Avatar Aang: Ostatni władca wiatru (2026) - recenzja, opinia o filmie [SkyShowtime]. Zachwiany balans
Przeszło dekadę po pokonaniu Ozaia, Aang i jego przyjaciele starają się stworzyć nowy, lepszy świat, w którym wszystkie narody będą mogły żyć w pokoju i dostatku. Komórka terrorystyczną poszukująca starożytnego Avatara sprawia jednak, że Team Avatar będzie musiał raz jeszcze ruszyć w świat, ku przygodzie.
Oryginalny "Ostatni władca wiatru" Nickelodeona to był serial jakich mało. Wybitna animacja mieszała się ze świetnymi, dojrzałymi scenariuszami, którym w odpowiednich momentach towarzyszyła również niemała dawka humoru, a sam serial trwał tylko tyle, ile musiał - bez wypychania czasu antenowego kompletnie zbędnymi, nic nie wnoszącymi do fabuły zapychaczami.
Myślę, że to ważne, aby odświeżyć te filary, na których Michael Dante DiMartino i Bryan Konietzko zbudowali sukces swojego serialu, ponieważ... Dzisiejszy film zgubił gdzieś po drodze dwa z nich. Po pierwsze, dostajemy tu historię zbędną, nie pchającej legendy Aanga do przodu w żaden znaczący sposób - nikt nie uczy się niczego nowego, świat wraca do statusu quo po zakończeniu fabuły. I po drugie, scenarzyści prezentują nam tu bardzo typową historię o ratowaniu świata, której najgłębszym przesłaniem jest to, że chcąc czynić dobro, wciąż możemy ostatecznie być tymi złymi. Trochę mało. Trochę sztampowo.
Avatar Aang: Ostatni władca wiatru (2026) - recenzja, opinia o filmie [SkyShowtime]. Wybitnie hollywoodzka fabuła
Głównym katalizatorem opowieści jest wspomniana już grupa terrorystów, nazywających się Wykluczonymi. Mają żal do świata, w którym magowie żywiołów sprawują władzę, a reszta nie ma nic do powiedzenia. Ich rozwiązanie tego problemu? Posiąść tę samą moc. Na bank wyjdzie im to na zdrowie... Po konfrontacji z nimi, Aang udaje się wraz z przyjaciółmi w świat, gdzie spróbują odnaleźć starożytnego maga wody imieniem Sonam.
Sama fabuła jest bardzo przewidywalna, ponieważ bita od tej samej matrycy, co dziesiątki przygodowych filmów akcji. Z nowych postaci zdecydowanie najciekawszy jest wiekowy władca wiatru, Tagah, któremu głosu w oryginale użyczył Dave Bautista I tutaj pozwolę sobie na małe zejście z tematu. On sobie chyba zmanifestował tego Kratosa w serialu Amazona! Najpierw Drax - facet, który stracił żonę i dzieci, ma niecodzienny kolor skóry i czerwone pasy na ciele. Później Tagah - wielki, nerwowy wojownik z czerwonymi pasami na ciele. I teraz Kratos. Tak chyba po prostu musiało być. Wracając do tematu, zdecydowanie ciekawie było zobaczyć innego maga powietrza z tych samych czasach, co Aang, moc porównać sobie ich technikę. Sama postać jest zdecydowanie najbardziej złożoną w całym filmie i Bautista bardzo dobrze radzi sobie z przekazaniem różnych cech jej charakteru, często zgrabnie kontrastując z głównym bohaterem.
Avatar Aang: Ostatni władca wiatru (2026) - recenzja, opinia o filmie [SkyShowtime]. Nowe wcielenie znanych postaci
Nie jestem natomiast pewien, co sądzę o reszcie obsady filmu. Rozumiem, że twórcy mieli teraz znacznie potężniejszy budżet, ale czy nie można było jego części przeznaczyć na upewnienie się, że postacie w dalszym ciągu będą odgrywane przez tych samych aktorów? Dlaczego Zuko jest nagle grany przez Stevena Yeuna, czyli Glenna z "the Walking Dead", a nie Dante Basco? To przecież i tak wszystko byli dorośli aktorzy udający dziecięce głosy z spokojnie daliby radę zagrać i ich starsze wersje. To napisawszy, muszę również przyznać, że ostatecznie nie mogę powiedzieć na tę obsadę, którą dostaliśmy złego słowa. Wszystkie głosy pasują do postaci - po prostu szkoda straconej okazji na reunion. Sami bohaterowie wciąż wyglądają i zachowują się znajomo, co z jednej strony jest bardzo urocze, jak kiedy Toph podnieca się, że wciąż nikt nie może się z nią równać w temacie magii ziemi, a z drugiej trochę męczące, jak kiedy okazuje się, że Sokka wciąż jest tym samym dzieciuchem, co na początku pierwszego sezonu serialu, jakby nigdy nie wydoroślał. Dobrze chociaż, że Aang jest teraz znacznie dojrzalszym Avatarem i nie boi się okazywać swoich uczuć Katarze, bo tego bym chyba nie przeżył.
Elementem, którym "Avatar Aang: Ostatni władca wiatru" poniekąd odpokutowuje za swoje większe czy mniejsze niedopatrzenia, jest jego warstwa wizualna. Już sam serial robił niesamowite wrażenie, łącząc ze sobą wiele różnych technik animacji, rozumiejąc kiedy zwiększyć, a kiedy zmniejszyć ilość klatek na sekundę, same sztuki tkania żywiołów opierając natomiast na prawdziwych sztukach walki, najlepiej z nimi korespondującymi. To teraz wyobraź sobie wszystko to samo, ale podniesione do kwadratu. Zapierające dech w piersiach panoramy tworzą nastrój, a pełne gracji sceny walk mają jeszcze czelność pokazywać widzowi taniec postaci jeżdżąc w trakcie dookoła kamerą, najeżdżając na bohaterów, bawiąc się perspektywą. Wygląda to po prostu olśniewająco i nie przestaje zadziwiać aż do samych napisów końcowych. Co istotne - filmowcy nie zapomnieli, jak istotną częścią DNA serii jest jej humor, regularnie tkając go za pomocą przesadzonej anumacji i tego typu klasycznych zabiegów. Nawet dla samych tylko wizualiów, warto nowego Avatara sprawdzić.
"Avatar Aang: Ostatni władca wiatru" nie jest produkcją doskonałą. Fabularnie zdecydowanie możemy mówić o królu w tył względem oryginału, a sama historia jest tak naprawdę zbędna, ale ostatecznie i tak cieszę się, że ten film powstał, bo nawet z tymi mankamentami jest to wciąż piękne osiągnięcie w dziedzinie dwuwymiarowej animacji i, być może, sprawi, że dzisiejsza młodzież postanowi dać szansę oryginałowi. Yip-yip!
Atuty
- Wybitna animacja;
- Prosta, ale generalnie składna i satysfakcjonująca fabuła;
- Dobre tempo narracji;
- Nowi aktorzy dobrze spisują się w swoich rolach...
Wady
- ...Ale wielka szkoda, że nie powróciła stara obsada;
- Scenaruuszowi brakuje głębi, która towarzyszyła najlepszym odcinkom serialu.
"Avatar Aang" cierpi lekko z powodu tego, że jest "tylko" filmem, ale to wciąż kawał spektakularnej przygody, którą warto obejrzeć.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych