Folwark Zwierzęcy (2025) – recenzja filmu [Galapagos]. Wszystkie adaptacje są równe...

Folwark Zwierzęcy (2025) – recenzja, opinia o filmie [Galapagos]. Wszystkie adaptacje są równe...

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 22:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Zmęczone ludzką tyranią zwierzęta robią rewolucję! Pozbywają się swojego właściciela i tworzą utopię, w której wszystkie zwierzęta są równe, żyją dostatnio i dbają o siebie nawzajem. Przynajmniej przez jakiś czas...

Klasyczna powieść George'a Orwella była alegorią stalinizmu – pełnym odniesień do konkretnych ludzi i wydarzeń ostrzeżeniem przed ustrojami politycznymi opartymi na totalitaryzmie. Wiesz, ciężka praca jednostki na wspólne dobro, ostra propaganda, brutalne pozbywanie się przeciwników politycznych. Zabawne, że kazali nam to czytać w szkole podstawowej, kiedy dzieciak jeszcze nie miał pojęcia o tym, jak to wszystko rozumieć. Przesłanie samo w sobie było jasne – nawet jaśniejsze ze względu na wykorzystanie zwierząt symbolizujących konkretne grupy ludzi, takie jak bezmyślnie powtarzające wszystko owce. Nie mam natomiast pojęcia na ile w tamtych latach (a mówimy tu o czasach przed internetem i dziesięcioletnich dzieciach) rozumieliśmy i docenialiśmy to drugie dno, ten kontekst historyczny. Bo co z tego, że pani powiedziała, że Napoleon to Stalin (jeszcze bardziej mieszając młodzieży w głowach), skoro niewiele to takiemu smarkowi mówiło.

Dalsza część tekstu pod wideo

„Folwark zwierzęcy” zdecydowanie był produktem swoich czasów, głosem irytacji i przestrogą przed tym, co działo się na wschodzie. Dlatego też, kiedy Andy Serkis i Nicholas Stoller zabierali się za swoją adaptację, postanowili przekuć ją w coś bliższego obecnemu widzowi. Rzecz w tym, że takie podejście, tak uczciwie, wymagałoby gruntownego przerobienia całej opowieści, w efekcie tworząc coś zupełnie oryginalnego. Panowie stanęli jednak w nieporadnym rozkroku, z jednej strony wciąż odnosząc się do motywów zawartych w powieści, z drugiej przerabiając postacie tak bardzo, że ciężko już rozpoznać w nich papierowy pierwowzór. Efektem jest... względnie nie najgorszy film animowany, mocno ciągnięty w dół przez fakt, że miał to być „Folwark zwierzęcy”.

Folwark Zwierzęcy (2025) – recenzja filmu [Galapagos]. Olej z wodą się nie miesza

Zasady
resize icon

Bardzo ogólne spoilery w następującym akapicie.

Głównym bohaterem filmu jest Farciarz, młody wieprzek, przypadkiem uratowany przez Napoleona podczas zwierzęcej rewolucji na farmie. Od tamtej pory idealizuje Napka, który stał się dla niego niczym ojciec. Nie kojarzysz tego z książki? To dlatego, że Farciarz został wymyślony na potrzeby filmu jako klasyczny główny bohater, który musi zauważyć niegodziwość świń, obalić swojego dawnego mentora, zdobyć dziewczynę i wprowadzić na farmę „prawdziwy komunizm” - ten skuteczny i faktycznie działający. Brzmi jak klasyk Orwella? Nie za bardzo, prawda? Powiedzmy, że gdzieś tam idzie tu wyczytać z grubsza tę samą przestrogę, ale narracja została bardzo mocno ugrzeczniona i pociągnięta hollywoodzkim pędzlem.

Rzecz w tym, że w efekcie dostaliśmy film animowany z Sethem Rogenem jako Napoleonem, który zachowuje się dokładnie tak, jak zwykle zachowują się postacie grane przez Setha Rogena – śmieje się, rzuca niskich lotów dowcipami i gada zdecydowanie więcej niż powinien – z bombastycznym, pełnym akcji finałem rodem z kina akcji i... elementami książkowych motywów i przesłania, które pasują do tej nowej wersji historii jak pięść do nosa. W jednej chwili grany przez Woody'ego Harrellsona koń, Bokser, zacharowuje się niemal na śmierć (znawcy książki – spokojnie!), cały czas jednak pozostając wiernym ideałom głoszonym przez Napoleona, a w drugiej świnie robią sobie rewię mody i piją kolorowe drinki z plastikowych kubeczków, jakby były na imprezie studenckiej w USA. I można niby powiedzieć, że to właśnie o ten kontrast chodziło reżyserowi, ale nawet jeśli, to bardzo kiepsko został on przygotowany, bo zamiast dochodzić do wniosku, że świnie wyzyskują resztę zwierząt, ja zastanawiam się, czy na pewno wciąż oglądam ten sam film. Te „głośne” sceny zwyczajnie nie zgrywają się z tymi wyciągniętymi z książki.

Folwark Zwierzęcy (2025) – recenzja filmu [Galapagos]. Typowa animacja dla dzieci

Świnia w garniturze
resize icon

Gdyby jednak zapomnieć na jakiś czas o tym, że mamy tu do czynienia z adaptacją bardzo istotnego dzieła literatury i ocenić film w próżni, okazałoby się, że... nie jest taki zły. Farciarza da się lubić, a jego niezdrowa relajca z Napoleonem stanowi jeden z filarów tej opowieści. Dzieciaki czynnie chcą, aby przestał wreszcie dawać mu się wykorzystywać. Niektóre bardziej tragiczne wątki książkowe nie zgrywają się z resztą filmu, ale jest też cała masa takich, które dobrze budują fabułę – ustalenie zasad folwarku, ich późniejsze zmiany, przejęcie władzy, chodzenie na dwóch nogach i cała reszta elementów sprawiających, że świnie upodabniają się do ludzi, którymi tak gardziły – to wszystko wciąż tu jest i działa. Finał Orwella raczej nie sprawdziłby się w dzisiejszym filmie dla dzieci, więc zrobili z niego niedorzeczną scenę akcji z jasno określoną stawką i choć nijak ma się on do oryginału, to tutaj sprawdza się jako zwieńczenie tej konkretnej historii.

Animacja, tak jak i cały film, jest trochę nierówna. Z jednej strony projekty zwierzaków są całkiem niezłe – łącząc w sobie elementy fotorealizmu z kreskówkową stylistyką, nadając każdej postaci łatwy do odczytania charakter – a oświetlenie zgrabnie współgra z poszczególnymi miejscówkami – ciepłe, miłe kolory wczesnej farmy, zimne, niezdrowe odcienie świata ludzi i na koniec noc przykrywająca wszystko, kiedy farma znajduje się na skraju upadku. Z drugiej, całemu temu stylowi brakuje, no... stylu. Farma wygląda po prostu jak farma, supermarket jest zimny, kanciasty i pusty. Nie ma w tym filmie chyba żadnej lokacji, która byłaby po prostu ciekawa. Wszystkie są co najwyżej skuteczne, użyteczne, ale żadna nie zapada w pamięć. Jasne, fajnie, że możemy w dzisiejszych czasach zrobić animację, która wygląda jak prawdziwe życie, ale jednak jak idę na film animowany, to chciałbym aby ta animacja czemuś służyła, bo w innym wypadku po co w ogóle animatorzy mają się męczyć. Sprawia to, że choć „Folwark zwierzęcy” nie wygląda źle, to jednak jest w nim jakaś taka generyczność, brak ciekawszej wizji, a to rzutuje na odbiór film jako całości.

Koniec końców, „Folwark zwierzęcy” jest niezłą animacją dla dzieci i bardzo kiepską adaptacją książki George'a Orwella jednocześnie. Zdecydowanie odradzam pisanie na jego podstawie wypracowań do szkoły (chyba, że nauczyciel ma niezłe poczucie humoru) i nie polecam seansu tym, którzy liczyli na nową, wierną adaptację klasyki. Ale jeśli ktoś po prostu chciałby przejść się z dzieckiem na całkiem klasycznie poprowadzony film animowany z dobrą obsadą, paroma nie najgorszymi żartami i z grubsza poprawną animacją, to czemu nie. Grunt to mieć świadomość, czego należy się spodziewać.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Atuty

  • Wyraziste postacie;
  • Sam proces stopniowego gnicia wczesnych ideałów folwarku został dobrze pokazany;
  • Bardzo dobra obsada (oryginalna);
  • Solidne tempo.

Wady

  • Niby niezły, ale mało charakterny styl animacji;
  • To nie jest „Folwark Zwierzęcy” Orwella.

Ocena końcowa dotyczy filmu ocenianego w próżni. Jako adaptacja Orwella jest to najwyżej 3/10. Kilkuletniego smarka jednak nie będzie to pewnie zbytnio obchodziło, więc jeśli takiego posiadasz, to można śmiało ruszać z nim do kina.

1,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper