Echoes of Aincrad - recenzja gry. Nostalgiczny powrót do świata Sword Art Online

Echoes of Aincrad - recenzja i opinie o grze [PS5, XSX, PC]. Nostalgiczny powrót do świata Sword Art Online

Igor Chrzanowski | Dzisiaj, 18:00

Czy po latach stagnacji i naprawdę dramatycznie słabych produkcji, uniwersum Sword Art Online doczekało się RPG-a z prawdziwego zdarzenia? Sprawdźcie to razem z nami w świeżutkiej recenzji Echoes of Aincrad!

Przez całą swoją przygodę z PPE dostawałem od Rogera bardzo dużo różnych crapów, zwłaszcza jeśli chodzi o gry anime i produkcje robione przez patałachów z "tanich" oddziałów Bandai Namco. Wśród gniotów takich jak Tokyo Ghoul czy Digimon All-Stars Rumble, znalazła się jednak seria, która pomimo budżetowego charakteru skradła moje serce i ograłem praktycznie każdą jej odsłonę, nierzadko ciesząc się z tego jak dziecko.

Dalsza część tekstu pod wideo

Mowa tutaj oczywiście o Sword Art Online, którego kilka pierwszych odsłon było naprawdę bardzo przyjemną próbą adaptacji animowanego serialu na poletko gier wideo, kierując narrację w kierunku swojego własnego mini uniwersum, oddzielnego od tego co widzimy w anime. Potem jednak przyszły ciężkie czasy Sword Art Online: Alicization Lycoris, gdzie od miłości zrobiłem krok do "nienawiści". Do nowego SAO zatytułowanego Echoes of Aincrad podchodziłem zatem z dużą rezerwą. Ale czy słusznie? Cóż, przekonajcie się sami, bo mamy tutaj kilka naprawdę fajnych niespodzianek.

Echoes of Aincrad - przeżyjmy to jeszcze raz

Historię Sword Art Online zna już chyba każdy fan anime, RPG-ów i ogólnie ktokolwiek, kto jest jakoś tam rozeznany w świecie wirtualnej rozrywki. W recenzowanym dziś Echoes of Aincrad ponownie trafiamy do kultowej już gry VRMMORPG, by paradoksalnie po raz pierwszy przeżyć tę opowieść w formie gry wideo. Wcześniejsze gry z serii SAO skupiały się na wydarzeniach rozgrywanych po wielkim twiście z piętra 75. jednakże tym razem zaczynamy zabawę właśnie od początku. Już nie jako Kirito czy Asuna, ale własny awatar i drużyna nieznanych nam wcześniej postaci, poznajemy magię wirtualnego MMORPG jaki serwuje nam headset NerveGear.

No i szczerze wam powiem, że w sumie no, brakowało mi właśnie czegoś takiego. W grach Bandai Namco zwiedziłem już piętra 76-100, świat elfów, mroczne pustkowia Phantom Bullet i masę innych miejscówek, ale nigdy tak naprawdę nie było dane nam doświadczyć tego początku historii związanej z cyfrowym kontraktem permanentnej śmierci. Deweloperzy wzięli sobie do serca motyw tak zwanych Player Killerów i już od samouczka mamy do czynienia z pułapkami zastawianymi przez parę uroczych oraz zabójczo sprytnych łowczyń graczy. Oczywiście im dalej w las, tym więcej nerwów, stresu, chaosu i życia na krawędzi. Dokładnie to czego oczekiwałem po tej produkcji i mimo, iż nie jest to może zrealizowane w tak ciekawy, efektowny sposób co serial animowany, ekipa Game Studio dała z siebie wszystko co mogła, abyśmy mogli poczuć na sobie oddech nie tylko mobków i bossów, ale też i podstępnych łachów, cieszących się z zadawania ran i cierpienia prawdziwym graczom. 

Niestety sporym rozczarowaniem dla wiernych fanów może być fakt, że gra zaprezentuje wam tylko dwa pierwsze piętra z całego Aincrad. Dlaczego? Twórcy powiedzieli, że odtworzenie wszystkich 100 pięter jest praktycznie niemożliwe i trudno się z nimi nie zgodzić. Chociaż mam jedno poważne "ale". Sword Art Online: Hollow Fragment dało nam aż 25 pięter oraz drugi, alternatywny wymiar ukryty wewnątrz SAO, gdzie dostaliśmy wielki a'la end-game'owy loch na dziesiątki godzin rozgrywki. Skoro zatem na PS Vicie (a nawet PSP) dało się dać tak dużo zawartości, która mimo wielu ograniczeń dała nam ducha SAO, tutaj oczekiwałbym znacznie więcej niż marne dwa piętra. 

Echoes of Aincrad - Kirito, Asuna i Ja

Oczywiście są one wielkie, rozległe, pełne detali, znajdziek, potworków i mnóstwa misji do rozegrania, ale no... tylko dwa. Daliby chociaż te 5 - chociaż mam nieodparte wrażenie, że kolejne piętra się pojawią, ale jako dodatki DLC, bo już teraz wiemy, iż takowe powstają. Niemniej jednak pewien niesmak pozostanie we mnie na długo. Co do samej rozgrywki, jestem naprawdę bardzo pozytywnie zaskoczony. Aby dać nam nieco bardziej poczucie bycia "prosem", w recenzowanym Echoes of Aincrad, tak jak sam Kirito, my też jesteśmy tak zwanym "Beaterem", czyli beta testerem gry, a to daje nam małą przewagę nad innymi graczami oraz ich nienawiść. 

W dużym skrócie, możecie spodziewać się tutaj wszystkiego tego, co pokochaliście w marce SAO. Efektowne Sword Skille są kluczem do wygranego pojedynku, walki z bossem czy innych "cięższych" starć, których zdradzać wam nie będę, żeby nie psuć niespodzianki. A to dość ważny aspekt tej gry, albowiem pomimo faktu, że tak naprawdę każdy z nas zna SAO na wylot, twórcy przygotowali parę unikalnych elementów, które niejednokrotnie was zaskoczą. Może nie tak jak fabuła Clair Obscur, ale kilka razy miałem okazję się uśmiechnąć pod nosem. Tym co może nieco zaniepokoić fanów, jest poziom trudności, albowiem moim zdaniem jest nieco zbyt skrajnie zaprojektowany. Trudny jest arcytrudny i ciężko zrobić w nim cokolwiek, z drugiej strony normalny czy Story są tak banalne, że trzeba bardzo się postarać, aby dostać bęcki nawet od dużej grupy wrogów. 

Troszeczkę ponarzekałbym także na przekombinowany, przytłaczający interfejs, gdzie wszystkich opcji jest tak jakby za wiele i można by je zgrupować w nieco lepszy sposób. Poprzednie SAO też miały opasły HUD i liczne okienka UI, ale jakoś to wszystko było przyjemniejsze w odbiorze. Ah, no i jeszcze jedna, istotna dla chyba każdego z was kwestia. Gra powstała na "uwielbianym" Unreal Engine i czuć to dosłownie na każdym kroku - oświetlenie, animacje, przycięcia, doczytywania, graficzne babole. Ten kto ma wyczulone oko, na pewno dostrzeże co jest tutaj nie tak, a z dużą dozą pewności zakładam, że deweloperzy raczej nie mają nawet jak z tego wybrnąć. Jeśli jednak liczy się dla was dynamiczny system walki, poczucie fajnej zabawy a'la MMORPG w wersji offline, a także ciekawa opowieść, z całą pewnością przymkniecie na to wszystko oko. 

Echoes of Aincrad - czy warto zagrać?

Szczerze przyznam, że na taką produkcję jak Echoes of Aincrad czekałem chyba od czasów Sword Art Online: Phantom Bullet. Nareszcie zaliczamy tutaj prawdziwy jakościowy skok do przodu, zostawiając w tyle antyczne, archaiczne i po prostu badziewne gnioty jak Sword Art Online: Alicization Lycoris, którego naprawdę nie szło zdzierżyć w większych dawkach. Bandai Namco nauczyło się na swoich błędach, serwując fanom SAO coś, co śmiało można nazwać odpowiednikiem Digimon Story: Time Stranger w przypadku sagi o cyfrowych stworkach.

Advertisement

Ocena - recenzja gry Echoes of Aincrad

Atuty

  • Gigantyczny jakościowy skok względem poprzednich gier SAO
  • Fajny, pełen fajerwerków system walki
  • Sporo zawartości, to gra na dziesiątki godzin
  • W końcu skupiamy się na kimś innym niż Kirito i Asuna
  • Całkiem niezły film w pakiecie - szczerze polecam

Wady

  • Mało ekscytujących, bardziej zaskakujących wątków
  • Przydługi, nudnawy tutorial
  • Nieco przeciążony interfejs - niektóre opcje są mało potrzebne
  • Eksploracja świata mogłaby być ciekawsza, a pięter więcej...

Miłośnicy Sword Art Online mogą śmiało podziękować Bandai Namco za wyrwanie ich ulubionej serii gier z czasów antyku, albowiem po raz pierwszy w dziejach dostaliśmy nowoczesne, porządne i piękne cyfrowe przygody Kirito i spółki.
Graliśmy na: PS5

Igor Chrzanowski Strona autora
cropper