Braciszek (2026) - recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Brother from another mother
Rudd Landy jest wziętym sprzedawcą nieruchomości, który całe życie spędził w cieniu swojego bezwysiłkowo popularnego brata. Nareszcie dostaje szansę stania się kimś na własnych warunkach, lecz akurat w tym samym czasie kontaktuje się z nim jego "młodszy brat", którego nie widział od 30 lat, niosąc ze sobą chaos i zniszczenie.
Para nie do pary to chyba jeden z najstarszych szablonów komediowych w historii kinematografii. Mieliśmy Laurela i Harry'ego (u nas znanych jako Flip i Flap), Abbota i Costello, w kreskówkach na przykład Flintstone'ów, a w dzisiejszych czasach absolutną klasyką stają się powoli Key & Peele. Trudno się zresztą dziwić, bo takie duety są szalenie wręcz żyznym gruntem, na którym można budować setki, jak nie tysiące dowcipów, praktycznie nigdy się nie powtarzając. Trzeba jedynie stworzyć odpowiednią dynamikę między postaciami.
Powiedziałbym jednak, że autorzy dzisiejszego filmu, scenarzyści Jarred Paul i Andrew Mogel, oraz reżyser, Matt Spicer, nie wykonali zbyt dobrej roboty przy tworzeniu podwalin filmu. Ich bohaterowie zdecydowanie są niedopasowani, ale można wręcz powiedzieć, że są zbyt niedopasowani, by film mógł zadziałać. To nie jest seria uroczych nieporozumień, a pełen żółci festiwal złośliwości, którego zwieńczenie mogłoby być słodkie, gdyby nie to, że dotyczy... Nie tej pary, na której mieliśmy się skupić. Dziwny to był film.
Braciszek (2026) - recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Kolejny film z niedopracowaną fabułą
Nasi bohaterowie ostatni raz widzieli się kiedy byli jeszcze dzieciakami. Rudd (John Cena, choć wtedy jeszcze w ciele Maximo Salasa) zapisał się do programu Starszy Brat żeby dopisać sobie kilka punktów do aplikacji na studia. Tam poznał Marcusa (Eric Andre/Christopher Woodley), dzieciaka z domu dziecka, którego życie tak już zdążyło przekopać, że nic mu nie przeszkadza, za to wszystko cieszy. Spędzają razem dosłownie kilka dni, ale już wtedy złapali taką więź, ze stali się swoimi braćmi na zawsze. Rzecz w tym, że tak jak Rudd kompletnie o tym fakcie zapomniał, tak Marcus zbudował wokół niego całe swoje dalsze życie.
Sceny rozgrywające się w dzisiejszych czasach kręcą się wokół faktu, że Rudd ma wystąpić w... Reality show o sprzedawaniu domów? Chyba tak. I nie dość, że producenci jasno dają mu do zrozumienia, że uważają jego brata, Josha (Christopher Meloni) za znacznie ciekawszą postać, to jeszcze nagle pojawia się Marcus, któremu trzeba pomóc, który jest uroczy, niszczycielski i, ponownie, znacznie ciekawszy niż nasz główny bohater. Rozpoczyna się więc przepychanka między braćmi, gdzie jeden chce wreszcie grać pierwsze skrzypce, a drugi (chyba) po prostu pragnie kontaktu z drugim człowiekiem. Nie brzmi jak śmiechu warte? Spokojnie - na osłodę życia dostajemy całą masę żartów o sikaniu, seksie i wszystkich innych, najbardziej banalnych tematach.
Braciszek (2026) - recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Niby dużo gagów, ale bardzo różnej jakości
Ja wiem, że humor jest rzeczą wybitnie indywidualną, więc trudno powiedzieć definitywnie, że dana komedia nie jest śmieszna. Mało tego, sam mogę powiedzieć, że nie widziałem tu nic śmiesznego, bo akurat miałem jakiś gorszy dzień, po czym tydzień później pękać ze śmiechu, oglądając film z paczką znajomych. Dlatego ostrożnie powiem, że tak jak niektóre gagi są tak siermiężne, że chyba tylko uwalenia w sztok licealiści będą się z nich śmiali, tak jest tu też całkiem sporo gagów, które mogą się podobać. Osobiście nie jestem pewien, czy choć raz szczerze wybuchnąłem śmiechem, ale widzę tu potencjał. Przy odpowiednim nastawieniu można się tu względnie regularnie pośmiać. Absolutnie żaden gag nie ma w sobie choćby krztyny oryginalności, a większość puent czuje się kilometr przed ich nadejściem, ale koniec końców są to całkiem skuteczne żarty. Poza postaciami producentów, granych przez Ego Nwodim oraz Caleba Hearona. Och spaliłbym na stosie i nawet się za siebie nie oglądał.
Myślę, że największym problemem "Braciszka" jest jego warstwa emocjonalna. Scenariusz bardzo próbuje nagrać nam sytuację, która sprawi, że zaczniemy empatyzować z chłopakami, że będziemy im kibicować, ale moim zdaniem jest ona kompletnym niewypałem. Ponieważ oni nigdy nie wytworzyli tej magicznej więzi, do której pije film. Bez wchodzenia w spoilery, był to ktoś zupełnie inny. Po czym film próbuje jakoś włączyć w ten układ Rudda, tak jakby przeczytanie paru setek maili magicznie sprawiało, że to faktycznie on jest bratnią duszą Marcusa. A przecież wcale tak nie jest! Na szczęście, odrobinę lepiej wypada rozwiązanie historii tych rodzonych braci - jest tu i narracyjna podstawa i faktycznie satysfakcjonujący finał. Szkoda, że cały film nie mógł być tak dobrze pomyślany.
"Braciszek" to jedna z setek, jak nie tysięcy pisanych na kolanie komedii, które nie są aż tak złe, żeby kategorycznie odradzać ich seans, ale przy tym nie wyróżniają się absolutnie niczym, co usprawiedliwiłoby ich faktyczne polecenie. Ot, taki tam - krótki - film do obiadu. Na początek lata nawet ujdzie.
Atuty
- John Cena ponownie całkiem skutecznie łączy momenty komediowe z odrobinę dramatycznymi;
- Ilość i różnorodność gagów sprawiają, że każdy powinien choć trochę się pośmiać;
- Solidny wątek braci (tych prawdziwych).
Wady
- Spartolony główny wątek braci;
- Cena i Andre nie mają żadnej chemii;
- Bardzo dużo, bardzo niskich lotów humoru.
"Braciszek" to kolejna, amerykańska komedia pełna gagów o pierdzeniu. Nikt nie próbuje nawet udawać, że starano się zrobić tu jakkolwiek ambitne kino. I nawet to szanuję. W zależności od poczucia humoru/nastroju, może dobić nawet i do 6/10.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych