Kocie życie (2026) – recenzja, opinia o serialu [Netflix]. Koty to małe demony i masz o tym pamiętać
Gus i jego kocia ekipa szlajają się po swojej miejscowości, będąc typowo kocimi złośliwcami i zastanawiając się nad sensem istnienia. Pewnego dnia, znajdują na cmentarzu zaginionego kociaka i, choć to upierdliwe i męczące, postanawiają pomóc mu znaleźć dom.
Zazwyczaj lubię Rickiego Gervaisa. To jego geniusz dał nam oryginalne, dużo bardziej mroczne i wybitnie brytyjskie „The Office”, bez którego nie powstałyby nigdy polska i amerykańska wersja serialu. To on bardzo grzecznie poprosił aktorów i reżyserów Hollywood żeby nie udawali najmądrzejszych, najbardziej świadomych społecznie pajaców, kiedy odbierają nagrody, bo ich życie nie ma nic wspólnego z życiem przeciętnego człowieka. To jego „After life” tak doskonale zobrazowało człowieczeństwo zwykłej osoby. Jego styl jest bardzo bezpośredni, bez patyczkowania się. Mam jednak wrażenie, że tym razem trochę przestrzelił.
Czytałem, że tworząc „Kocie życie”, Ricky zebrał swoich przyjaciół w jednym pokoju i zaczęli wspólnie dyskutować nad różnymi rzeczami, z tyłu głowy cały czas pamiętając o tym, że są kotami. Czy pszczoły są potrzebne? Jak chciałbyś umrzeć gdybyś mógł wybrać? Dlaczego bycie wolnym kotem jest lepsze niż domowym? I tak dalej, i tym podobnie. W ten sposób powstały fabuły poszczególnych odcinków. To po prostu garść brytyjskich komików spontanicznie gadających głupoty o wszystkim i o niczym. Miejscami wychodzi z tego jakaś głębsza myśl, ale w większości to po prostu przeklinanie i generalnie bycie wulgarnym przez piętnaście minut. Miło, że odcinki są tak krótkie.
Kocie życie (2026) – recenzja, opinia o serialu [Netflix]. Improwizacja nie zawsze jest najlepszym wyjściem
Główną osią fabularną serialu jest poszukiwanie domu wspomnianego we wstępie kociaka, choć to wcale nie tak, że kolejne scenariusze jakoś przesadnie się na tym skupiają. Przy okazji rozprawiania o tym, jak to ludzie obchodzą się z Gusem i jego ekipą możemy nagle zaliczyć jakiś niewielki postęp, lecz to w zasadzie tyle. To bardziej zbiór skeczy, bardzo luźno połączonych w odcinki, niż faktyczna serializacja. I nie byłoby w tym generalnie niczego złego, gdyby same te skecze były zwyczajnie dobre. Niestety, większość z nich... nie jest.
Z jakim typem humoru mamy tu do czynienia? No więc jeden z kocich przyjaciół głównego bohatera opowiada pozostałym, jak to dzieci kiedyś zaniosły go do domku na drzewie, złapały za ogon i wsadziły palec... poniżej. Zabawne ma być chyba to, że reszta podchodzi do tej historii bardzo rzeczowo, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie. W innym odcinku, jeden z kotów daje się użądlić w okolice przyrodzenia, bo dzięki temu będzie wyglądało jakby miał wielkiego. Jest też dyskusja na temat tego, że koty nie mogą się zabić skacząc z wysokości, ponieważ zawsze lądują na cztery łapy. I może wygląda to trochę jakbym celowo sprzedawał te momenty w najnudniejszy możliwy sposób, lecz nie! Tak też wygląda to w samym serialu – do kompletu z martwymi, pozbawionymi jakichkolwiek emocji głosami kolejnych postaci.
Kocie życie (2026) – recenzja, opinia o serialu [Netflix]. A miało być tak pięknie
Miałem nadzieję, że „Kocie życie” będzie czymś w rodzaju „Kociej ferajny” zrobionej dla dorosłego widza. Wiesz, wyraziste postacie, dziwne przygody i może jakieś okazjonalne lizanie się po genitaliach – w końcu to koty! Tymczasem dostaliśmy jakiś dziwny miks tej pierwszej bajki z humorem rodem z „Paradise PD” czy innych, dennych seriali „dla dorosłych”, których cała dorosłość polega na tym, że są niemożliwie wręcz wulgarne. Bardzo mało tu faktycznych obserwacji na temat kociego jestestwa, metafory i morały są tak grubo ciosane, że zapewne można by je ponownie zasadzić i dalej by rosły (tak jak i ta moja), a całość sprawia wrażenie pretensjonalnej i wymuszonej.
Jedną rzeczą, która faktycznie potrafi zaimponować jest animacja. Może i poszczególne kocury mają w sobie tyle samo charakteru, co martwy szczur, ale przynajmniej wyglądają pierwszorzędnie. Od pustego, wyraźnie niezaprzątanego najprostszą nawet myślą wzroku Olive, zaskakująco podobnej do wcielającej się w nią Diane Morgan, przez abstrakcyjnie wielkie oczyska kociaka, obrzydliwie parszywą sylwetkę Puke'a, na zmarnowanej, również całkiem podobnej do aktora twarzy Gusa kończąc. Do tego dostajemy raczej proste, ale wyraziste i ładnie pokolorowane tła przedstawiające niewielkie, brytyjskie miasteczko, w którym rozgrywa się akcja serialu. Czego by nie mówić, czysto wizualnie jest to całkiem przyjemna produkcja.
Koniec końców, „Kocie życie” to w moich oczach raczej nieudany eksperyment. Gervais od czasu do czasu raczy widza ciekawą obserwacją, a ze dwa razy potrafi nawet złapać go za serce, ale w większości to po prostu obleśny humor bez polotu i brak jakiegokolwiek skupienia na, cóż... czymkolwiek. Nie polecam.
Atuty
- Ładnie zaprojektowany wizualnie;
- Od czasu do czasu widać przebłyski czegoś faktycznie dobrego.
Wady
- Brak fabuły;
- Bardzo rynsztokowy, nieśmieszny humor;
- Nawet aktorzy brzmią, jakby się nudzili;
- Nieskoncentrowana, napisana na kolanie, scenariuszowa papka.
„Kocie życie” mówi widzowi, że koty gardzą ludźmi, ale chyba nie aż tak bardzo, jak twórcy tego serialu gardzą swoimi widzami. Miejscami widać przebłyski czegoś faktycznie dobrego, ale można je policzyć na palcach jednej ręki.
Przeczytaj również
Komentarze (7)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych