Mina the Hollower - recenzja i opinia o grze [PS5, Xbox, PS4, Switch2, Switch, PC]. Biała Mysz 2026 roku
Od początku roku na rynku debiutują kolejne pewniaki, wiele gier nie zawiodło, ale najnowsza produkcja Yacht Club Games to dla mnie wielka niespodzianka. Wiedziałem, że ten tytuł będzie dobry, ale nie sądziłem, że aż tak trudno będzie mi oderwać się od konsoli. Przeczytajcie naszą recenzję Mina the Hollower.
Yacht Club Games to studio, które już wcześniej zapisało się złotymi zgłoskami w historii niezależnych produkcji. Shovel Knight nie był tylko kolejną grą retro udającą klasyki sprzed lat, ale pełnoprawnym hitem, który pokazał, że twórcy doskonale rozumieją, dlaczego dawne platformówki zachwycały. Ten zespół potrafi połączyć nostalgię z nowoczesnym projektowaniem, wymagającą rozgrywkę z ogromną satysfakcją i prostą oprawę z naprawdę wielkim charakterem.
Właśnie z tego powodu o Mina the Hollower wiedziałem od dawna i gdzieś z tyłu głowy miałem przekonanie, że ten tytuł raczej nie zawiedzie oczekiwań entuzjastów wspomnianego Rycerza z Łopatą. Problem w tym, że 2026 rok jest przeładowany wielkimi premierami AAA, a w takim natłoku nawet najbardziej obiecujące produkcje niezależne potrafią na chwilę zniknąć z radaru. Sam złapałem się na tym, że kolejne duże tytuły i zapowiedzi skutecznie odciągały mnie od przygody Miny.
Na szczęście w premierowy weekend znalazłem czas i mogę napisać jedno: Yacht Club Games ponownie nie zawiodło. Mina the Hollower to nie tylko udany powrót do estetyki retro, ale jedna z największych perełek 2026 roku... zacznijmy jednak od początku.
Wystarczający pretekst, by wsiąknąć
Główną bohaterką recenzowanego Mina the Hollower jest tytułowa Mina - niewielka, ale wyjątkowo zdeterminowana Hollowerka, która trafia na przeklętą wyspę Tenebrous Isle, by sprawdzić, dlaczego przestały działać stworzone przez nią generatory Spark. Brzmi jak prosta misja techniczna, ale oczywiście bardzo szybko okazuje się, że problem jest znacznie większy. Wyspa jest pogrążona w mroku, pełna potworów, dziwnych mieszkańców, zapomnianych konstrukcji, tajemniczych przejść i sekretów ukrytych pod ziemią. Historia jednak szybko schodzi na drugi plan, bo po szybkim wstępie, rozmowie z włodarzem tego zacnego miejsca, rozpoczynamy konkretne zadanie: musimy naprawić generatory, co wiąże się oczywiście z serią pojedynków.
Nie mogę jednak napisać, by skromna historia w Mina the Hollower była wielkim problemem, ponieważ szybko okazuje się, że to świat jest jednym z głównym atutów produkcji. Tenebrous Isle działa trochę jak wielka, gotycka układanka, w której kolejne lokacje łączą się ze sobą, otwierają nowe ścieżki i cały czas zachęcają do zaglądania w miejsca, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się nieistotne. Wchodzimy do mrocznych lasów, przemierzamy zamczyska, podziemia, bagna, tunele i kolejne niebezpieczne obszary, a gra niemal natychmiast uczy nas jednej zasady: jeśli coś wygląda podejrzanie, najpewniej warto to sprawdzić. Pęknięta ściana, dziwny fragment podłogi, krzak ustawiony trochę zbyt celowo albo przejście schowane za przeciwnikiem mogą prowadzić do sekretu, skrótu albo zupełnie nowego miejsca.
Eksploracja nie polega tutaj wyłącznie na mechanicznym czyszczeniu mapy. Mina the Hollower cały czas buduje poczucie przygody przez małe odkrycia. Czasami znajdujemy ukryte przejście, innym razem trafiamy na mocniejszego przeciwnika, który sugeruje, że może jeszcze nie powinniśmy tu być, a po chwili odkrywamy nowy fragment świata, który łączy się z wcześniejszą lokacją w bardzo satysfakcjonujący sposób. To daje świetne poczucie postępu, bo nie tylko zdobywamy kolejne przedmioty czy ulepszenia, ale coraz lepiej rozumiemy założenia świata. Z czasem zaczynamy zapamiętywać miejsca, do których warto wrócić, zauważamy skróty i coraz odważniej sprawdzamy ścieżki prowadzące w bok.
Mapy Mina the Hollower są tak naprawdę przeładowane elementami. Nie ma tutaj pustych przestrzeni, świat nie został specjalnie rozciągnięty bez większego sensu i przez to gracz nie ma poczucia, że twórcy chcieli sztucznie wydłużyć rozgrywkę. Niemal każda lokacja ma jakiś pomysł - przeciwników ustawionych w konkretny sposób, pułapki, które trzeba zrozumieć, sekrety wymagające wykorzystania umiejętności Miny albo fragmenty, w których gra sprawdza naszą spostrzegawczość. Dzięki temu nawet zwykłe przechodzenie przez kolejne ekrany potrafi być angażujące. To bardzo klasyczne podejście do projektowania świata, ale wykonane z ogromnym wyczuciem.
Ogromną rolę odgrywa też oprawa. Na pierwszy rzut oka Mina the Hollower wygląda jak hołd dla klasyków z Game Boya, szczególnie The Legend of Zelda: Link’s Awakening, ale Yacht Club Games nie zatrzymało się na prostym kopiowaniu nostalgii. Pixelart jest czytelny, pełen detali i bardzo wyrazisty, a mroczna kolorystyka oraz gotycki klimat nadają grze własną tożsamość. To niby retro, ale nie takie, które istnieje tylko po to, by przypomnieć starszym graczom dawne czasy. Twórcy wykorzystują tę estetykę, by zbudować świat pełen charakteru, grozy i przygody.
Najważniejsze jest jednak to, że Mina the Hollower ma duszę... i to niezwykle namacalną. Czuć ją w ruchach bohaterki, w projektach przeciwników, w sposobie prowadzenia mapy, w sekretach ukrytych pod ziemią i w tej nieustannej chęci sprawdzenia, co znajduje się za kolejną przeszkodą. To gra, która mogłaby łatwo utonąć w porównaniach do Zeldy, Castlevanii czy nawet… Bloodborne, ale bardzo szybko zaczyna pracować na własne konto. Yacht Club Games ponownie udowodniło, że retro może być tylko punktem wyjścia.
Taka urocza. Taka wymagająca
Najważniejszym elementem Mina the Hollower jest bez wątpienia walka i od razu muszę to zaznaczyć: to nie jest prosta retro-przygodówka, którą można przejść na autopilocie. Yacht Club Games przygotowało niezwykle wymagającą produkcję, która bardzo szybko sprawdza refleks, cierpliwość i umiejętność czytania przeciwników. Już na początku możemy wybrać jedną z kilku broni, a każda z nich znacząco zmienia odbiór rozgrywki - ja na dobry początek wybrałem Nightstar, czyli bicz, dzięki któremu możemy atakować wrogów z małej odległości. Co jednak w tym wypadku ważne - twórcy zadbali, by każdy sprzęt miał swoje unikalne właściwości: inaczej gra się szybszym orężem nastawionym na agresywne podejście, inaczej bronią wymagającą lepszego dystansu, a jeszcze inaczej zestawem, który pozwala spokojniej kontrolować starcia. To nie są kosmetyczne różnice - wybór faktycznie wpływa na rozgrywkę.
Świetnie sprawdza się także możliwość uciekania pod ziemię. Mina może dosłownie zakopać się w gruncie, uniknąć wielu ataków, przemieścić się pod przeciwnikami i wyskoczyć w odpowiednim momencie, by skontrować lub ustawić się w bezpieczniejszej pozycji. To dosłownie najważniejsza umiejętność gry i jedna z tych mechanik, które od początku wydają się proste, ale im dłużej gramy, tym bardziej doceniamy ich znaczenie. Zakopywanie przydaje się nie tylko w walce, ale również podczas eksploracji - pozwala omijać część przeszkód, docierać do nowych miejsc i odkrywać sekrety ukryte poza główną ścieżką. W trackie walki korzystamy także dodatkowego sprzętu - przykładowo topora do rzucania. W tym wypadku nie możemy korzystać ze sprzętu bez ograniczeń, ale wystarczy dobre przeszukiwanie kolejnych pomieszczeń, by zgarniać kolejne punkty użyć.
Trzeba jednak przyzwyczaić się do pewnych ograniczeń. Najbardziej przeszkadzał mi brak możliwości atakowania po skosie, bo w wielu sytuacjach aż prosiło się, by Mina mogła sięgnąć przeciwnika ustawionego pod kątem. Początkowo potrafi to irytować, szczególnie gdy walczymy w ciasnych pomieszczeniach albo próbujemy trafić szybszego wroga, ale z czasem człowiek zaczyna rozumieć zasady gry. Mina the Hollower wymaga precyzyjnego ustawiania się, pilnowania dystansu i odpowiedniego wykorzystywania ruchu pod ziemią.
Bossowie są natomiast naprawdę wymagający. Yacht Club Games nie rzuca w nas wielkimi paskami życia tylko po to, by sztucznie wydłużać starcia - tutaj trzeba obserwować animacje, uczyć się sekwencji ataków, wykorzystywać okienka na kontrę i nie panikować, gdy na ekranie robi się gorąco. Czasami wystarczy kilka błędów, by walka błyskawicznie zakończyła się porażką, ale rzadko miałem poczucie, że gra oszukuje. Przeciwnie, bardzo często po przegranej od razu wiedziałem, co zrobiłem źle.
Rozwój postaci bardzo dobrze uzupełnia ten system. Mina zdobywa kości, które może wydawać na nowe bronie czy też ulepszać wcześniej posiadany oręż, które pozwalają lepiej dopasować styl gry do własnych przyzwyczajeń. Bohaterka może także poprawiać swoje zdolności, podnosić poziom w walce bronią główną lub dodatkową, czy też zwiększać swoje zdrowie - każdy nowy poziom poszczególnej statystyki znacząco wpływa na rozgrywkę. Ważną rolę odgrywają także trinkety, czyli dodatki wpływające na konkretne aspekty rozgrywki. Niektóre poprawiają przeżywalność, inne wspierają agresywniejszy styl, a jeszcze inne potrafią zmienić sposób eksploracji lub walki. Dzięki temu mamy poczucie, że bohaterka faktycznie staje się coraz mocniejsza… choć gra nie zamienia się nagle w łatwy spacer.
Ukończenie Mina the Hollower zajmuje około 23 godziny, choć sporo zależy od umiejętności, cierpliwości i tego, jak mocno wsiąkniecie w szukanie sekretów. Twórcy bardzo wyraźnie zachęcają jednak do powrotu. Gra jest przeładowana tajemnicami, ukrytymi przejściami, opcjonalnymi wyzwaniami i elementami, które łatwo przeoczyć przy pierwszym podejściu. Do tego dochodzą modyfikatory pozwalające obniżyć albo zwiększyć poziom trudności, więc część graczy bez problemu znajdzie powód, by wrócić do tej przygody i sprawdzić ją na innych zasadach.
Prawdziwa niespodzianka
Nie ukrywam, że początkowo nie wierzyłem, że recenzowana Mina the Hollower może aż tak mocno mnie wciągnąć. Wiedziałem, że Yacht Club Games potrafi robić świetne retro-przygody, ale w tym wypadku już po pierwszej godzinie zrozumiałem, jak dobrze przemyślano tutaj najważniejsze fundamenty. Wymagająca walka sprawia, że z każdą kolejną godziną czujemy się w tym świecie coraz pewniej. Na początku częściej obrywamy, źle ustawiamy się do przeciwników, zbyt późno uciekamy pod ziemię albo panikujemy przy bossach, ale to wszystko jest oczywiście kwestią przyzwyczajenia.
Twórcom udał się prosty, ale bardzo skuteczny zabieg: walka jest na tyle wymagająca, by dawać satysfakcję, ale jednocześnie na tyle przyjemna, by po śmierci od razu chcieć wrócić do akcji. Nie miałem poczucia, że gra karze mnie bez powodu. Wręcz przeciwnie - często po przegranej od razu wiedziałem, że mogłem lepiej wykorzystać broń, inaczej ustawić Minę, szybciej schować się pod ziemię albo poczekać na odpowiedni moment do kontry. Gra w zasadzie działa podobnie, jak wiele Soulsów - my musimy uczyć się zachowań wrogów. Nawiązanie do gatunku nie jest bezpodstawne, ponieważ Mina może na początku raz wrócić po swoje zdobycze, które posiada w plecaku, ale gdy zginiemy ponownie i nie podniesiemy skarbów, to wracamy do bazy wypadowej i musimy powtórzyć część podróży od początku… jednocześnie tracimy swój dobytek.
Podobnie działa sam świat. Tenebrous Isle jest niezwykle efektowną, gotycką i mroczną krainą, która mimo pikselowej stylistyki pozostaje zaskakująco przejrzysta. Twórcy doskonale panują nad czytelnością lokacji, przeciwników i zagrożeń, więc nawet gdy na ekranie pojawia się więcej elementów, rzadko tracimy kontrolę nad sytuacją. Najważniejsze jest jednak to, że ten świat cały czas nagradza ciekawość. Wystarczy zejść z głównej ścieżki, sprawdzić podejrzaną ścianę, zajrzeć do bocznego przejścia albo wrócić do wcześniej odwiedzonego miejsca, by natrafić na nową niespodziankę. To mogą być sekrety, skróty, dodatkowe wyzwania, nowe przedmioty albo fragmenty świata, które nagle otwierają się przed nami w zupełnie inny sposób.
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie także swoboda eksploracji. Mina musi naprawić sześć generatorów, ale już od początku gra pozwala nam swobodnie ruszyć w stronę czterech z nich. Nie jesteśmy więc prowadzeni sztywnym korytarzem, a raczej wrzuceni do świata, który zachęca do samodzielnego sprawdzania kolejnych tropów. Oczywiście warto czytać gazetę, bo to właśnie ona często naprowadza nas na odpowiednie miejsca i pozwala zrozumieć, gdzie najlepiej pchać fabułę dalej, ale nawet wtedy Mina the Hollower nie trzyma gracza za rękę.
W tym wypadku nie mamy jednego, wielkiego punktu na mapie (w zasadzie musimy ją na początku zdobyć!), który prowadzi nas od celu do celu. Z tego powodu warto chodzić po świecie, rozmawiać z napotkanymi mieszkańcami, szukać dodatkowych wyzwań i… trochę lizać ściany. Poboczne wyzwania potrafią znacząco ułatwić przygodę, bo często nagradzają nas przedmiotami, które realnie wpływają na szanse przetrwania. Świetnym przykładem jest Iskra Protonowa, niezwykle pomocny przedmiot dający Minie drugą szansę i wskrzeszający bohaterkę po śmierci. W tak wymagającej produkcji taki bonus potrafi zrobić ogromną różnicę, szczególnie podczas walk z bossami albo eksplorowania trudniejszych fragmentów wyspy.
Czasami trafimy na obszar, który wydaje się jeszcze zbyt trudny, innym razem odkryjemy przejście wcześniej, niż się spodziewaliśmy, a po drodze znajdziemy postać, która poprosi nas o pomoc lub podsunie kolejny trop. To daje świetne poczucie przygody, bo Mina the Hollower naprawdę zachęca do poznawania świata na własnych zasadach - zachęcam jednak do szybkiej naprawy kolejki, bo jej działanie jest nie tylko wymagane do fabuły, ale po prostu przyspiesza w pewnym momencie eksplorację.
Wrażenia dodatkowo wzmacnia oprawa audiowizualna. Pixelart jest świetny, pełen charakteru i duszy, ale równie ważny jest kapitalnie dobrany soundtrack, który doskonale podbija atmosferę gotyckiej wyprawy. Muzyka potrafi być niepokojąca, tajemnicza i bardzo szybko zaczyna współgrać razem z lokacjami oraz walką. W najlepszych momentach Mina the Hollower faktycznie sprawia wrażenie połączenia Zeldy z Game Boya, Castlevanii i Bloodborne’a.
Czy warto zagrać w Mina the Hollower?
Mina the Hollower nie jest przyjemną, lekką produkcją dla każdego. To gra, która potrafi wymęczyć, potrafi kilka razy boleśnie sprowadzić gracza na ziemię i bardzo szybko udowodnić, że samo doświadczenie z klasykami retro nie wystarczy, jeśli nie zaczniemy uważnie czytać przeciwników, dobrze wykorzystywać broni i mądrze korzystać z uciekania pod ziemię. Yacht Club Games przygotowało przygodę wymagającą, momentami bezlitosną, ale jednocześnie bardzo uczciwą w swoich zasadach.
Największą siłą tej produkcji jest satysfakcja. Każdy odnaleziony sekret, każdy pokonany boss, każdy nowy przedmiot, każdy skrót i każdy większy rozwój postaci naprawdę nakręcają do dalszej gry. Mina the Hollower świetnie rozumie, że nagroda nie musi oznaczać wielkiej scenki czy potężnego dialogu - czasami wystarczy ukryte przejście, przydatny trinket albo świadomość, że po kilku porażkach w końcu pokonaliśmy przeciwnika, który jeszcze godzinę wcześniej wydawał się ścianą nie do przejścia. To właśnie ta pętla odkrywania, walki i wzmacniania bohaterki sprawia, że trudno odłożyć kontroler.
Ostatecznie Mina the Hollower to jedna z dużych niespodzianek 2026 roku i produkcja, obok której wielu graczy naprawdę nie powinno przejść obojętnie. Nie jest to najłatwiejsza rekomendacja dla każdego, bo poziom trudności i retro-charakter mogą część osób odbić, ale jeśli lubicie wymagające przygody, gęsto zaprojektowane światy, sekrety i gotycki klimat, to znajdziecie tutaj perełkę. Yacht Club Games ponownie udowodniło, że potrafi tworzyć gry z duszą - tym razem mroczniejszą, ostrzejszą i znacznie bardziej bezwzględną, ale przez to wyjątkowo satysfakcjonującą.
Ocena - recenzja gry Mina the Hollower
Atuty
- Świetnie zaprojektowany, gotycki świat pełen sekretów,
- Zaskakująco przyjemna i wymagająca walka,
- Zakopywanie się pod ziemię świetnie działa w walce i eksploracji
- Rozwój postaci i trinkety realnie wpływają na zabawę,
- Pixelart ma ogromny charakter i pozostaje bardzo czytelny,
- Kapitalny soundtrack budujący mroczny klimat,
- Duża swoboda eksploracji i masa ukrytych niespodzianek,
- Gra mocno zachęca do powrotu dzięki sekretom i modyfikatorom.
Wady
- Ograniczenia w walce są na początku dość męczące… szczególnie, że przeciwnicy mają większy wachlarz ruchów,
- Historia jest raczej pretekstem niż mocnym filarem przygody,
- Backtracking może nie każdemu przypaść do gustu.
Mina the Hollower to wymagająca, mroczna i niezwykle satysfakcjonująca przygoda, która łączy ducha The Legend of Zeldy z gotyckim klimatem Castlevanii i bezwzględnością kojarzoną z Bloodborne. Yacht Club Games stworzyło świat pełen sekretów, trudnych przeciwników, świetnej eksploracji i walki, która potrafi wymęczyć, ale za każdą porażkę wynagradza jeszcze większą satysfakcją. To nie jest produkcja dla każdego, ale jeśli lubicie wymagające retro-przygody z duszą, Mina the Hollower jest jedną z największych perełek 2026 roku.
Graliśmy na:
PS5
Galeria
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych