Minionki i straszydła (2026) – recenzja, opinia o filmie [UiP]. Minionki podbijają Hollywood
Minionki znowu w akcji! I to nie byle gdzie, bo w samym sercu starego Hollywood. Spi-off i prequel dwóch głównych filmów o Minionkach osadzony na starcie w czasach wręcz prehistorycznych, to kolejna próba rozszerzenia uniwersum, które pokochały zwłaszcza dzieci. Czy udana?
Tym razem nasi mali żółci chaosiarze dalej szukają swojego ukochanego „big bossa”, ale - jak to Minionki - gdzie się nie pojawią, tam ktoś traci pracę, tron albo… życie. Ich poszukiwania złola, któremu mogłyby służyć, po setkach lat nieudanych prób prowadzą prosto do świata filmu, gdzie zamiast być sługami złoczyńcy, przypadkiem zostają gwiazdami kina. Papaya!
Największa frajda to pierwsza część produkcji, czyli czas, gdy film bawi się formą, gościnnymi występami aktorów i starym kinem. Minionki idealnie pasują do epoki filmów niemych, bo i tak gadają swoim „minionkowym esperanto”, którego nikt nie rozumie, ale wszyscy czują. Bananowe żarty, poślizgi, wybuchy i przypadkowe katastrofy - wszystko działa tu jak dobrze naoliwiona maszyna, albo raczej jak rozklekotany robot po trzech espresso. Apropos robota - jego w filmie również mamy.
Minionki i straszydła (2026) – recenzja, opinia o filmie [UiP]. Minionki odkrywają show-biznes
Na środku tego całego galimatiasu mamy dwóch Minionków - Henry'ego i Jamesa - którzy zamiast tylko rozrabiać, mają marzenie - zrobić własny film! I to nie byle jaki - potworny, epicki, "mega-bum-bum!". Oczywiście, żeby było ciekawiej, przywołują prawdziwego potwora… który okazuje się mieć własne plany związane z pobytem na ziemi. No i nie będzie chyba tajemnicą, że chce zniszczyć świat. I nawet jeśli nie złapiecie wszystkich nawiązań do klasyki kina, to i tak będziecie się śmiać, bo ktoś właśnie poślizgnął się na bananie, stracił głowę albo został zamieniony w świnię (polecam sceny podczas napisów końcowych).
Jeśli chodzi o animację - jest po prostu piękna. Styl sprytnie nawiązuje do dawnych filmów - pojawiają się fragmenty stylizowane na stare, lekko „trzęsące się” czarno-białe obrazy, sceny rodem z westernów, wczesnych filmów science-fiction, aluzje do koncernu Warner Bros., zabawa klatkami animacji, a jednocześnie wszystko jest nowoczesne, płynne i mega kolorowe, kiedy trzeba. Minionki wyglądają bardziej miękko i ekspresyjnie niż kiedykolwiek - każdy ich grymas, każde „eh?”, każde puszczone oczko czy klaps w goły tyłek robią robotę. A sceny akcji to totalny rollercoaster - szybkie, szalone i pełne detali, aczkolwiek momentami zbyt chaotyczne. Chaotyczne dla mnie, bo mój syn bawił się doskonale.
Minionki i straszydła (2026) – recenzja, opinia o filmie [UiP]. Chaos level: Minionki
Muzyka też zasługuje na banana-owację. Ścieżka dźwiękowa sprytnie miesza klimaty starego Hollywood z nowoczesną energią. Są fragmenty stylizowane na pianinko z kina niemego, są orkiestralne podkręcenia dramatyzmu, a czasem wjeżdża coś bardziej współczesnego, żeby podbić tempo chaosu. A dodajmy jeszcze, że za sterami całego tego żółtego szaleństwa stoi Pierre Coffin – współtwórca Minionków i człowiek, który najwyraźniej zna ich lepiej niż ktokolwiek (w końcu sam podkłada im głosy!). Widać, że reżyser bawi się tym światem i nie próbuje na siłę robić poważnego kina. Zamiast tego daje nam coś lekkiego i momentami zaskakująco kreatywnego.
Pierwsza część filmu to złota (albo żółta) komedia - pomysłowa i pełna mrugnięć okiem do historii kina. Można się poczuć jak na lekcji filmowej, tylko że prowadzonej przez bandę rozbrykanych bananów. Niestety później robi się bardziej klasycznie - wielkie potwory, dużo biegania, strzelania i dużo mniej świeżości. Wkrada się do tego pewien schemat, który sprawia, że mało który widz uzna tę część za najlepszą w serii. Całość to jednak bardzo przyjemna jazda bez trzymanki. Film nie udaje wielkiego dzieła (bo i po co?), ale ma w sobie dużo serca i miłości do kina. No i przypomina, że nawet jeśli jesteś małym, żółtym stworkiem, który ciągle wszystko psuje to możesz mieć wielkie marzenia. I może nawet zrobić o nich film. Albo przynajmniej wielki bałagan.
Studio Illumination dało nam po prostu dużo śmiechu, trochę chaosu, szczyptę wzruszenia i tonę humoru. Być może nie zawsze trafiającego strzałą amora w dorosłego, ale dzieci będą zachwycone. Czy to najlepsze Minionki ever? Meh… ale na pewno jedne z bardziej „papaya”!
Atuty
- Świetny, kreatywny początek z klimatem starego kina
- Dużo humoru sytuacyjnego i fizycznego
- Piękna, pomysłowa animacja i stylizacje
- Masa mrugnięć oka do fanów kina
Wady
- Druga połowa bardziej schematyczna
- Momentami zbyt duży chaos w scenach akcji
- Nie każdemu humor Minionków podejdzie
Kolorowa, zabawna i momentami bardzo kreatywna jazda bez trzymanki, która zaczyna jako list miłosny do kina, ale kończy już bardziej przewidywalnie.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych