Supergirl (1984) - recenzja filmu [Amazon]. Jest się od czego odbijać

Supergirl (1984) - recenzja, opinia o filmie [Amazon]. Jest się od czego odbijać

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:00

Omegahedron, potężny, magiczny artefakt przypadkiem trafia na ziemię. Kara Zor-El musi udać się na planetę zamieszkaną przez swojego kuzyna i odnaleźć omegahedron zanim ktoś niegodziwy użyje go do własnych, niecnych celów. 

Po sukcesie pierwszych filmów o Człowieku ze Stali, Warner Bros postanowili rozszerzyć franczyzę. Trzeci film poszedł w znacznie bardziej komediową stronę, angażując legendę gatunku, Richarda Pryora w jednej z głównych ról - niektórzy złośliwcy twierdzą wręcz, że to bardziej komedia Pryora z gościnnym występem Supermana niż odwrotnie - a w międzyczasie rozpoczęły się prace nad spin-offem głównej serii, czyli nad dzisiejszym filmem, który w założeniu miał być początkiem nowej trylogii, z Helen Slater w roli głównej. Słowo klucz: miał. 

Dalsza część tekstu pod wideo

"Supergirl" miała z pozoru wszystko, czego potrzebuje film by odnieść sukces - pokaźny budżet, mocną obsadę i "szerokie plecy" pierwszych dwóch "Supermanów". Zabrakło tylko jednego elementu - scenariusza. Historia autorstwa Davida Odella była mierna już nawet w momencie premiery, a w dzisiejszych czasach już w ogóle może wywołać najwyżej uśmiech politowania i niewiele więcej. Film kosztował jakieś 35 milionów (około 110 na dzisiejsze pieniądze), a podczas swojego kinowego żywota dał radę zarobić ledwie 14, co oznacza, że był totalną klapą i bardzo szybko zmienił wszelkie plany producentów na przyszłość serii. Marka została sprzedana, kontynuacje "Supergirl" skasowane, a sama postać została oddelegowana do gościnnych występów w innych produkcjach, dopóki CW nie przypomniało sobie o niej przy okazji klejenia swojego DCWverse lekko ponad dekadę temu. Przed jutrzejszą recenzją najnowszego filmu o przygodach kobiety z Kryptona, zobaczmy co sprawiło, że Hollywood zapomniało o niej na tak wiele lat. 

Supergirl (1984) - recenzja, opinia o filmie [Amazon]. Wiadomo, że każda kobieta najbardziej na świecie chce po prostu mieć przystojnego chłopaka

Od praktycznie samego początku widać, że jest to produkt swoich czasów. Podczas gdy Clark Kent był szanowanym dziennikarzem i ratował świat przed bogaczami z manią wielkości, jego kuzynka walczy z... Ziemską czarownicą, niejaką Seleną (Faye Dunaway), która postanowiła użyć potężnego artefaktu z miasta Kary aby... Zdobyć uczucia chłopaka. I to nawet nie jakiegoś nie wiadomo jakiego miliardera, a zwykłego ciecia (Hart Bochner) z lokalnej szkoły dla dziewcząt. Oczywiście zbieg okoliczności sprawia, że pan ogrodnik zakochuje się w Karze - nastoletniej uczennicy liceum, nie zapominajmy - a ona, z braku innych opcji, w sumie zaczyna coraz czulej spoglądać w jego maślane oczka. Trzeba więc walczyć! Trochę o artefakt, trochę o przyszłość świata, ale przede wszystkim, nie czarujmy się... O chłopaka. Tak się pisało kobiece scenariusze w latach osiemdziesiątych. 

Na czas poszukiwań artefaktu, Kara przyjmuje nazwisko Linda Lee i zapisuje się do szkoły dla dziewcząt, gdzie szybko zaprzyjaźnia się z siostrą Lois Lane, Lucy (Maureen Teefy) oraz jej kolegą-chłopakiem, Jimmym Olsenem (Marc McClure). Nieziemski zbieg okoliczności chciał również, że jednym z profesorów w szkole jest chłopak jednej z wiedźm, nieznośnie irytujący Nigel (Peter Cook). Nie są oni jednak jakoś przesadnie istotnymi postaciami. To raczej tło, nadające całej historii odrobinę koloru, pozwalające napisać kilka oczywistych żartów, bo bez tego mielibyśmy tylko trójkąt miłosny Selena-Ethan-Kara. Nie ma mowy o jakichś interesujących relacjach między postaciami, jakimś ich rozwoju czy czymkolwiek takim. Jest przygoda, przeżywamy przygodę i koniec. 

Supergirl (1984) - recenzja, opinia o filmie [Amazon]. Trzeba było sobie radzić 

Trzeba jednak przyznać, że jak na 1984 rok, film od czasu do czasu wygląda naprawdę ciekawie. Widać, że spora część tego kolosalnego budżetu wpompowana została w efekty wizualne. Samo miasto-planetoida Argo to śmiech na sali od początku do końca - z dziwnymi strojami i przyrządami wyglądającymi jak dziecięce zabawki, które kupowało się "od ruskich" na bazarku. Ale już latająca Kara wygląda całkiem solidnie - choć od czasu do czasu da się zobaczyć kable, na których postać lata, ponieważ filmowcy nigdy nie zakładali, że będziemy oglądać ich produkt w takiej jakości jak dzisiaj - Phantom Zone jest odpowiednio dziwny i psychodeliczny, a różne przejścia i przeloty przez kosmos wyglądają jak najbardziej hipisowskie, kwasowe wizje, jakie w życiu widziałem. I choć dzisiejszy widz bez problemu dojrzy co tak naprawdę zostało nakręcone, jak dany efekt uzyskano, to ostateczny efekt i tak jest wystarczająco ciekawy, aby przykuć naszą uwagę. 

Oczywiście nie wszystkie efekty zestarzały się równie dobrze. Tak jak uchwycona od góry Supergirl lecąca nad miastem wygląda nieźle nawet dzisiaj, tak już szybowanie w stronę ekranu na wyraźnie odcinającym się od postaci tle wygląda raczej słabo. Bawią również sceny jak ta, kiedy Kara "przebija się" przez zbiornik z wodą by ugasić pożar - widzimy sztywny obraz dziewczyny lecący w stronę metalowej konstrukcji, po czym nagle znika ona na jedną czy dwie klatki, następuje cięcie i za chwilę widzimy już jak woda ucieka ze zbiornika. Moim zdaniem tego typu wczesne efekty są całkiem urocze, ale raczej ciężko jest traktować je dzisiaj na poważnie. No i tak jak rozumiem, że magią można usprawiedliwić wszystko, tak nie rozumiem czemu część tego potężnego budżetu nie mogła zostać przeznaczona na lepsze "potwory" niż zaczarowany buldożer, zaczarowany samochodzik z wesołego miasteczka i tym podobne. Rozumiem, że miało być delikatnie i dziewczęco, ale bez przesady.

Patrząc z odpowiedniej perspektywy, można dojść do wniosku, że "Supergirl" jest całkiem uroczym produktem swoich czasów. Okrutnie mierna, skupiona na romansie i magii fabuła; szalenie nierówne postacie - tutaj prym wiedzie sama Kara, która z jednej strony ogarnia zaawansowane równania, z drugiej pyta się o najprostsze oczywistości; mocno trącące już myszką efekty wizualne, które można jednak z perspektywy czasu docenić. Absolutnie nie powiem nigdy, że jest to film dobry, ale na pewno interesująco było go zobaczyć. To jedna z tych produkcji, które ogląda się dobrze właśnie dlatego, że są tak złe. 

Advertisement

Atuty

  • Kilka pomysłowych wizualiów;
  • Większość efektów już się nie trzyma, ale ciekawie patrzy się na nie dzisiejszym okiem;
  • Bardzo sympatyczna Helen Slater;
  • Tona campu.

Wady

  • Beznadziejny antagonista;
  • Słaba, niezbyt angażująca fabuła;
  • Absurdalny trójkąt miłosny;
  • Większość postaci pobocznych ostatecznie zupełnie nieistotna;
  • Argo wygląda komicznie słabo;
  • Tona campu.

"Supergirl" z 1984 była produktem swoich czasów - złym filmem, który jednak dzisiaj, z odpowiednim nastawieniem, ogląda się całkiem nieźle. Dla koneserów słabych filmów jak znalazł. Mam jednak nadzieję, że Gunn i Gillespie poradzili sobie lepiej.

3,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper