Supergirl (2026) - recenzja, opinia o filmie [WB]. Miało być wielkie zwycięstwo DC Jamesa Gunna
Kara Zor-El świętuje swoje 23. urodziny na jakiejś przypadkowej planecie z czerwonym słońcem. Pech chciał, że akurat przybył na nią złośliwy pirat, który rabując miejscowych, uczynił sierotę z jednej młodej dziewczyny. Chcąc nie chcąc, Kara wie, że musi jej pomóc.
James Gunn i Peter Safran kontynuują rozbudowę swojej wersji DC w bardzo... Rockowym wydaniu. Ja rozumiem, że chcieli tu opowiedzieć historię pogrążonej w depresji wersji Supergirl, która musi dopiero dojrzeć do bycia symbolem pokoju, podobnym do swojego kuzyna, ale czy nie ma jakichś innych środków wyrazu, które mogłyby pomóc tę historię opowiedzieć? Czy to musi być samotna jednostka w niegościnnym, obcym świecie, która umila sobie czas słuchaniem klasycznej, ziemskiej muzyki z przestarzałego nośnika danych? Podobieństwa do "Strażników Galaktyki" wcale nie kończą się tutaj, ale gdyby chcieć wyliczyć je wszystkie, trzeba by zostawić tu dosłownie ścianę tekstu, której nikomu nie chciałoby się czytać.
Ale pal sześć vibe I otoczkę - w końcu liczą się postacie i historia, prawda? Ta natomiast jest... Zaskakująco niedopracowana. Całość kręci się wokół motywu dojrzewania i radzenia sobie z traumą we względnie zdrowy sposób. Scenarzystka, Ana Nogueira, w oparciu o komiks Toma Kinga, kontrastuje tutaj wychowanego na ziemi, w kochającej rodzinie Clarka Kenta (David Corenswet) z Karą (Milly Alcock), która musiała patrzeć w wieku kilkunastu lat jak wszyscy jej bliscy powoli umierają, skażeni kryptonitem. Jest zdystansowana, od pewnego już czasu przebywa na planecie z czerwonym słońcem, dzięki czemu może być non stop nietrzeźwa, znieczulona. Jej paralelą jest postać Rurhye (Eve Rydley), świeżo osieroconej dziewczynki, która gotowa jest odrzucić całe swoje człowieczeństwo w imię zemsty. Supergirl musi stać się symbolem dobra, który nawróci dziewczynę ze złej drogi i tak jak filmowcy zdecydowanie zamierzali iść w tym kierunku, tak ostatecznie ta przemiana jest bardzo skokowa, nagła, źle zarysowana i ostatecznie niesatysfakcjonująca.
Supergirl (2026) - recenzja, opinia o filmie [WB]. Dobrze nie jest, ale bez przesady
Odrobina prywaty: przyznam, że niesamowicie bawi mnie, jak duże media szybko odskakują do wstępnie przyjętej narracji. Wychodzi jakiś nowy film/serial, na który ludzie czekają. Wstępne opinie podnieconych fanów, którzy mieli okazję obejrzeć go wcześnie są niemal jednogłośnie pozytywne, więc recenzje branżowych gigantów również krzyczą, że to najlepszy film roku i oh i ah. A później okazuje się, że chodziło o "Echo" czy inną "Iron heart". Z kolei w przypadku "Supergirl" od pewnego czasu już mówi się, że raczej nie będzie to sukces, że prognozy box office są obniżane z dnia na dzień, więc widziałem dzisiaj rano poważny artykuł jednego z dużych serwisów o tym, jak to autor "nie wiedział, że w ogóle da się zrobić tak słaby film". I tak jak w życiu nie powiedziałbym, że dostaliśmy tu faktycznie dobry film, tak a takie równanie go z ziemią zakrawa o absurd. To jest po prostu absolutny średniak, film kompletnie zbędny i niedopieczony.
Problemy fabularne zaczynają się już od doboru antagonisty, postaci, która może zagrozić nawet takiej potędze jak Kryptonianin, która jest... Chudym piratem z ponaklejanymi metalowymi kuleczkami na całej twarzy (Matthias Schoenaerts), który mógłby być niezłym tłem w ekipie Yondu. I tutaj w sumie też jest bardziej jak epizodyczna przeszkadzajka niż główny czarny charakter. Pojawia się w raptem kilku scenach, mówi tyle co nic i, co najgorsze, praktycznie nic nie łączy go z naszą główną bohaterką. To już znacznie ciekawszym - powierzchownie - złolem jest Lobo (Jason Momoa). Wizualnie taki jak trzeba, nieustannie z cygarem w ustach, zawsze z chęcią ścinający głowy przeciwnikom, dojeżdżający dziwnie pozbawiony gangu, kosmiczny motocykl. Ale z nim też mam problem, bo tak jak Jason Momoa jest idealnym wyborem do tej roli, tak chciałbym żeby w scenariuszu postać była trochę bardziej taka, jak w komiksach, a nie jak pomalowany na biało Jason. Przez cały film ani razu nie zdarza mu się mówić o sobie jako "the main man", nikogo nie nazywa Clyde'em, nie śpiewa, nie fraguje. Nie rozumiem jak można było go aż tak wykastrować.
Supergirl (2026) - recenzja, opinia o filmie [WB]. Z grubsza niezwyciężona
Sama Milly Alcock jest w swojej roli całkiem solidna. Jest strasznie pyskata - tak po pijaku, jak i na trzeźwo - ale widać, że pod płaszczykiem "wywalenia na wszystko" chowa ból, od którego desperacko próbuje się odciąć. Jej relacja z postacią Rydley jest wybitnie siostrzana - opiekuję się tobą, ale też mocno mnie wkurzasz - i każdy, kto widział w życiu ze trzy filmy dobrze wie, jak będzie wyglądać jej dalsza ewolucja. Miło, że filmowcy w jakikolwiek sposób próbowali osłabić ją żeby nie była przez cały film tą niezwyciężoną boginią, która mogłaby ogarnąć cały problem w pojedynkę w jakieś pięć sekund. Rzecz w tym, że tak naprawdę to osłabienie jest zwykle bardzo pretekstowe i krótkie, przez co, tak w gruncie rzeczy to mogłaby załatwić cały problem samodzielnie i w pięć sekund. Po prostu nie robi tego, bo bez tego nie mielibyśmy fabuły.
Audiowizualnie "Supergirl" jest po prostu okej. Złośliwcy mówią, że to po prostu "Strażnicy Galaktyki 3.5", podczas gdy ich zagorzali przeciwnicy odpierają, że kosmici i dziwne pojazdy nie są monopolem Gunna, żeby nie przesadzać. Prawda, oczywiście, znajduje się gdzieś po środku, bo tak jak nie jest to do końca ten sam styl, tak nie da się ukryć, że są to podobne produkcje. To połączenie znajomych wizualiów z pozaziemskim sznytem, przygrywająca z iPoda, chwytliwa muzyka - za to akurat produkcje Gunna uwielbiam - bardzo charakterystyczne modele kosmitów, to wszystko natychmiast kojarzy się z przygodami Star Lorda i ekipy. Niby nic w tym złego, ale punktów za oryginalność dzisiejszy film nie dostanie. Dobrze chociaż, że samo CGI wygląda zazwyczaj bardzo dobrze - w szczególności pies Krypto. Wciąż trudno mi uwierzyć, że to nie jest żywe zwierzę.
"Supergirl" to film, który musiał wyjść, więc wyszedł, ale to zdecydowanie nie była jeszcze na niego pora. Niedopieczony scenariusz z byle jakim antagonistą, na wpół przemyślane motywy, audiowizualne kalki i chyba tylko dobrze bawiąca się w swoich rolach obsada jakkolwiek ratuje ten film przed niższą oceną. Szkoda, bo to mógłby być kawałek naprawdę dobrego kina.
Atuty
- Niedorobiony, ale jednak ciekawy wątek walki o duszę Rurhye;
- Dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa;
- Wygląda przyzwoicie;
- Cała główna obsada bardzo dobrze bawi się w swoich rolach.
Wady
- Antagonista bez jaj, bez pomysłu i bez stawki;
- Większość zwrotów akcji bardzo wygodna, za to niezbyt logiczna;
- Gdyby wyciąć Lobo z filmu, praktycznie nic by się nie zmieniło;
- Lobo nie zachowuje się za bardzo jak Lobo;
- Scenariusz nie potrafi zbudować napięcia ani utrzymać odpowiedniego tempa.
Notujemy wyraźny postęp względem wersji z 1984 roku, ale to wciąż nie jest poziom, którym można by się chwalić. Zbędny, niedorobiony film. Supergirl zasługiwała na więcej.
Przeczytaj również
Komentarze (25)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych