Star Wars: Galactic Racer - recenzja gry. Kelner, w moich wyścigach pływa rogalik

Star Wars: Galactic Racer - recenzja gry. Kelner, w moich wyścigach pływa rogalik

Paweł Musiolik | Dzisiaj, 14:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Przez wiele lat wydawało się, że na growej licencji Gwiezdnych wojen tkwi jakaś klątwa. Gdy Electronic Arts zapowiadało powrót Battlefronta, fani serii wiwatowali, by szybko po premierze poczuć wściekłość towarzyszącą zawodowi. Gdy EA odkupiło lekko winy serią Star Wars Jedi, Ubisoft postanowił znowu podłożyć fandomowi nogę, wypuszczając średnie Star Wars Outlaws. Przyszedł 2026 rok i okazuje się, że najlepsze gry na licencji Star Wars wcale nie muszą operować budżetami AAA. Najpierw Star Wars Zero Company od Respawn Entertainment, a teraz Star Wars: Galactic Racer od ekipy Fuse Games, założonej przez byłych pracowników Criterion Games.

Oczywiście, nauczony negatywnym doświadczeniem z „byłymi pracownikami Criterion”, którzy założyli Three Fields Entertainment, podchodziłem początkowo do Star Wars: Galactic Racer z lekką obawą, która dosyć szybko została rozwiana za sprawą ekscytujących zwiastunów. Jednak, jak większość wie, nie zawsze przekłada się to na fantastyczną grę. W tym wypadku jednak w 100% tak się stało. Star Wars: Galactic Racer jest ekscytujące, bombastyczne, wzbudza cudowne burnoutowe wspomnienia, zręcznie grając na nostalgicznych nutach Nowej Trylogii George’a Lucasa.

Dalsza część tekstu pod wideo

Star Wars: Galactic Racer #1
resize icon

Drugoplanowe Gwiezdne wojny

Już dawno temu gry udowodniły, że nie trzeba skupiać się na pierwszoplanowych postaciach z filmów, by dostarczyć dobrą grę. Wystarczy wziąć jakiś znany element, miejscówkę czy drugoplanowego bohatera, by zbudować wokół niego coś wspaniałego. Star Wars: Galactic Racer postanowiło odkopać zapomniane od dawna wyścigi podracerów… zastępując je zwykłymi pojazdami (choć nie do końca, ale nie będę psuł Wam niespodzianki), za których sterami zasiadają kompletnie nieznane postaci, których jedynie rasy mogą być znane najbardziej zatwardziałym fanom tej marki. Zabieg nadzwyczaj udany, gdyż debiutująca ekipa Fuse Games tak naprawdę niczym się nie uwiązała, na co siwiejący fani mogliby narzekać. Star Wars: Galactic Racer uderza lekko w nostalgię po Star Wars: Episode I Racer i Racer Revenge, prezentując zupełnie nowe podejście. Otóż nie mamy do czynienia z klasycznymi wyścigami, w których przechodzimy kampanię, a dodatkiem są zwykłe wyścigi i próby czasowe. Twórcy do gatunku zmiksowali roguelite’a i zanim rzucicie zainteresowaniem w kąt, poczekajcie, bo… to działa.

Najważniejszy kąsek, czyli kampania dla jednego gracza, rzuca nas w skórę tajemniczego Shade’a, pilota/kierowcy sprawnie radzącego sobie z każdym z dostępnych typów pojazdów (w grze znajdziemy aż trzy…), który od niechcenia dołącza do tytułowej Galaktycznej Ligi. Jej mistrzem jest Kestar Bool, bogaty i odpychający typ, z którym Shade dzieli wspólną przeszłość. Cel? Pokonać gościa. By to osiągnąć, bierzemy udział w kolejnych wyścigach, próbach czasowych, trybie eliminacji, a nawet starciach 1 na 1. Jeśli nam się uda i zajmiemy miejsce w pierwszej trójce, przechodzimy dalej, aż do zwycięstwa lub porażki. Wtedy tracimy żeton uczestnictwa i zaczynamy od nowa z możliwością ulepszenia naszego pojazdu za nieliczne punkty, które zdobędziemy po drodze.

Oczywiście, im lepsze miejsce zdobędziemy, tym więcej kredytów nam wpadnie na konto. Za nie możemy u mechanika, co kilka wyścigów, kupować nowe i ulepszone umiejętności aktywne, pasywne zdolności oraz podnosić na czas danej rywalizacji w Lidze statystyki określające możliwości naszego pojazdu.

Star Wars: Galactic Racer #2
resize icon

Gameplay loop został tak zoptymalizowany, że jesteśmy w stanie przysiąść i zrobić całą Ligę za jednym zamachem, i nawet przez chwilę nie poczujemy znudzenia. Dorzucenie rogalikowego aspektu pozwoliło kompletnie odsunąć narastające często we mnie znużenie kolejnymi wyścigami w innych grach tego gatunku. Nie przeszkadza nawet to, że mamy sześć planet (z czego jedna jest na wyłączność ostatniego wyścigu), bo na każdej z nich jest po kilka torów dostosowanych do rodzaju aktywności, w której bierzemy udział. Dodatkowo kampanię podzielono na dwa akty, z czego ten drugi, nieco trudniejszy, staje się podstawą już do końca.

Największym minusem dla niektórych będzie to, że zgodnie z rogalikowym podejściem po porażce nie mamy drugiej szansy. Utrata wszystkich żetonów powoduje wymóg startu od początku, przez co porażki na ostatniej prostej bolą podwójnie. Dlatego rozumiem podejście twórców, którzy na łatwym poziomie trudności tak wygładzili krzywą, że dopiero pod koniec przeciwnicy stawiają nam opór, choć nie jest on zbyt duży i spokojnie pozwala wskoczyć na wyższy poziom. Odradzam granie od początku na normalnym, bo zanim opanujemy niuanse sterowania, zapoznamy się z umiejętnościami itp., to, zmuszeni do kilkukrotnego startu od zera, możemy poczuć się zniechęceni. O różnorodność każdego „runu” dbają też dodatkowe aspekty, które możemy odblokować po pokonaniu rywali, oraz wyzwania, które otrzymujemy od jednego z trzech naszych sponsorów.

Oprócz kampanii czekają na nas także osobne minihistorie każdego z występujących w grze kierowców, osobny tryb wyzwań, gdzie na predefiniowanej trasie z ustalonym pojazdem musimy pobić wyśrubowane wyniki czasowe. Uwierzcie, zdobycie złota wymaga wpierw dobrego zapoznania się nie tylko z designem poziomu, ale też mistrzowskiego poziomu jazdy. No i czeka na nas także tryb dla wielu graczy, do którego wrzucono krótkie wyścigi oraz opcję rozegrania sieciowej Ligi z innymi graczami. Tutaj niestety, mimo wydzielenia godzin, w których dostępne przedpremierowo były serwery, praktycznie nie spotkałem żywych ludzi, by móc dokładnie przetestować wszystko, co oferuje tryb dla wielu graczy. A wyciąganie wniosków na temat sprawności kodu sieciowego po jednym przejechanym wyścigu nie ma większego sensu.

Star Wars: Galactic Racer #3
resize icon

Kosmiczny Burnout

Podejrzewam, że nie jestem jedynym, który tęskni za Burnoutem. Nieważne, czy mówimy o klasycznych, zamkniętych odsłonach, czy o otwartym, choć nadal świetnym Paradise. Zawiedziony dotychczasowymi próbami wskrzeszenia tego feelingu, krążące wokół Star Wars: Galactic Racer opinie, że to reinkarnacja Burnouta, brałem z gigantycznym przymrużeniem oka. Dobrze, że mój sceptycyzm był na wyrost. Model jazdy (lotu?) jest arcade’owy, prosty w opanowaniu, co przy prędkościach, które jesteśmy w stanie osiągnąć, jest bardzo ważne. Driftowanie ścigaczami na początku może wydawać się dziwne, jednak wystarczy parę wyścigów, by robić to automatycznie, bez większej filozofii. Dokładność sterowania pojazdami jest ważna z uwagi na to, że o kraksę tu niesamowicie łatwo.

Poziomy pełne są elementów, o które możemy się roztrzaskać, a przeciwnicy są na wyższych poziomach trudności bardzo agresywni, co wymusza na nas identyczny styl gry. Żeby nie było łatwo, każda z planet ma jakiś specjalny zabieg utrudniający wyścigi. A to może nam zamarznąć silnik, jeśli nie przejedziemy pod nagrzewnicą, a to kwas w parę chwil przepali nam podzespoły, niszcząc wyekwipowane umiejętności pasywne. A te po uszkodzeniu zmieniają się w zmorę, przeszkadzając w wyścigach (aż ich nie naprawimy).

Aktywnych umiejętności jest idealnie: ochrona przed uderzeniami, autopilot, działko jonowe czy krótki impuls mocy dający nam kopa przy wyprzedzaniu. Każda z nich występuje w różnych wariantach, na różnych poziomach rozbudowania. Połączono z nimi mechanikę ich przygotowania przed wyścigiem w postaci prostej minigierki z kombinacją klawiszy. Angażuje, choć po którymś z nastu wyścigów z rzędu chciałoby się to wyłączyć. Oczywiście można to zignorować, ale wtedy czas ich pierwszego użycia znacząco się opóźni. A nie warto ich ignorować, bo w połączeniu z mechaniką zwykłego dopalacza i silnika odrzutowego są podstawą rywalizacji. Naprzemienne wykorzystywanie dopalaczy leży wręcz u podstaw dobrych wyników — nawet na najniższym poziomie bez nich nie będziecie w stanie wygrać wyścigów.

Star Wars: Galactic Racer #4
resize icon

Gra na Unreal Engine 5, która po prostu działa?

Star Wars: Galactic Racer jest jedną z nielicznych gier korzystających z silnika Unreal Engine 5, która nie dość, że wygląda świetnie, to przede wszystkim działa bez większego zająknięcia. Zero spadków animacji, zero chrupnięć przy doczytywaniu poziomów. O stutteringu też możecie zapomnieć. Wszystko w tej grze wygląda wyśmienicie. Efekty wizualne, gdy roztrzaskamy swój pojazd, są wręcz fenomenalne. To, jak wyglądają poszczególne planety… może i Jakku samo w sobie nie jest specjalnie piękne — przecież to pustynie przecinane złomem — jednak wygląda po prostu cudownie. Podobnie jest z mroźnym Ando Prime czy porośniętą bujną roślinnością Lantaaną.

Równie zachwycająco wypada design oprawy audio w Star Wars: Galactic Racer. Począwszy od ścieżki dźwiękowej, która świetnie uzupełnia się z dynamicznymi wyścigami, nie zatracając charakterystycznego dla Gwiezdnych wojen stylu, przez odgłosy ścigaczy (ze wskazaniem na podracery, które brzmią wręcz fenomenalnie), po efekty broni, wszelakie otarcia i wybuchy niszczejących ścigaczy. To tytuł, w który najlepiej grać albo na dobrym kinie domowym, albo — jeszcze lepiej — na słuchawkach, które pozwolą maksymalnie wsiąknąć w świat, do którego trafimy. Każdy aspekt warstwy technicznej stoi tutaj na wysokim poziomie. Nawet polska wersja, choć obecna tylko za sprawą napisów. Ciężko jest jej cokolwiek zarzucić. Dialogi przetłumaczono z zachowaniem charakterów każdej z postaci, opisy umiejętności nie wprowadzają zamieszania (co ostatnimi czasy w niektórych produkcjach bywało problematyczne).

Najlepsza gra ze świata Star Wars w tym roku?

Cóż, zależy, czy bardziej lubicie taktyczne produkcje, czy może wyżej stawiacie gatunek wyścigów. Star Wars: Galactic Racer trafi w serca nie tylko fanów marki, ale też fanów kosmicznych, brutalnych wyścigów. Czuć tu zapach Burnouta, ducha pierwszego Epizodu i wyścigów na Tatooine. Rogalikowy aspekt wynosi produkcję ponad jakąkolwiek konkurencję i tak naprawdę daje nieskończone replayability. Miałem wysokie oczekiwania wobec Star Wars: Galactic Racer i produkcji Fuse Games udało się je nie tylko spełnić, ale i przebić.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Ocena - recenzja gry Star Wars: Galactic Racer

Atuty

  • Świetna oprawa audiowizualna
  • Miks rogalika i wyścigów sprawdza się idealnie
  • Emocjonująca rozgrywka
  • Model prowadzenia ścigaczy
  • Dobrze poprowadzona krzywa poziomu trudności

Wady

  • Minigra przed startem wyścigów po kilku godzinach zaczyna być męcząca
  • Trzy modele pojazdów to troszkę za mało

Idealny przykład, że najmniej oczywiste połączenia mogą zadziałać. Star Wars: Galactic Racer zadowoli zarówno fanów rogalików, jak i wyścigów.
Graliśmy na: PS5

Paweł Musiolik Strona autora
cropper