadania, bowiem na Kamurocho skazani jesteśmy już od pierwszej części sagi. Jeszcze na PlayStation 2. I niewiele nowego powstaje z każdą kolejną częścią gry. Lenistwo SEGI?

Dobrze, że chociaż muzyka oraz odgłosy otoczenia stoją na bardzo wysokim poziomie. Kompozytorów soundtracku do Yakuzy 3 było sześciu i śmiało można powiedzieć, że ilość tym razem poszła w parze z jakością. Muzyka spełnia swoje zadanie doskonale, raz zagrzewając do walki, innym razem uspokajając i skłaniając do kontemplacji. Całe szczęście, że nienaruszony został japoński dubbing i dołożono jedynie anglojęzyczne napisy, dzięki czemu gra w ogóle nie straciła na klimacie, który jest tak ważny w pozytywnym jej odbiorze. Oczywiście, do prac nad grą zaproszono wybitnych przedstawicieli kultury Kraju Kwitnącej Wiśni, jednak trudno mi pojąć, by nazwiska pokroju Kuroda, Kugimiya, Ugaki czy Shido mówiły Wam wiele.

Więc tak. Yakuza 3 to gra ze wszech miar archaiczna. Miasto występujące w produkcji widzieliśmy już dwa razy i fakt ten zalatuje trochę odgrzewanym, choć świetnie smakującym kotletem sojowym. Grafika nie robi wrażenia, system walki to kalka poprzednich części, zadania także wiele razy przypomną Wam wyczyny Kiryu na PlayStation 2. Produkcja SEGI kurczowo trzyma się poprzedniej generacji konsol i tylko fani japońszczyzny będą w stanie docenić klimat oraz rozbudowanie tego projektu. Mimo wszystko to gra pokazująca realność kultury japońskiej. Pokazująca zatargi starej oraz młodej krwi w szeregach Yakuzy. Tytuł ten dobitnie uświadamia wszystkich zachodnim producentom, że japońscy programiści wciąż niezbyt dobrze radzą sobie z architekturą PlayStation 3. Ale kogo to obchodzi, skoro na liczniku gry mam już 32 godziny i chcę więcej? Warto spróbować.