Marsupilami (2025) – recenzja filmu [M2 Films]. Szmuglowanie egzotycznych zwierząt po francusku

Marsupilami (2025) – recenzja, opinia o filmie [M2 Films]. Szmuglowanie egzotycznych zwierząt po francusku

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 20:11
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Wiecznie niespisujący się ojciec dostaje od swojego szefa zadanie. Przewieźć nieoznakowaną paczkę z niewielkiego kraju w Ameryce Południowej do Paryża. I choć można by sobie pomyśleć, że chodzi o jakieś sproszkowane niegodziwości o białym kolorze, prawda jest znacznie bardziej... trudna.

Nikt nie robi komedii tak, jak Francuzi. Nawet kiedy zdarzy im się puścić jakiegoś średniaka, jak setna część “Zgrzeszyliśmy, dobry boże”, to nadal dostajemy sensownie poprowadzoną fabułę z przynajmniej nie najgorszą ilością, zwykle niezłych gagów. Cześciej jednak dostajemy klasyki takie jak “Kolacja dla palantów”, “Alibi.com”, czy “Goście, goście!”.

Dalsza część tekstu pod wideo

Jedną z najważniejszych, obecnie działających na francuskiej scenie twórczych grup/wytwórni/kolektywów jest “La Bande a Fifi”, tworząca pod okiem niezastąpionego Phelippe Lacheau. To ci sami ludzie, którzy dali nam wspomnianą już serię “Alibi.com”, “Wszystko zostanie w rodzinie” czy “”Nicky Larson i perfumy miłości”. Ich filmy są zwykle, coż... niemądre, ale przy tym zawierają absurdalnie dużą ilość gagów na minutę. Ponoć ich najnowszy film, dzisiejsze „Marsupilami”, to nie ten typ projektu, o który ekipa ubiegała się długimi miesiącami, ale to samo studio przyszło do chłopaków, żeby im go zaproponować. Widziałem taką absurdalną opinię od jednego kolegi recenzenta, wedle której jednym z głównych problemów filmu jest fakt, że tytułowy przedstawiciel rasy Marsupilami nie jest tak naprawdę głównym bohaterem filmu, a jedynie postacią, która wprawia fabułę w ruch. I jasne, w wielu przypadkach byłaby to uczciwa krytyka, ale w przypadku tej konkretnej postaci – dzikiego zwierzęcia, które nie potrafi mówić – raczej trudno nie odnieść wrażenia, że recenzent przyczepia się trochę o nic.

Marsupilami (2025) – recenzja, opinia o filmie [M2 Films]. Dzieci są najgorsze

Głównym bohaterem filmu jest, jak zawsze w przypadku tej ekipy, reżyser, David (Philippe Lacheau), pracujący w szemranym zoo ojciec młodego Leo (Corentin Guillot) i mąż wkurzonej Tess (Elodie Fontan). W ramach kary, szef prosi go o wykonanie prostego zadania – przewieźć z Ameryki Południowej paczkę na pokładzie wielkiego, turystycznego liniowca. Może nawet zabrać ze sobą rodzinę. Rzecz w tym, że paczką interesują się też inne jednostki. Bezpośrednio będzie to znany z poprzedniego filmu Pablito (Jamel Debbouze, któremu w polskiej wersji językowej ponownie głos podkłada Cezary Pazura – bardzo sympatyczny pomysł), pośrednio natomiast uporać się trzeba będzie z gwiazdą programu o celnikach, niejakim panem Raymondem (Alban Ivanov). A to tylko część z postaci, które chętnie przyjrzałyby się bliżej tajemniczemu Marsupilami. Tak czy inaczej, fabuła kręcić będzie się wokół prób bezpiecznego przewiezienia zwierzaka na drugą stronę Atlantyku. Mało? Ha!

Dobra, może i czysto fabularnie nie dzieje się tu jakoś specjalnie dużo, ale chyba jeszcze nigdy nie widziałem filmu z tak niedorzecznym zagęszczeniem żarów, jak właśnie „Marsupilami”. Tutaj widz śmieje się dosłownie w każdej jednej minucie filmu. Czasami bardziej, czasami mniej, ale za to bez przerwy. Dosłownie zacząłem w pewnym momencie płakać – i nie tylko ja, moja żona i syn również – nie dlatego, że stało się coś tak dramatycznego czy uroczego, ale ponieważ ilość dobrych żartów zaczęła być tak przytłaczająca, że nie sposób było złapać oddechu i się uspokoić. Jasne, nie są to wysublimowane, angielskie gagi, a raczej prosty humor sytuacyjny, mocno fizyczny, ale nie sposób odmówić mu uroku. Nie wiem, co reżyser ma do małych dzieci, ale ewidentnie jakoś muszą mu przeszkadzać, ponieważ każde jedno dziecko w jego filmie ma absolutnie przerąbane – od wyrzucania za burtę jako przynęta, przez rzucanie nimi o ścianę, na traktowaniu gazem pieprzowym kończąc. Jako rodzic uważam, że jest to pięęęę...kropne. Okropne. Ale działa, a to przecież jest w dobrej komedii najważniejsze. 

Marsupilami (2025) – recenzja, opinia o filmie [M2 Films]. Rodzina liczy się prawie tak bardzo jak praca

Prócz elementów komediowych – w ilościach iście hurtowych – dostajemy również odrobinę poważniejszy wątek rodzinny. Szybko zaczynamy rozumieć, że w rodzinie Davida nie dzieje się najlepiej. Z biegiem czasu zaczynamy rozumieć natomiast dlaczego tak się dzieje i tak jak jest to sytuacja absolutnie... odpowiednia do charakteru filmu, tak nie można również odmówić filmowi, że posiada serce, które to serce będzie napędzać cały trzeci akt filmu, z wszystkimi jego gościnnymi występami i niedorzecznościami. Ja jestem jedną z tych osób, które ryczą na filmach z byle powodu – tak już mam, nic z tym nie zrobię. W przypadku „Marsupilami” miałem natomiast bardziej taką sytuację, że rozumiałem narracyjny i emocjolnany sens tego, co oglądam, ale mimo wszystko nie zgiął mnie on na tyle, aby uronić za bohaterów łzę. Ważne jest jednak to, że mimo braku łez, widz zdecydowanie rozumie, gdzie znajdują się serca poszczególnych postaci i z łatwoscią i przyjemnością śledzi ich dalszą wędrówkę. Widziałem zdecydowanie gorzej poprowadzone filmy. 

Sam tytułowy zwierz to przez większą część filmu pięknie zrealizowan kukła, wesoło uśmiechająca się do poszczególnych postaci, acz w co bardziej ambitnych kinetycznie scenach posłużono się animacją komputerową. Efekt jest zwykle zadowalający – chyba nigdy przez cały film nie zdarzyło mi się pomyśleć, że Bibi – bo tak nazywa się ten tutaj osobnik – wygląda sztucznie czy psuje mi w jakiś sposób odbiór sceny. Może to mieć jakiś związek z faktem, że musiałem przyglądać mu się przecierając łzy i łapczywie chwytając kolejny oddech, ponieważ dusiłem się ze śmiechu, ale ostatecznie liczy się fakt, że postać sprawia ogólnie dobre wrażenie. Scenarzyści i reżyser dali nawet radę nadać mu pewne cechy charakteru, które sprawiają, że jest on pełniejszą postacią, niż tylko „uroczy futrzak z długim ogonem”. Tak samo rysuje się sprawa z resztą obsady. Nawet nieskończenie głupi Stefan (Julien Arruti) ostatecznie daje się poznać jako pełen empatii, sympatyczny człowiek, choć po drodze głównie widzimy go jako osobę z połową mózgu... zapewne małpiego. Próbuję przez to powiedzieć, że postacie, choć stworzone głównie po to, aby widz miał się z czego śmiać, są ostatecznie trójwymiarowe i całkiem interesujące same w sobie.

„Marsupilami” był komiksową postacią przez ponad pół wieku, zanim upomniało się o niego Hollywood. Przez wszystkie te lata zapracował sobie na status ikony, którą teraz, lata później, wykorzystał Phelippe Lacheau, aby wokół niej zbudować jedną ze swoich najlepszych, jeśli nie w ogóle najlepszą komedię. Fabuła skacze od jednej niedorzecznej sytuacji do drugiej, lecz w kontekście tego świata, jest to po prostu dobrze poprowadzona historia z największą ilością udanych gagów jakie widziałem w ostatnich latach, a być może i w całej dekadzie. Zdecydowanie polecam wszystkim fanom dobrej zabawy.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Atuty

  • Cała masa świetnych gagów;
  • Wiele odniesień do klasyki kinematografii dla starszego widza;
  • Ścieżka dźwiękowa pięknie podbija humor poszczególnych scen;
  • Sympatyczne, charakterne postacie;
  • Końcowy teledysk!

Wady

  • Kolejne zwroty akcji zbudowane głównie na wygodnych zbiegach okoliczności.

„Marsupilami” to 90 minut bezsprzecznie dobrej zabawy, film, który prosi widza jedynie o to, by rozsiadł się wygodnie i dobrze się bawił. Ja, wraz z całą rodziną, bawiłem się wybornie.

8,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper