Clayface (2026) - recenzja filmu (Warner). DC pokazuje swoje obrzydliwe oblicze

Clayface (2026) - recenzja filmu (Warner). DC pokazuje swoje obrzydliwe oblicze

Roger Żochowski | Dzisiaj, 21:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Uniwersum DC poszukuje nowych sposobów na opowiadanie historii o swoich bohaterach i złoczyńcach. „Clayface” jest bez wątpienia jednym z najbardziej nietypowych projektów tego uniwersum. Zamiast klasycznego widowiska superbohaterskiego serwuje widzowi body horror i psychologiczny dramat człowieka, który stopniowo traci własną tożsamość. Tak przynajmniej wyglądało to w zapowiedziach.

Głównym bohaterem filmu jest Matt Hagen (Tom Rhys Harries), hollywoodzki aktor z piękną buźką, którego kariera i związana z nią nominacja do Oscara zostają brutalnie przerwane. W wyniku wydarzeń związanych z lokalnym mafiozem (David Dencik jako Markos Szabo) i awanturą z udziałem jego partnerki (Ruby Sear), Hagen zostaje poważnie oszpecony. Pozbawiony kariery, dostatniego życia, wyglądu oraz perspektyw na powrót do aktorskiego świata, szuka ratunku w eksperymentalnej terapii Caitlyn Corr (Naomi Ackie), której grozi utrata finansowania. Ona walczy o firmę i możliwość stworzenia rewolucyjnego leku, on chce po prostu przywrócić swoją dawną twarz.

Dalsza część tekstu pod wideo

Początkowo leczenie wydaje się spełnieniem marzeń aktora, jednak z czasem okazuje się, że cena za drugą szansę jest bardzo wysoka. Ciało Hagena zaczyna podlegać przerażającym przemianom, a wraz z utratą kontroli nad własnym organizmem pojawiają się również obsesja, narastające szaleństwo i pragnienie zemsty na oprawcach, przez których musiał porzucić swoje dotychczasowe życie.

Clayface (2026) - recenzja filmu (Warner). Gdzie się podział klimat Gotham? 

Clayface
resize icon

Co ważne, nie jest to historia wymagająca znajomości uniwersum DC. Produkcja skupia się po prostu na pochodzeniu jednego z przeciwników Batmana i nie ma praktycznie niczego wspólnego z komiksowymi ekranizacjami, które w ostatnich latach zawitały do kin czy serwisów streamingowych. Niestety, niesie to ze sobą również wady. Gotham w „Clayface” mogłoby tak naprawdę być Nowym Jorkiem, bo ciężko odnaleźć tu mroczny klimat miasta tak porządany przez fanów. I nie ma tu znaczenia, że większość scen kręcona była za dnia, bo przecież w serialu „Pingwin” również pojawiały się takie sceny, a Gotham wciąż miało swój specyficzny klimat. Boli to tym bardziej, że przeciez mówimy o horrorze, który mógł zaszaleć w temacie wizji miasta. 

Za reżyserię odpowiada James Watkins, twórca znany z kina grozy i thrillerów („Eden Lake” czy „Kobieta w czerni”), a szkic scenariusza przygotował Mike Flanagan (twórca m.in. "Nawiedzonego domu na wzgórzu").  Niespecjalnie jednak czuć w filmie te momenty grozy. Jasne, pojawi się jakiś jumpscare, czasem atmosfera trochę zgęstnieje, ale horroru samego w sobie tu niewiele. No chyba że mówimy o body horrorze, bo tutaj film dowozi. Obrzydliwych scen wykorzystujących elementy rozrywania, cięcia czy przekłuwania ciała jest cała masa, a w przypadku niektórych scen miałem wręcz flashbacki z „Substancji” z Demi Moore. Niektóre ujęcia są całkiem pomysłowe, inne trochę mniej, choć nie sposób odmówić realizacji niektórych zabójstw kreatywności.

Clayface (2026) - recenzja filmu (Warner). Człowiek zemsta 

CLayface
resize icon

Zwłaszcza że, podobnie jak w komiksach DC, Hagen znany jest ze zdolności do zmieniania kształtu ciała i przybierania cudzej twarzy, a film bardzo mocno wykorzystuje ten motyw w scenach body horroru. Niestety, zawodzi przede wszystkim scenariusz. O ile początek świetnie wpisuje się w opowieść o dramacie człowieka, który nie potrafi pogodzić się z utratą własnego życia, z czasem gdzieś to wszytsko się ulatnia. Mam też wrażenie, że zamiast grozy często wkradała się tu niezamierzona komedia, bo niektóre sceny były po prostu śmieszne w swojej groteskowości.

Co ciekawe, w filmie dość mocno zaakcentowany jest też wątek romansu Clayface'a z lecząca go Caitlyn, w co wplątany zostaje też jej partner (Max Minghella), notabene detektyw z komisariatu w Gotham. Niestety, wątek ten dziwnie przyspiesza w drugiej połowie filmu i staje się finalnie mało wiarygodny. Właśnie tempo jest kolejnym problemem tego obrazu. Dobry początkowo film z czasem przeradza się w produkcję, która odhacza stereotypowe punkty programu, nie rozwijając dobrze postaci i prowadząc finalnie do prostej opowieści o zemście Hagena. Żeby jednak nie było, występ Toma Rhysa Harriesa w roli Clayface'a oceniam bardzo dobrze. Aktor wywiązał się ze swojej roli, odgrywając kilka naprawdę mocnych scen. Niestety, wspomniane braki scenariuszowe nie pozwoliły mu w pełni wykorzystać potencjału postaci. Co z pewnością można też po części zrzucić na mało interesujące postacie drugoplanowe.

Szkoda, że film z każdą kolejną minutą coraz bardziej traci impet i mimo ciekawie zrealizowanego finału, wypełnionego scenami godnymi cielesnego horroru, finalnie nie okazał się produkcją tak oryginalną, na jaką był kreowany. Jakościowo ta produkcja jest bliższa „Venomowi” niż topowym ekranizacjom superbohaterskim, choć „Venom” potrafił rozbawić widza swoją formułą, podczas gdy w „Clayface” komedia jest często niezamierzona. Siła „Clayface'a” miała tkwić w kameralnej historii, mrocznej atmosferze i skupieniu na tragicznym losie złoczyńcy, ale ten eksperyment nie do końca twórcom wyszedł. Albo po prostu nie trafił w mój gust. 

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Atuty

  • Występ Toma Rhysa Harriesa
  • Pomysłowe sceny body horroru
  • Ciekawy punkt wyjścia fabuły
  • Finał pełen cielesnej grozy

Wady

  • Niewykorzystany potencjał scenariusza
  • Brak charakterystycznego klimatu Gotham
  • Momentami niezamierzona komedia.
  • Mało interesujące postacie drugoplanowe
  • Słabsza duga część filmu

Ciekawy eksperyment z dobrym występem Toma Rhysa Harriesa, który jednak przez problemy scenariuszowe i brak klimatu Gotham nie wykorzystuje swojego potencjału.

5,5
Roger Żochowski Strona autora
Przygodę z grami zaczynał w osiedlowym salonie, bijąc rekordy w Moon Patrol, ale miłością do konsol zaraziły go Rambo, Ruskie jajka, Pegasus, MegaDrive i PlayStation. O grach pisze od 2003 roku, o filmach i serialach od 2010. Redaktor naczelny PPE.pl i PSX Extreme. Prywatnie tata dwójki szkrabów, miłośnik górskich wspinaczek, powieści Murakamiego, filmów Denisa Villeneuve'a, piłki nożnej, azjatyckiej kinematografii, jRPG, wyścigów i horrorów. Final Fantasy VII to jego gra życia, a Blade Runner - film wszechczasów. 
cropper