Koniec ulicy dębowej (2026) – recenzja, opinia o filmie [Warner Bros]. Coś dla fanów dinozaurów
Greg i Denise są małżeństwem już od lat, lecz ich uczucie zdaje się wygasać. Dostaną jeszcze jedną szansę na uratowanie związku, kiedy zarówno oni, jak i cała ich najbliższa okolica... zostaną przeniesieni w odległą przeszłość, gdzie zjeść ich będzie chciała cała armia krwiożerczych dinozaurów.
Całkiem podobało mi się „It follows” Davida Roberta Mitchella z 2014 roku. Prosta, ale skuteczna koncepcja, ciągły niepokój i od czasu do czasu jakaś mocniejsza eksplozja grozy. Dlatego, kiedy dowiedziałem się, że ten sam pomysłowy reżyser ma robić horror z gwiazdorską obsadą i znacznie większym budżetem, czułem, że możemy dostać tutaj coś naprawdę wyjątkowego. No i, cóż... pomyliłem się.
Trzeba przyznać panu Mitchellowi, że udało mu się zrobić coś, z czym „Jurassic Park” ma problem od lat dziewięćdziesiątych – sprawił, że dinozaury znowu stały się straszne i niebezpieczne. Tutaj nawet pozornie zwykły pterodaktyl jest potencjalnie ogromnym zagrożeniem, bo jak zleci się ich kilka sztuk i zaczną dziobać bohaterów, to nie ma tak naprawdę zbyt wiele, co mogliby oni zrobić, aby się przed nimi obronić. Wielki allozaur jest żwawy i nieustępliwy, godnie przejmując pałeczkę od T-rexa z pierwszego „Parku jurajskiego”, a absolutnie największe wrażenie robi kolosalny titanoboa w prawdopodobnie najmocniejszej, przepełnionej napięciem scenie całego filmu. Rzecz w tym, że na tym plusy filmu już się właściwie kończą.
Koniec ulicy dębowej (2026) – recenzja, opinia o filmie [Warner Bros]. Nieistotne, do niczego nie prowadzące wątki
Film jest przyjemnie niedługi – lekko ponad 90 minut – z czego dobra jedna trzecia całego seansu mija nam na zapoznawaniu się z rodzinką głównych bohaterów. Dostajemy szansę poznać sympatycznego, lekko sflaczałego i niezbyt pewnego siebie Grega (Ewan McGregor), jego sfrustrowaną, osamotnioną żonę, Denise (Anne Hathaway) oraz dwójkę ich dzieci – Audrey i Briana (Maisy Stella i Christian Convery). Film pokazuje nam, że dziewczyna podkochuje się w jednym chłopaku ze szkoły, młody ma dokuczającego mu łobuza, a rodzice znajdują się na skraju rozwodu. I wiesz co? Ostatecznie żadna z tych rzeczy nie będzie istotna ani nie zostanie sensownie rozwinięta. Jasne, chęć zemszczenia się na łobuzie zmusi dzieciaka do wyjścia z domu – gdzie wie on już na tym etapie, że po okolicy kręcą się wielkie gady – a małżeństwo Grega i Denise można uznać za emocjonalny rdzeń opowieści, lecz moim zdaniem samo powiedzenie, że jest problem, który następnie magicznie znika, bo trzeba trzymać się razem żeby przeżyć, to zdecydowanie za mało.
Nie jestem też fanem bardzo typowego dla J.J. Abramsa (producent filmu) zagrania, gdzie rzeczy po prostu dzieją się, ponieważ muszą się dziać, jest tajemniczo dla samej tajemniczości, a rozwiązanie tejże tajemnicy jest ostatecznie absolutnie nieistotne. Myślisz sobie – ciekawe jak to się stało, że nagle cała ulica zostaje przeniesiona w odległą przeszłość, o co tutaj chodzi. Tymczasem film odpowiada bez cienia żenady, że o nic. Kosmiczne promieniowanie zrobiło bańkę temporalną i tyle, bo chcemy żeby nasi bohaterowie byli w przeszłości. To nawet nie jest spoiler z mojej strony, ponieważ film nigdy nie próbuje nawet podjąć tego tematu. Jest to kompletnie nieistotny element fabuły jako takiej.
Koniec ulicy dębowej (2026) – recenzja, opinia o filmie [Warner Bros]. Bezszelestni zabójcy i pusta fabuła
Tak jak od czasu do czasu reżyserowi udaje się zbudować pełną napięcia scenę, tak mam do niego trochę żal, że budowanie tego napięcia jest często okupione raptownie spadającą inteligencją bohaterów. Ile razy można dać się zaskoczyć bezszelestnie (najwyraźniej) poruszającemu się dinozaurowi?! Jeszcze rozumiem, kiedy chodzi o titanoboę, bo węże raczej z natury są cichymi stworzeniami – choć to i tak trochę komiczne, że taka wielka krowa prześlizguje się między korytarzami i meblami nie poruszając absolutnie niczego, co mogłoby zasygnalizować ludziom jej obecność – ale jakim cudem sprzeczający się na środku ulicy bohaterowie nie zauważyli ani nie usłyszeli gigantycznego allozaura biegnącego w ich stronę zrozumieć nie potrafię i nie chcę.
No i ostatni, acz równie istotny problem z filmem to fakt, że choć dzieje się tu naprawdę sporo, to paradoksalnie nie dzieje się tu też prawie nic. Kiedy dinozaury wreszcie się pojawiają, nasi bohaterowie podejmują kilka niemądrych decyzji, kilka razy muszą walczyć o życie, mrugamy dwa razy i nagle jesteśmy już w bardzo wygodnym (i bardzo dziurawym i niedorzecznie absurdalnym) finale opowieści. Dostajemy więc przydługi, do niczego nie prowadzący wstęp, tonę efekciarskiej, ale narracyjnie pustej akcji i komicznie niedopracowane zakończenie.
Aby jednak nie kończyć zbyt negatywnie, przyznam, że zarówno McGregor i Hathaway są świetni w swoich rolach – on jako ten cichy tatuś, który musi się wykazać, ona jako zdeterminowana matka, która nie cofnie się przed niczym aby ratować swoje dzieci. Zwłaszcza Hathaway ma w filmie kilka naprawdę mocnych momentów, pokazujących jak świetną jest aktorką, ale nie będę się o nich rozpisywał, ponieważ wszystkie są wybitnie spoilerowe. Dawno też (a może nigdy?) nie widziałem tak ładnie zaprojektowanych dinozaurów – pstrokatych, z piórami, ale przy tym szalenie niebezpiecznych. Szkoda, że magia ta znika odrobinę na zbliżeniach, kiedy to okazuje się, że CGI w filmie jest bardziej niezłe niż wybitne, ale na dalszym planie zawsze robią robotę. Myślę, że jeśli ktoś lubi horrory o potężnych, niebezpiecznych zwierzętach, to może bawić się tutaj całkiem nieźle. Ale jeśli do dobrej zabawy potrzebna mu jest również jakkolwiek sensowna fabuła, to lepiej niech zaczeka aż film wejdzie do streamingu.
Atuty
- Dinozaury;
- Kilka pełnych napięcia scen;
- Jeden, całkiem gruby zwrot akcji;
- Nieźle imitujące lata osiemdziesiąte zdjęcia;
- Krótki.
Wady
- Byle jak napisana, nieciekawa, pusta i absurdalna fabuła;
- CGI na zbliżeniach nie robi już takiego wrażenia jak z odległości;
- Nierówne tempo.
„Koniec ulicy dębowej” jako horror o dinozaurach sprawdza się całkiem nieźle, ale jako film fabularny wykłada się na twarz i wybija przy tym kilka zębów. Prosta, popcornowa papka – jeśli dokładnie tego oczekujesz, to możesz dorzucić do oceny końcowej oczko albo dwa.
Przeczytaj również
Komentarze (4)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych