X-Men '97 (2024) - recenzja 4 odcinków 2. sezonu serialu [Disney]. Tysiące lat walki

X-Men '97 (2024) - recenzja, opinia o 2. sezonie serialu [Disney]. Tysiące lat walki

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 22:00

Zagubieni w trzech różnych epokach, podopieczni profesora Xaviera raz jeszcze stają naprzeciwko największego zagrożenia, z jakim przyszło im się mierzyć. W odległej przeszłości Magneto i Charles próbują uspokoić duszę En Sabah Nura, zanim ten stanie się Apokalipsem, w zniszczonej przez niego przyszłości Scott i Jean uczą Nathana Summersa kontroli nad jego mocą, a w teraźniejszości Cable rekrutuje nowych X-Menów. 

Zabieranie się za podróże w czasie jest bardzo niebezpiecznym ćwiczeniem scenopisarskim. Wielu już mu nie podołało, tworząc bzdurne paradoksy, pętle, zmieniając zasady w połowie drogi lub zwyczajnie zapominając o konsekwencjach. "Looper" Riana Johnsona był paradoksalną fabułą bez początku i końca - samonapędzającym się mechanizmem, w którym wydarzenie z przeszłości sprawiło, że w przyszłości podjęte zostały kroki aby cofnąć się w czasie i ostatecznie doprowadzić do tego oryginalnego wydarzenia. Niektórym się to błędne koło podoba. Ja takich paradoksów nie lubię. Dużo lepiej, choć wciąż bardzo niedoskonale, do tematu podeszli Robert Zemeckis i Bob Gale, tworząc "Powrót do przyszłości". Tam obecność Marty'ego miała faktyczne konsekwencje, a zmiany w przeszłości wymazywały starą przyszłość, pisząc w jej miejsce coś nowego. Jasne, parę rzeczy trzeba było sobie dopowiedzieć, a ma pewne detale przymknąć oko - głównie dlatego, że przyglądaliśmy się ludziom i sytuacji z bliska, więc łatwiej o nieścisłości. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Problemu tego uniknął natomiast "Terminator" Jamesa Camerona, który operował na znacznie szerszą skalę, budując swoje własne nieścisłości. Dawniej miałem Hollywoodowi za złe, że zepsuł doskonałe zakończenie dwójki kontynuacjami. Później natomiast dotarło do mnie, że skoro obecność Kyle'a Reese'a w przeszłości jest niezbędnym czynnikiem, bez którego znana mu przyszłość nie może nadejść, oznacza to, że czas jest w tym świecie wartością stałą - jeśli coś miało się wydarzyć, to zawsze się wydarzy i nie da się tego zmienić. Dzień sądu zawsze musiał nadejść i to tak, jak wydarzyło się to oryginalnie. Tak więc trójka, na swój sposób, naprawiła błąd Camerona (proszę mnie nie linczować), choć zrobiła to niedokładnie, ponieważ pewnych rzeczy zmienić się już nie dało. Wbrew pozorom, całkiem dobrze w tym temacie szło J. K. Rowling w "Harrym Potterze" - choć chyba sama nie zdawała sobie z tego sprawy, biorąc pod uwagę jej późniejsze komentarze na temat zmieniaczy czasu i animację, jaką było "Przeklęte dziecko". W trzeciej książce sytuacja była bardzo prosta - Harry i Hermiona byli w przeszłości od samego początku, więc ich późniejsze cofnięcie się o tych kilka godzin było nieuniknione i niczego nie zmieniło - zawsze miało być tak, jak się stało. Proste i eleganckie. Przynajmniej w tej jednej książce. Tak więc, jak widać, podróże w czasie są trudnym tematem. A jak podchodzą do nich animowani X-Meni? 

X-Men '97 (2024) - recenzja, opinia o 2. sezonie serialu [Disney]. Igranie z ogniem

Mieliśmy już dawno temu jedną opowieść, w której Bishop cofał się w przeszłość, by powstrzymać zniszczenie świata przez Sentineli. Niewiele się ostatecznie zmieniło, ponieważ historia miała drugie dno, pozostawiając widzów w niepewności - jakie dokładnie są zasady temporalności w tym świecie. Nie ukrywam, że jest to dla mnie całkiem ważne - czy działania X-Menów w odległej przeszłości wpłyną na przyszłość, czy może przeznaczenie En Sabah Nura od zawsze było wyryte w skale? Nie obraziłbym się, gdyby okazało się, że wojaże profesora i spółki narobiły jakiegoś bałaganu w przyszłości, z którego później trzeba by się wyplątać. Po czterech pokazanych nam odcinkach akcja POWINNA powrócić do roku 1997. Co zastaną tam nasi bohaterowie? Przyznam, że nie mogę się doczekać aby się o tym przekonać. Ale nie ubiegajmy faktów. 

Jak już wspominałem, narracyjnie kręcimy się w trzech epokach. Najmniej interesująca, na ten moment, jest teraźniejszość - Cable rekrutuje Jubilee i Roberto. Starają się walczyć o wolność mutantów, którzy po wydarzeniach z Genoshy znowu zostali napiętnowani, a rząd tworzy kolejne organy do ich segregacji i inwigilacji. Samo zobaczenie na ekranie X-Force było całkiem sympatyczne - a i sama czołówka została dostosowana, by lepiej pasować do faktycznych, głównych bohaterów odcinka - ale narracyjnie nie wydarzyło się tam nic takiego. 

Wątki przeszłościowe i przyszłościowe robią dużo ciekawsze wrażenie i to z zupełnie różnych powodów, dzięki czemu żaden nie jest lepszy czy gorszy. W przeszłości dwoma rzeczami walczącymi o uwagę widza są walka o duszę mutanta, który kiedyś zwany będzie Apokalipsem oraz tożsamość faraona ciemiężącego jego lud. Ten drugi wątek jest dosyć zabawny, ponieważ przez dobrą połowę historii widzimy tylko jego ubrania albo brodę, po czym, pod koniec odcinka, nagle najeżdżamy na twarz i... Kto to jest? Oczywiście, fani komiksów znają odpowiedź na to pytanie od chwili, w której zaczęto w ogóle mówić o jakimkolwiek faraonie, ale znakomita większość widzów skończy odcinek i nie będzie wiedziała czy ma się czuć zaskoczona, skonfundowana czy poirytowana. Później, na szczęście, gramy już w otwarte karty. 

X-Men '97 (2024) - recenzja, opinia o 2. sezonie serialu [Disney]. Wszyscy jesteśmy ludźmi

Podoba mi się z jaką pewnością i częstotliwością scenarzyści serialu rozwijają świat przedstawiony o kolejne postacie, choć zauważam przy tym, że jeśli ktoś nie jest już zaznajomiony z rozszerzonym światem Marvela, to może czuć się w tym wszystkim zagubiony. Tutaj nikt nie trzyma nikogo za rękę, a większość postaci wprowadzana jest w myśl zasady, że widz już ich skądś kojarzy. Część z nich, jeśli jest odpowiednio ważna, może prędzej czy później doczekać się jakiejś krótkiej genezy. Z jednej strony to dobrze, bo nie marnujemy czasu na edukowanie widza, z drugiej z próg wejścia może być ciut za wysoki dla części bardziej niedzielnych widzów.

W przyszłości dostajemy natomiast zagadkę tożsamości tajemniczej Askani, która pomaga Summersom zapanować nad cybernetycznym wirusem Nathana oraz sam wątek rodzinny mutantów. Ten pierwszy temat raczej nie wysadzi nikogo z kapci, za to drugi zasługuje na pochwałę za to z jakim wyczuciem został poprowadzony, ile emocji wylewa się z ekranu. Perturbacje rodzinne to zawsze żyzny grunt na wyciskanie z widza łez i scenarzyści serialu zdają się doskonale zdawać z tego faktu sprawę. Może i poświęcenie dla dziecka, ciche cierpienie, czy odkupienie to same zgrane klisze, ale tutaj podane zostały na tyle sprawnie, że i tak robią wrażenie i jeśli ktoś ma własne dzieci, to zapewne poczuje potrzebę przytulenia ich, odezwania się. 

Drugi sezon "X-Men '97" ma zadatki na bycie bardzo dobrą historią. Scenarzyści udowodnili w pierwszych odcinkach, że wiedzą jak pisać te postacie, potrafią zbudować intrygę i emocjonalną stawkę. Swego rodzaju problemem może być fakt, że aż cztery z dziesięciu odcinków ledwie przygotowują grunt, więc tak naprawdę wszystko jeszcze może się wydarzyć (wiedzą, skubani, ile dać tych odcinków do obejrzenia). Na ten moment jestem bardzo pozytywnie nastrojony na drugi sezon i mam nadzieję, że wątek Apokalipsa zostanie w nim satysfakcjonująco zamknięty. Czas (hehe) pokaże, czy tak się faktycznie stanie.

Advertisement
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper