Gears of War: E-Day - recenzja gry. Tak to wszystko się zaczęło

Gears of War: E-Day - recenzja i opinia grze. Tak to wszystko się zaczęło

Wojciech Gruszczyk | Dzisiaj, 15:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Xbox przeżywa wielki reset. Ludzie tracą pracę, kolejne studia zmieniają właścicieli lub walczą o przetrwanie, a Microsoft ponownie chce postawić na gry dostępne wyłącznie na Xboksach i PC. Jednym z pierwszych symboli tego „odrodzenia” jest Gears of War: E-Day - powrót marki, która przez lata była jednym z fundamentów amerykańskiej konsoli. Czy jednak najnowsza produkcja The Coalition jest na tyle dobra, by zachęcić fanów PlayStation do wejścia w ekosystem Xboksa? Przeczytajcie naszą recenzję.

Gears of War było kiedyś jedną z najważniejszych marek w całym portfolio Microsoftu. Pierwsza odsłona zachwycała oprawą, spopularyzowała system walki oparty na osłonach i stała się jedną z wizytówek Xboksa 360, a kolejne części tylko umacniały pozycję serii. Z czasem sytuacja zaczęła się jednak zmieniać. Epic Games pożegnało się z IP, stery przejęło The Coalition, a choć Gears of War 4 i Gears 5 były dobrymi produkcjami, trudno mówić, by seria wzbudzała takie emocje jak w czasach oryginalnej trylogii. Po Gears 5 nastąpiła długa przerwa, podczas której kanadyjskie studio mogło przygotować się do następnego kroku.

Dalsza część tekstu pod wideo

The Coalition wykorzystało ten czas między innymi na przejście na Unreal Engine 5 i nawiązało bardzo bliską współpracę technologiczną z Epic Games. Studio od lat uchodzi za jednego ze specjalistów Microsoftu od technologii Unreal, a zdobyte doświadczenie ma teraz zaprocentować przy Gears of War: E-Day. Wszystko zostało przygotowane od podstaw - nowe są modele, animacje, otoczenie, systemy rozgrywki oraz technologia odpowiedzialna za prezentację świata. E-Day ma być nie tylko powrotem jednej z najważniejszych marek Xboksa, ale również prawdziwą wizytówką Unreal Engine 5. W obecnej sytuacji Microsoftu trudno nie odnieść wrażenia, że na barkach The Coalition spoczywa ogromna odpowiedzialność.

I z tego powodu na pierwszym planie ponownie stoi Marcus Fenix. Zamiast kontynuować wydarzenia z Gears 5, The Coalition cofa się o 14 lat przed pierwszą część i chce pokazać nam początek drogi Marcusa oraz Doma - moment, w którym Szarańcza po raz pierwszy wychodzi na powierzchnię. Czy powrót do korzeni rzeczywiście okazał się odpowiednim sposobem na rozpoczęcie nowego rozdziału dla serii i całego Xboksa? Na dobry początek Microsoft pozwolił nam sprawdzić wyłącznie kampanię fabularną i właśnie na niej skupiam się w tej recenzji.

Gears of War: E-Day pozwala przeżyć początek końca

Recenzowany Gears of War: E-Day rozpoczyna się w bardzo szczególnym momencie dla całego uniwersum. Po 79 latach dobiegły końca Wojny Wahadłowe - wyniszczający konflikt, podczas którego ludzie walczyli między innymi o dostęp do Emulsji. Sera wreszcie może odetchnąć, na ulicach pojawiają się informacje o zwycięstwie, mieszkańcy próbują wrócić do normalności, a żołnierze zastanawiają się, co właściwie zrobić ze swoim życiem po zakończeniu wojny. Problem w tym, że ten długo wyczekiwany pokój będzie wyjątkowo krótki. Ludzie jeszcze nie wiedzą, że największy konflikt w historii planety dopiero się rozpoczyna.

W centrum tych wydarzeń ponownie znajdują się Marcus Fenix i Dominic Santiago, ale nie są to jeszcze dokładnie ci bohaterowie, których pamiętamy z pierwszej trylogii. Obaj wrócili z wojny i nadal próbują poradzić sobie ze śmiercią Carlosa Santiago - starszego brata Doma i najlepszego przyjaciela Marcusa. Carlos zginął podczas bitwy na Polach Aspho, poświęcając własne życie, a jego strata wyraźnie ciąży na obu mężczyznach. Gears of War: E-Day wykorzystuje ten wątek jako punkt wyjścia do pokazania początku wyjątkowej relacji Marcusa i Doma. My doskonale wiemy, dokąd ta przyjaźń ostatecznie ich zaprowadzi, doświadczyliśmy już bolesnych wydarzeń, ale tutaj obserwujemy ludzi, którzy dopiero próbują odnaleźć wspólny język po stracie osoby łączącej ich przez lata.

Gdy Marcus i Dom próbują otrząsnąć się z jednej straty, nagle ziemia zaczyna się dosłownie trząść. Na powierzchni pojawiają się ogromne szczeliny, ulice rozpadają się na kawałki, a z wnętrza wychodzą stworzenia, których mieszkańcy nigdy wcześniej nie widzieli. To moment wyjątkowy dla każdego fana Gears of War. O Dniu Wyjścia słyszeliśmy przez lata, poznawaliśmy jego konsekwencje w kolejnych grach, książkach i innych materiałach rozwijających uniwersum, ale dopiero teraz możemy rzeczywiście znaleźć się w samym centrum wydarzeń. Nie oglądamy ruin kilkanaście lat po katastrofie. Jesteśmy tam, gdy świat znany bohaterom dosłownie rozpada się na ich oczach.

Cała kampania została zamknięta w trzech niezwykle intensywnych dniach, podczas których obserwujemy upadek Kalony i stopniową zmianę nastawienia jej mieszkańców. Początkowo nikt właściwie nie rozumie sytuacji. Ludzie uciekają, próbują ratować bliskich, żołnierze improwizują, a informacje o skali ataku są szczątkowe. Dopiero z czasem zaczyna do nich docierać, że zakończenie niemal 80-letniej wojny nie oznaczało początku pokoju. Prawdziwa wojna właśnie się rozpoczęła... i jest w tym wszystkim pewna brutalna ironia. Mieszkańcy Sery są kompletnie nieprzygotowani na Szarańczę, ale żołnierze są gotowi do wojny. Gearsi jeszcze chwilę wcześniej walczyli z innymi ludźmi, a teraz te same umiejętności muszą wykorzystać przeciwko bestiom wychodzącym spod ziemi. Marcus, Dom i pozostali nie zastanawiają się długo - chwytają za broń i robią dokładnie to, czego nauczyły ich poprzednie lata. Problem polega na tym, że tym razem kompletnie nie znają przeciwnika.

Ten element jest dla mnie jedną z największych fabularnych atrakcji E-Day. W pierwszym Gears of War spotykaliśmy ludzi, którzy walczyli z Szarańczą już od kilkunastu lat. Znali przeciwników i wiedzieli czego mogą się po nich spodziewać. Tutaj bohaterowie dopiero się tego wszystkiego uczą. Są zaskoczeni, gdy odkrywają, że potwory potrafią posługiwać się bronią palną. Nie wiedzą, jakie stworzenie za chwilę wyjdzie spod ziemi. Pierwsze spotkanie z ogromną bestią przypominającą pająka wywołuje zupełnie inną reakcję niż późniejsze starcia ze znanymi przeciwnikami. Żołnierze nadają stworzeniom nazwy, obserwują ich zachowanie i stopniowo odkrywają, że nie mają do czynienia z bezmyślnymi potworami, lecz zorganizowaną armią posiadającą różne jednostki, uzbrojenie i własną hierarchię.

The Coalition bardzo dobrze wykorzystuje tę niewiedzę do budowania atmosfery. Początek potrafi być na swój sposób przerażający, bo nawet doświadczeni weterani Wojen Wahadłowych nagle znajdują się na przegranej pozycji. Ludzie giną na ulicach, miasto rozpada się na kawałki, kolejne oddziały próbują opanować sytuację, a nikt jeszcze nie rozumie prawdziwej skali zagrożenia. To zupełnie inne spojrzenie na świat Gears of War i moim zdaniem umiejscowienie nowej gry właśnie w tym momencie historii było strzałem w dziesiątkę.

Gears of War: E-Day to początek końca i narodziny rodziny

Bardzo szybko zawiązuje się również Bravo Squad, w którym obok Marcusa i Doma znajdują się dwie nowe postacie - Mags Carter oraz Lucas Reyes. Carter jest doświadczoną weteranką Wojen Wahadłowych, natomiast Lucas to młody oficer łączności, który nigdy wcześniej nie dotarł na prawdziwy front. Ten kontrast dobrze sprawdza się w historii, bo każdy z bohaterów inaczej reaguje na rozpoczynającą się katastrofę. Jednocześnie twórcy nie zapomnieli o postaciach doskonale znanych fanom. Tai Kaliso pojawia się w niezwykle efektownych i krwawych okolicznościach, a jego obecność jest jednym z wielu elementów łączących Gears of War E-Day z późniejszymi wydarzeniami.

Twórcy w znakomity sposób łączą kilka wątków, by w niespełna 12-godzinnej historii zamknąć bardzo ważny rozdział w uniwersum Gears of War. Z jednej strony widzimy jak Marcus cierpi, bo stracił najlepszego przyjaciela, po chwili na naszych oczach rozpada się życie Doma, a jeszcze scenarzyści znaleźli trochę czasu, by gracze mogli lepiej poznać pozostałych członków Bravo Squad - szczególnie spodobał mi się wątek Lucasa, który w trakcie swojego bardzo początkującego życia na wielkiej wojnie doświadczył bolesnej sytuacji: czasami wystarczy jedna głupia decyzja, by... poczucie winy męczyło Cię przez kolejne lata.

The Coalition wykorzystuje zresztą prequel do pokazania wielu takich początków. Najlepszym przykładem jest kultowy Lancer z piłą mechaniczną, który w tym momencie historii jeszcze nie istnieje w znanej nam formie. Możemy zobaczyć jego prymitywny prototyp i obserwować narodziny jednego z największych symboli całej marki. Twórcy w świetny sposób wytłumaczyli skąd wzięła się nazwa „Szarańcza” - podobnych smaczków jest więcej i właśnie dlatego mam wrażenie, że najwięcej z historii E-Day wyciągną wierni fani Gears of War. Dla nowych graczy jest to widowiskowa opowieść o początku inwazji, ale dla osób znających serię każde spotkanie, nazwisko czy pozornie nieistotny przedmiot może być kolejnym elementem układanki.

Najważniejsza pozostaje jednak relacja Marcusa i Doma. My znamy jej zakończenie, a Gears of War: E-Day pozwala zobaczyć jej prawdziwy początek. Wspólna żałoba po Carlosie, strach o rodzinę Doma i kolejne dramatyczne wydarzenia sprawiają, że dwóch ludzi połączonych wcześniej przede wszystkim przez jedną osobę zaczyna tworzyć więź, która później stanie się jednym z fundamentów całej serii.

W Gears of War: E-Day świat wali się na naszych oczach

Pod względem narracyjnym recenzowany Gears of War: E-Day jest moim zdaniem najlepszą odsłoną całej serii. Nie dlatego, że The Coalition przygotowało historię pełną szokujących zwrotów akcji… wręcz przeciwnie. My doskonale wiemy, do czego to wszystko zmierza, znamy konsekwencje Dnia Wyjścia i możemy przewidzieć los Kalony, ale właśnie możliwość przeżycia tych wydarzeń okazuje się największą siłą opowieści. Twórcy przygotowali mnóstwo mniejszych i większych smaczków, które szczególnie docenią wierni fani uniwersum, a świadomość przyszłości Marcusa, Doma i całej Sery sprawia, że nawet pozornie zwyczajne sceny potrafią nabrać zupełnie innego znaczenia.

Świetnie wykorzystano również samą Kalonę. Wydarzenia rozgrywają się przede wszystkim w trzech dzielnicach miasta i na papierze oznacza to sporo backtrackingu, ale już dawno nie miałem poczucia, że powrót do wcześniej odwiedzonych miejsc ma tak duży sens. Na początku przechodzimy obok monumentalnego budynku ozdobionego wielkimi statuami, by kilka godzin później ponownie znaleźć się w tym samym miejscu i zobaczyć, że konstrukcja została niemal pochłonięta przez ziemię, a po imponującej budowli pozostały zgliszcza. Takich momentów jest znacznie więcej. Na naszych oczach Kalona - niegdyś technologiczna wizytówka, a później miasto podporządkowane wojennej produkcji - dosłownie przestaje istnieć. Ulice, którymi wcześniej spokojnie przechodziliśmy, kilka godzin później są zasypane gruzem, a kolejne charakterystyczne budynki zamieniają się w ruiny.

I szczerze mówiąc… obserwowanie tego procesu jest znakomite. Gears of War od zawsze pokazywało nam zniszczone miasta i żołnierzy wyniszczonych wieloletnią wojną z Szarańczą, natomiast Gears of War: E-Day pozwala zobaczyć moment, w którym ten świat dopiero zaczyna się rozpadać. Marcus i jego oddział przemieszczają się od celu do celu, próbują ratować mieszkańców, odnajdywać ocalałych i realizować kolejne plany, ale praktycznie nic nie przebiega zgodnie z założeniami. Nie ma tutaj wielkiej fabularnej zagadki - wiemy, że sytuacja będzie tylko gorsza. A jednak patrzenie, jak znany nam świat Gears of War rodzi się na zgliszczach Kalony, okazało się dla mnie jednym z najmocniejszych doświadczeń całej serii.

Gears of War: E-Day ma na siebie pomysł

The Coalition w ciekawy sposób łączy w Gears of War: E-Day doskonale znane doświadczenie z kilkoma nowymi pomysłami. Przez zdecydowaną większość kampanii jesteśmy prowadzeni za rękę - dostajemy konkretny cel, docieramy we wskazane miejsce, bronimy pozycji, odpieramy kolejne fale Szarańczy lub przebijamy się przez przeciwników. Klasyczne Gearsy. Twórcy postanowili jednak lepiej wykorzystać samą Kalonę. Miasto zostało podzielone na dzielnice, po których w wybranych momentach możemy poruszać się znacznie swobodniej i właśnie wtedy pojawiają się niewielkie dodatkowe aktywności. Czasami ratujemy uwięzionych mieszkańców, innym razem pomagamy ocalałym przedostać się w bezpieczne miejsce lub po prostu eliminujemy kolejne zagrożenie. Nie są to specjalnie rozbudowane misje poboczne, ale szczerze mówiąc świetnie pasują do charakteru całej opowieści i są przyjemnym dodatkiem do liniowej kampanii.

Eksploracja ma jednak jeszcze jeden cel, ponieważ w świecie znajdujemy skrzynki zawierające ulepszenia wyposażenia oraz dodatkowe miejsca na modyfikacje broni. Gears of War: E-Day otrzymało całkiem konkretny system rozwoju arsenału - przykładowo w przypadku prototypu Lancera możemy poprawić ozadawane obrażenia, usprawnić celność i szybkość celowania, dorzucić celownik z powiększeniem lub nawet poprawić działanie piły. Najważniejsze jest jednak to, że tutaj praktycznie wszystko trzeba samemu zdobyć. Początkowo broń może korzystać z zaledwie jednego dodatku, ale eksplorując Kalonę odnajdujemy kolejne sloty i ostatecznie możemy zamontować nawet cztery usprawnienia jednocześnie. W rezultacie rozwój nie sprowadza się wyłącznie do kosmetycznych zmian statystyk, bo odpowiednio zmodyfikowana broń pod koniec przygody potrafi być znacznie skuteczniejsza niż jej podstawowy wariant. Gra naprawdę nagradza zaglądanie w boczne uliczki i dokładniejsze przeszukiwanie lokacji.

Rozwój nie kończy się zresztą na broni. W arsenale znajdują się nawet narzędzia i bohaterowie mogą korzystać z iniektora adrenaliny, który pozwalaj szybko zregenerować zdrowie, zakłócacza sonicznego, drona wykrywającego wrogów czy też rozpylacza stimu… zabawki ubarwiają rozgrywkę i pozwalają nam stosować trochę inne taktyki na polu walki. Osobną kategorię stanowią modyfikacje pancerza - w tym wypadku możemy przykładowo poprawić obronę zza osłony, zmniejszyć odrzut broni, poprawiamy celowanie lub nawet wrogowie po zabiciu mogą opuszczać magazynek. Nie zmienia to E-Day w rozbudowane RPG, ale daje wystarczająco dużo możliwości, żeby eksploracja miała znaczenie, a Marcus wraz z arsenałem faktycznie stawał się coraz skuteczniejszy wraz z postępami kampanii.

Sam arsenał, podobnie jak zestaw przeciwników, jest w głównej mierze dobrze znany fanom serii. Trudno jednak mieć o to większe pretensje - E-Day jest prequelem, więc The Coalition nie mogło nagle zasypać graczy całkowicie nowym uzbrojeniem. Ponownie korzystamy więc między innymi z Lancera, Miażdżyciela, Lancera MK1, klasycznej snajperki, Dziurkacza, Młocarza czy Rozdzieracza. Podobnie wygląda sytuacja z Szarańczą - pojawia się kilka nowych bestii, ale przez większość kampanii walczymy ze znajomymi przeciwnikami. Dobrze wykorzystano za to większe stwory, które tym razem pełnią rolę pełnoprawnych bossów z własnymi paskami zdrowia. Bywają trochę „gąbkami na pociski”, ale każde z tych starć dobrze wspominam - odpowiednia skala, widowiskowość i konieczność zmiany podejścia skutecznie urozmaicają kolejne potyczki.

Klasyczne Gearsy? To trochę zbyt proste

Najłatwiej byłoby napisać, że Gears of War: E-Day pod względem rozgrywki to po prostu „klasyczne Gearsy”, ale mam wrażenie, że takie stwierdzenie byłoby trochę krzywdzące dla The Coalition. Fundament pozostaje oczywiście doskonale znajomy - ponownie czujemy odpowiedni ciężar bohatera, bronie mają znakomity odrzut, a większość starć nadal opiera się na dobrym wykorzystaniu osłon, odpowiednim pozycjonowaniu i wychylaniu się w idealnym momencie, by zasypać przeciwnika pociskami. Jednocześnie E-Day zostało od podstaw zbudowane na Unreal Engine 5 i deweloperzy wykorzystali tę okazję, by przebudować wiele podstawowych elementów rozgrywki. To nadal Gears of War, ale podczas gry szybko można poczuć, że pod dobrze znaną powierzchnią sporo się zmieniło.

Najlepiej widać to w poruszaniu się. Gearsi nadal mają swoją charakterystyczną wagę, ale ruch jest znacznie płynniejszy i daje więcej swobody. Marcus może płynnie biec, przeskoczyć przeszkodę, rzucić się na ziemię czy wykonać wślizg zakończony przy osłonie, a wszystko łączy się ze sobą zdecydowanie naturalniej niż wcześniej. Zmieniły się również same osłony. Nie zawsze chowamy się już za wysokim murem, za którym bohater może spokojnie przeczekać ostrzał - pojawiają się znacznie niższe elementy otoczenia, przez co Marcus niemal kładzie się na ziemi, a jednocześnie może kontynuować walkę. Postacie są bardziej mobilne, ale The Coalition nie zgubiło charakterystycznego dla serii poczucia ciężaru, dzięki czemu Gears of War: E-Day nie zamienia się w kolejną niezwykle szybką strzelankę TPP.

Sporo zmieniło się również w samym strzelaniu. Pociski mają teraz symulowaną balistykę i czas lotu, więc podczas starć na większych dystansach trzeba uwzględnić ruch przeciwnika zamiast po prostu umieścić celownik na jego głowie. Powraca oczywiście Active Reload, więc perfekcyjne przeładowanie nadal może zapewnić przewagę w odpowiednim momencie, a samo strzelanie daje mnóstwo satysfakcji. Bronie mają świetny feedback, czuć moc kolejnych wystrzałów, krew pozostaje na Marcusie oraz jego pancerzu, a brutalne egzekucje ponownie są ważną częścią widowiska. Gears of War znów jest ciężkie, krwawe i bezkompromisowe, a przecięcie przeciwnika piłą Lancera nadal daje dokładnie tę chorą satysfakcję, której oczekiwałem od tej serii.

Ostatecznie trudno mówić tutaj o rewolucji, bo Gears of War: E-Day to nadal Gearsy w każdym najważniejszym aspekcie. Jeśli nigdy nie polubiliście schematu walki opartego na osłonach, najnowsza przygoda Marcusa Fenixa raczej nie sprawi, że nagle zakochacie się w tej formule. Fani powinni być jednak zachwyceni, ponieważ The Coalition nie próbowało na siłę wymyślić swojej serii od nowa. Zamiast tego deweloperzy przyjrzeli się niemal każdemu elementowi rozgrywki, poprawili poruszanie, osłony i strzelanie, a następnie połączyli wszystko w znacznie płynniejszą całość. 

Muszę jednocześnie podkreślić, że twórcy przedstawiając początek inwazji w pewien sposób... zamknęli sobie drogę do większych zmian. To widać oczywiście od samego początku, bo już pierwsze bestie są nam bardzo znane, po chwili chwytamy do ręki nową wersję Lancera i w zasadzie na każdym kroku czujemy, że deweloperzy nie mogli poszaleć. Problem ten może być dla niektórych graczy szczególnie widoczny w drugiej połowie gry - tutaj brakuje już większych zmian, gameplay staje się bardzo "gearsowy", bo w zasadzie polega na znanym schemacie walki o kolejne przestrzenie, a sama rozgrywka od tego czasu w zasadzie się nie zmienia. 

W Gears of War: E-Day nie brakuje atrakcji 

The Coalition zadbało również o to, by Gears of War: E-Day nie sprowadzało się wyłącznie do biegania po kolejnych ulicach Kalony i eliminowania następnych grup Szarańczy. Kampania regularnie zmienia tempo i podrzuca większe, bardziej widowiskowe sekwencje. W pewnym momencie siadamy za potężnym działem w helikopterze, później uczestniczymy w scenach rozgrywających się na pociągach, a moją ulubioną misją pozostaje szturm na ogromny budynek, podczas którego piętro po piętrze przedzieramy się coraz wyżej, eliminując kolejne zagrożenia. Każda z tych sekwencji nadal opiera się na dobrze znanych fundamentach serii, ale skutecznie przełamuje klasyczny rytm przemieszczania się od jednej strzelaniny do następnej.

Z uśmiechem wspominam również moment, gdy cały oddział trafia pod ziemię i po raz pierwszy może zobaczyć prawdziwą skalę armii Szarańczy. To jedna z tych scen, które świetnie działają zarówno jako element historii, jak i ukłon w stronę wieloletnich fanów. Zresztą przez całą kampanię miałem wrażenie, że The Coalition bardzo świadomie sięgnęło po najlepsze pomysły z poprzednich odsłon. Podziemia, ogromne konstrukcje, pociągi, spektakularne starcia, wielka fabryka i bardziej kameralne potyczki na ulicach miasta - twórcy wrzucili to wszystko do jednego worka, odpowiednio wymieszali i przygotowali nostalgiczny, ale jednocześnie niezwykle atrakcyjny zestaw największych hitów Gears of War. Dzięki temu nawet jeśli podstawowy schemat rozgrywki pozostaje znajomy, sama kampania przez większość czasu skutecznie podrzuca kolejne atrakcje.

Całą tę przygodę możemy oczywiście przeżyć wspólnie, ponieważ Gears of War: E-Day pozostaje wierne kooperacyjnym korzeniom serii. Kampanię można ukończyć we dwóch na jednej kanapie lub zebrać czteroosobowy oddział do rozgrywki online. Cała opowieść została podzielona na pięć rozdziałów - na normalnym poziomie trudności bez problemu ukończycie grę w około 12 godzin.

Unreal Engine 5 pokazuje pazur

Nawet jeśli nie graliście we wcześniejsze odsłony serii i nie będziecie w stanie wyłapać wszystkich zmian wynikających z przejścia The Coalition na Unreal Engine 5, Gears of War: E-Day samo w sobie jest kapitalną wizytówką technologii Epic Games. Gra wygląda fantastycznie. Główni bohaterowie zostali dopracowani z ogromną dbałością o szczegóły, twarze prezentują bardzo wysoki poziom, świetnie wypada mimika, skóra, oczy oraz drobne elementy pancerzy i ubrań. Czasami można ponarzekać na wygląd zarostu, który nie zawsze trzyma równie wysoki poziom, ale podczas scen przerywnikowych Marcus, Dom i pozostali bohaterowie potrafią wyglądać niemal fotorealistycznie. Równie duże wrażenie robią przeciwnicy – Szarańcza jest obrzydliwa, potężna i niesamowicie szczegółowa, a kolejne typy bestii różnią się nie tylko gabarytami, ale również sylwetką, pancerzem oraz animacjami.

Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie Kalona i przede wszystkim oświetlenie. Kampania rozpoczyna się nocą i już pierwsze godziny są prawdziwym pokazem możliwości silnika. Światło samochodowych reflektorów przebija się przez ciemność, neony oraz witryny sklepowe rozświetlają mokre ulice, a koguty radiowozów sprawiają, że raz jedna, a chwilę później druga część pojazdu zostaje zalana intensywnym światłem. Fantastycznie prezentuje się również ogień wydobywający się ze zniszczonych budynków, błyski wystrzałów potrafią na moment rozświetlić najbliższe otoczenie, a dynamiczne cienie dodatkowo podkreślają chaos kolejnych starć. The Coalition korzysta tutaj między innymi z MegaLights oraz rozwiązań Lumen i zdecydowanie nie są to technologie wrzucone wyłącznie po to, żeby dobrze wyglądały na liście funkcji - światło jest jednym z najważniejszych elementów budujących wygląd oraz atmosferę całej gry.

Świetnie prezentują się również wszystkie efekty towarzyszące walce. Granaty dymne wypełniają przestrzeń gęstą mgłą, przez którą przebijają się kolejne źródła światła, pociski przecinają przestrzeń tuż obok głów naszego oddziału, iskry lecą ze zniszczonych elementów otoczenia, a kolejne eksplozje potrafią całkowicie zmienić wygląd sceny. Do tego dochodzi ogromna ilość geometrycznych szczegółów - wnętrza budynków, gruz, fragmenty ulic, wyposażenie pomieszczeń czy nawet mniej istotne postacie zostały wykonane z dużą starannością. Bardzo dobrze prezentują się również materiały: metal pancerzy odpowiednio reaguje na światło, skóra bohaterów wygląda naturalnie, a kurz, brud i krew pozostające na postaciach sprawiają, że po większym starciu Marcus rzeczywiście wygląda jak ktoś, kto właśnie przedzierał się przez środek wojny. Sytuacja wygląda podobnie z budynkami - nie możemy tutaj liczyć na destrukcję 2.0 i zawalanie całych budynków podczas ostrzału, ale sporo elementów otoczenia możemy zniszczyć… szczególnie, te za którymi akurat się chowają wrogowie.

Wysoka jakość oprawy nie ogranicza się do spokojnych momentów. Gears of War: E-Day potrafi wrzucić na ekran sporą grupę przeciwników, efekty cząsteczkowe, dym, ogień i latające pociski, a mimo tego całość nadal prezentuje się znakomicie. Ma to szczególne znaczenie właśnie podczas walki - bez problemu rozpoznajemy poszczególne jednostki Szarańczy, widzimy kierunek ostrzału i możemy reagować na przeciwników zmieniających pozycję. Nie mogę jednocześnie napisać, że wyjątkowa oprawa towarzyszy nam od początku do końca wydarzeń - postacie poboczne zdecydowanie odstają od głównych bohaterów, czasami niektóre budynki nie prezentują jakości tych najbardziej dopracowanych, a jednym z zabawnym momentów podczas gry było dostrzeżenie, że na zdecydowanie za wielu ławkach znajdujących się w całym mieście siedzi… ten sam facet. Twórcy trochę za często wykorzystali tego biedaka, by pokazać, że mieszkańcy zostali zaskoczeni atakiem. To są jednak tylko drobne detale, które nie wpływają ostatecznie na doświadczenie. 

Na Xboksie Series X zdecydowałem się grać przede wszystkim w trybie wydajności, ponieważ przy tak dynamicznej strzelance 60 klatek na sekundę jest dla mnie znacznie ważniejsze od kilku dodatkowych graficznych fajerwerków… i przez zdecydowaną większość kampanii właśnie taką płynność odczuwałem. Dopiero pod koniec historii trafiłem na dwa miejsca, w których animacja wyraźnie zwolniła, ale były to krótkie sytuacje i biorąc pod uwagę przedpremierową wersję gry, nie zdziwię się, jeśli The Coalition poprawi je jeszcze przed debiutem. Co szczególnie istotne, nawet po wybraniu wydajności E-Day nadal wygląda kapitalnie i podczas normalnej rozgrywki nie miałem poczucia, że 60 FPS zostało okupione drastycznym pogorszeniem jakości oprawy. W produkcji nie zabrakło jeszcze zrównoważonego trybu, w którym możemy oczekiwać około 40 FPS.

Pozostaje jeszcze jedno pytanie: czy Gears of War: E-Day rzeczywiście oznacza powrót horroru? I tak, i nie. W najlepszych momentach atmosfera jest znakomita. Nocne wyprawy przez Kalonę, światła samochodów przecinające ciemność, płonące budynki, gęsty dym i świadomość, że bohaterowie nie wiedzą jeszcze, co właściwie wyszło spod ziemi, potrafią stworzyć klimat zdecydowanie bliższy pierwszemu Gears of War. Nie jest to jednak horror w klasycznym znaczeniu i gdy akcja przenosi się za dnia, spora część tej atmosfery naturalnie znika, a E-Day ponownie staje się przede wszystkim efektowną wojenną strzelanką. Kapitalnie pomaga natomiast soundtrack, który świetnie podkreśla zarówno bardziej niepokojące momenty, jak i największe starcia. Ostatecznie mogę napisać, że The Coalition wykorzystało horrorowe korzenie serii, by w odpowiednich momentach przypomnieć nam, że dla tych bohaterów Szarańcza nie jest jeszcze dobrze znanym przeciwnikiem, lecz czymś całkowicie obcym i przerażającym.

Czy warto zagrać w Gears of War: E-Day?

Na dobry początek miałem okazję sprawdzić wyłącznie kampanię Gears of War: E-Day i jestem przekonany, że przedstawione wydarzenia zachwycą wielu fanów tego uniwersum. The Coalition nie próbuje zaskakiwać na siłę, bo doskonale wiemy, do czego prowadzi Dzień Wyjścia, ale możliwość przeżycia początku tej katastrofy, obserwowania narodzin relacji Marcusa i Doma oraz oglądania upadku Kalony okazała się dla mnie czymś wyjątkowym. To historia przygotowana z ogromnym szacunkiem do dorobku marki, pełna smaczków dla największych fanów, a jednocześnie na tyle przystępna, by mogły się przy niej dobrze bawić osoby, które wcześniej nie spędziły setek godzin z Gearami.

Gears of War: E-Day nie jest rewolucją i... jak dla mnie wcale nie musi nią być. The Coalition wzięło charakterystyczny ciężar postaci, walkę za osłonami, brutalność oraz świetne strzelanie, a następnie usprawniło praktycznie każdy z tych elementów. Większa mobilność, zmienione osłony, rozwój broni, dodatkowe aktywności, bardziej otwarte fragmenty i różnorodne sekwencje sprawiają, że przez całą kampanię bawiłem się naprawdę dobrze. Jednocześnie przejście na Unreal Engine 5 pozwoliło deweloperom wykonać ogromny technologiczny krok naprzód. Trudno jednocześnie ukryć, że w pewnym momencie w grze brakuje większych nowości, a ponadto deweloperzy nie mogli "poszaleć" ze względu na umiejscowienie akcji, ale pod względem samej opowieści - nowe Gears to ważny moment dla tego IP.

Czy jest to więc odpowiednia produkcja, by rozpocząć zapowiadane „odrodzenie” Xboksa? Dla wielu graczy (wiernych fanów Xboksa) zdecydowanie tak. Marcus Fenix ponownie bierze na swoje barki ogromną odpowiedzialność i wraca z przygodą, która przypomina, dlaczego Gears of War przez lata było jedną z najważniejszych marek Microsoftu. Przede mną pozostaje jeszcze sprawdzenie trybów sieciowych, ale sama kampania zrobiła na mnie świetne wrażenie. The Coalition nie wymyśliło Gearsów na nowo - zamiast tego przygotowało ich nowoczesną i niezwykle efektowną wersję, która może być początkiem naprawdę ciekawego nowego rozdziału dla całej serii.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Ocena - recenzja gry Gears of War: E-Day

Atuty

  • Świetnie przedstawiony Dzień Wyjścia,
  • Kapitalna narracja i mnóstwo smaczków dla fanów,
  • Bardzo dobrze pokazana relacja Marcusa i Doma,
  • Upadek Kalony obserwujemy niemal na własnych oczach,
  • Znakomite strzelanie i świetny feedback broni,
  • Płynniejszy, ale nadal odpowiednio ciężki system poruszania,
  • Udane rozwinięcie klasycznej walki za osłonami,
  • Różnorodna kampania pełna widowiskowych sekwencji,
  • Fantastyczna oprawa i wykorzystanie Unreal Engine 5,
  • Bardzo dobry soundtrack,
  • Kooperacja lokalna i sieciowa.

Wady

  • Historia jest przewidywalna - znamy kierunek większości wydarzeń,
  • W pewnym momencie brakuje większych nowości w samej rozgrywce,
  • Umiejscowienie wydarzeń sprawiło, że twórcy nie mogli poszaleć w przypadku rozgrywki,
  • Dla osób, które nigdy nie polubiły formuły Gearsów, E-Day raczej nie będzie rewolucją.

Gears of War: E-Day to świetny powrót jednej z najważniejszych marek Xboksa, który pozwala przeżyć Dzień Wyjścia i zobaczyć początek historii Marcusa oraz Doma z zupełnie nowej perspektywy. The Coalition nie rewolucjonizuje znanej formuły, ale w pewien sposób ją rozwija – poprawia mobilność, strzelanie i eksplorację, oferuje różnorodną kampanię, a przy okazji pokazuje ogromne możliwości Unreal Engine 5. To nowoczesne Gearsy, które doskonale pamiętają o swoich korzeniach.
Graliśmy na: XSX|S

Wojciech Gruszczyk Strona autora
Miał przyjść do redakcji zrobić kilka turniejów, ale cytując klasyka „został na dłużej”. Szybko wykazał się pracowitością, dzięki której wyrobił sobie pozycję w redakcji i zajmuje się różnymi tematami. Najchętniej przedstawia wiadomości ze świat gier, rozrywki i technologii oraz przygotowuje recenzje gier i sprzętu. Jeśli jest zadanie – Wojtek na pewno się z nim zmierzy. 
cropper